Michael Bolton – A Symphony of Hits (2019), recenzja Marty Muśko


Na przestrzeni swojej kariery Michael Bolton dostarczył teksty i muzyczne motywy, które trafiły do serc milionów. I tak od 50 lat. Z tej okazji artysta, który nigdy nie stronił od różnych stylistyk i szedł im naprzeciw, postanowił oddać swoje przeboje pod opiekę 65-osobowej orkiestry symfonicznej.

Lata lecą i Michael Bolton już od dawna nie jest tym rockowym muzykiem, którego co niektórzy pamiętają z okładek LP z połowy lat 80. Wówczas niesłusznie niedoceniony artysta poszedł, w jak się okazało, najwłaściwszym dla siebie kierunku liryki, popu i R&B nagrywając całą serię przebojów. Od tego momentu muzyk zdążył sobie napisać i wyśpiewać w wielkim stylu nagrody Grammy (wtedy, gdy ta statuetka miała swoją artystyczną wartość), sprzedać ponad 65 milionów egzemplarzy płyt, dziesięćz nich umieścić w najlepszej dziesiątce sprzedaży oraz otrzymać własne miejsce z pięcioramienną gwiazdą na hollywoodzkiej Alei gwiazd. Warto również wspomnieć, że odznaczył swoją obecność w dyskografii innych artystów pisząc dla nich teksty, a do ich grona należą między innymi Barbra Streisand z We’re Not Making Love Anymore, zespół KISS i ich Forever, oraz Cher oraz jej energiczne I Found Someone. Nim wszyscy się spostrzegli, Michael Bolton świętuje 50 lat na scenie. Teraz jest dystyngowanym panem, dojrzałym artystą któremu nie w głowie przechodzenie na muzyczną emeryturę.

Jeśli chodzi o obycie sceniczne, Michael Bolton nigdy nie należał do wokalistów o przebojowym temperamencie, a bardziej powściągliwym, jednak niezwykle charyzmatycznym i unikalnym. Kluczem do jego sukcesu okazał się perfekcyjny głos, emocje i świadomość tego komu je dedykuje. Może poniekąd stąd powodzenie w liryce, aniżeli w brutalnej rywalizacji o rockową władzę, czy brak poważnych zamiarów zdobycia sceny operowej, która jest często bardzo zachowawcza. Jednak przez całą karierę można było zauważyć, że artysta umiejętnie wplata wszystkie te elementy muzyki. I tak w 2017 roku wrócił do swych ulubionych, filmowych motywów, które zebrał na płycie Songs Of Cinema. Po kolejnych dwóch latach muzyk jest gotowy, by zaprezentować kolejny projekt, który wdraża do jego repertuaru największe hity wzbogacone o nowe aranżacje z udziałem orkiestry symfonicznej. Nie będę ukrywać swojego zawodu w momencie pojawienia się informacji o kolejnej składance i braku premierowego materiału po tak wielu latach. Z tego powodu współczuję artystom-legendom, którzy nie mogą się odnaleźć wśród masowo produkowanych featuringach i jednolitych numerach.

Michael Bolton na przekór wszystkiemu co modne, nadaje swojej muzyce jeszcze poważniejszego wydźwięku. Rozpoczynające klasyczną przygodę z orkiestrą Said I Loved You… But I Lied jest niemalże identyczne jak oryginał z 1993 roku z delikatnymi muśnięciami skrzypiec w refrenie i odświeżeniem instrumentów. Te symboliczne różnice będą jednak wyczuwalne głównie dla wieloletnich słuchaczy. Czym byłaby płyta When A Man Loves A Woman? Nic dziwnego, że pojawia się niemal a każdym wydawnictwie bo to w końcu jedna z najpiękniejszych i romantycznych piosenek jaka kiedykolwiek powstała. Symfonicznej wersji również nic nie brakuje. Klasa sama w sobie. Nurt ten kontynuuje kompozycja Soul Provider, jednak zaszłe w niej zmiany cieszą ucho o wiele bardziej i nawet stała się mi bliższa aniżeli sam oryginał sprzed trzydziestu lat, a to już ogromny sukces

Symfonia hitów najbardziej zaskakuje różnorodnością doboru piosenek. OK, ktoś może powiedzieć, że artysta poszedł na łatwiznę biorąc w przeważającej ilości swoje największe przeboje. Ten fakt mi osobiście odpowiada, bo otrzymałam niemal wszystkie utwory, jakie chciałam, bez zbędnych zapychaczy. Sam artysta wychodzi do słuchacza z duchem dawnych czasów i radością tak jak w Time, Love & Tenderness. Jego brzmienie unosi, a na usta same cisną się słowa piosenki. Osłuchane przeze mnie To Love Somebody, czy to w wersji Bee Gees, czy Michaela (byle nie płaskie wykonanie Bublé) z wiekiem wciąż się nie starzeje, tak jak również nowa wersja z nielicznymi zmianami, wciąż ma się znakomicie

Największe wątpliwości i emocje zawsze wzbudzają najukochańsze piosenki. Tak jest ze mną i How Can We Be Lovers, który jest jednym ze stałych faworytów wśród repertuaru muzyka. Piosenka przeszła sporą metamorfozę na tle aranżacyjnym, jednak nie straciła na dynamice, a wokal nabiera rozmachu z każdym wersem. Tak się złożyło, że moje losowe podium najlepszych utworów umieszczono na nowej płycie jedno po drugim. Drugą kompozycją, będącą sztandarowym przebojem artysty, w tym moją ulubioną balladą, jest How Am I Supposed To Live Without You co do której ma się spore oczekiwania. I tu jest pierwszy miłosno-muzyczny zawód. O ile lata temu wokalista śpiewał ją z emocjonalną otwartością, ogromnym wyrzutem i bólem, wydaje się, że dziś z robi to z obojętnością. Moje osobiste podium dopełnia Steel Bars, oryginalnie z mocnym rockowym uderzeniem i co najbardziej cieszy, obecnie wciąż z wyczuwalnym ogniem, co czyni numer solidną pozycją w całym zestawieniu

Ku mojemu zadowoleniu z poprzednich trzech utworów, ballady też prezentują się wybornie. W ich skład wchodzi między innymi charakterna Georgia On My Mind, klasyczne The Prayer i wisienka na torcie – Nessun Dorma, będąca hołdem dla współpracy muzyka z legendarnym i najwybitniejszym śpiewakiem operowym – Luciano Pavarotti. Wciąż pamiętam moment, gdy usłyszałam ich razem po raz pierwszy na charytatywnym koncercie Pavarotti & Friends – For The Children Of Bosnia z 1996 roku (rok wcześniej muzycy spotkali się w rodzinnym mieście Włocha – Modenie) i śmiało mogę powiedzieć, że był to dla mnie jeden z najbardziej odkrywczych momentów, gdzie otworzyłam się na muzyką klasyczną, w tym genialnego maestro. Takie przedsięwzięcia, muzyczne połączenie różnych światów, ludzi na zawsze zapisują się na kartach historii muzyki i są niezwykle potrzebne. Z resztą cytując słowa Michaela, to właśnie bycie obok najpotężniejszego głosu jaki kiedykolwiek słyszał, pogłębiło jego miłość do tych pięknych melodii i śpiewu w towarzystwie orkiestry, która okazała się dla niego również źródłem dobrej zabawy.

A Symphony Of Hits to niespełna godzina wokalnego kunsztu w symfonicznej oprawie. Artysta zaprezentował swoje najlepsze piosenki w nowej odsłonie w bardzo stonowany sposób, dlatego nie należy oczekiwać drastycznych zmian w ich brzmieniu. Ostatecznie można zarzucić brak odważniejszych kroków, jakim byłby któryś utwór z rockowych początków artysty. Od lat wiadomo, że muzyka klasyczna i rockowa chodzą ze sobą w parze, więc dlaczego nie? Może następnym razem? Ogółem płyta nie zapewni wokaliście nowych słuchaczy, jednak będzie rzeczowym wypełnieniem bogatej dyskografii o naprawdę dopracowany i jakościowy materiał. A w całym natłoku nowości warto czasami się zatrzymać i z nowymi emocjami podejść do tego, co jest ponadczasowe. Mam nadzieję, że kiedyś nadejdzie taka okazja na koncercie artysty w Polsce.