Metallica - Hardwired... To Self Destruct
  • Data premiery:
    18 11 2016
  • Wytwórnia:
    Universal Music Polska, Blackened Recordings
  • Gatunek:
    metal
  • Single:
    Hardwired, Moth Into Flame, Atlas, Rise!
Najlepsze utwory:
Spit Out the Bone, Atlas, Rise!
Najsłabsze utwory:
Am I Savage?

W końcu po 8 latach od wydania Death Magnetic doczekaliśmy się dziesiątego w karierze legendarnej grupy Metallica studyjnego albumu. Dzień premiery, jak i niektóre wydarzenia przy okazji wydania poszczególnych singli zrobione z wielką pompą. Najpierw maski na Halloween, później całonocne premiery teledysków, a na koniec dzień sprzedaży, który nawet w naszym kraju rozpoczął się dokładnie o północy i był bardziej eventem niż zwykłą premierą płyty. Czy te wszystkie działania są warte tego albumu?

Z tym problem będzie miało na pewno wielu fanów grupy, nazwijmy ich – tymi starszej daty. Faktem jest, że Metallica od mniej więcej 1991 roku, czyli daty wydania albumu zatytułowanego po prostu Metallica, nie wydała naprawdę w pełni wartościowego albumu. Widoczne jest to nawet w ilości sprzedaży krążków. Płyta Metallica doczekała się ponad 16 mln sprzedanych egzemplarzy, tym samym 16x platyny. Dla porównania ostatni album Death Magnetic nie dobił nawet do 2mln.

Jedno co trzeba przyznać, Hardwired… To Self Destruct jest jednak najlepszym od 1991 roku albumem spod znaku Mety. Znajdziemy tutaj zdecydowanie więcej powrotów do starego, ciężkiego brzmienia niż miało to miejsce do tej pory. Pojawiają się bowiem takie utwory jak singlowe Atlas, Rise! oraz Moth Into Flame, czy chyba najlepsze na krążku Spit Out the Bone, w którym nie brakuje ciężkiego i jednocześnie dobrego riffu. Jest to utwór, który muzycznie wpasowałby się w najlepsze czasy zespołu. Do grupy najbardziej wartych przesłuchania utworów Hardwired… To Self Destruct można wrzucić również Dream No More. Z drugiej strony nie jest to album, w pełni skierowany do starych fanów. Wydaje się, że Metallica nie mogła pozostać obojętna wobec młodszej grupy wielbicieli tej muzyki i starała się wypośrodkować brzmienie Hardwired… To Self Destruct.

Inną stroną medalu najnowszego wydawnictwa grupy Metallica jest fakt, że pomimo, iż niektóre z utworów są naprawdę dobre i ciekawe to w całości można doszukać się wielu niedociągnięć i elementów do poprawki. Przede wszystkim tyczy się to warstwy tekstowej, która nie należy do tej z najwyższej półki. W podstawie wydawnictwo dwupłytowe, teoretycznie posiadające jedynie 12 utworów, a jednak jest to prawie 1,5h muzyki. Kompozycje posiadają średnio po 6-7min. Problem w tym, że nie są to minuty w 100% wypełnione dźwiękami, które mają znaczący wpływ na brzmienie całości utworu. Te 6-7 minut spokojnie mogłoby zamknąć się w 4-5 minutowych kompozycjach, które tym samym nie były sztucznie przedłużane. Dodatkowo mam wrażenie, że brzmienie basu w całej płycie jest zepchnięte na dalszy plan, albo grupa zupełnie zapomniała o tym, jak istotny jest to instrument. Nadal jednak największą siłą napędową zespołu jest James Hetfield, który wokalnie wprowadza Hardwired… To Self Destruct na wysoki poziom.



Powtarzając się, jest to najlepszy od ponad 20 lat album, który Metallica włączyła do swojej dyskografii. Pomimo, że jeszcze daleko mu do brzmień wysokich lotów, to fani zarówno ci wierni od dziesiątek lat, jak i nieco młodsi, docenią to, że może Metallica wraca na właściwą drogę. Może trochę późno, ale ważne, że w ogóle.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułThrowback Thursday #62: Melanie Thornton – Wonderful Dream
Następny artykułListopadowe rozdanie. Wygraj książkę Nie tak łatwo być Czesławem

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here