Marcelina – Gonić burzę (2015), recenzja Michała Szuma

Kiedy mowa jest o Marcelinie, to automatycznie na myśl przychodzą mi trzy rzeczy: jej uroda, jej głos i jej charyzmatyczne teksty. Nie jest to bynajmniej forma podlizywania się, lecz zwykłe stwierdzenie faktów, które w dalszej części tekstu wyjaśni m.in. skąd u mnie taka fascynacja jej osobą. Jako, że twórczość artystki znana jest mi od niedawna, toteż moje oczekiwania w stosunku do jej najnowszej płyty nie powinny być zbyt wygórowane. Stało się jednak inaczej.

To wszystko za sprawą singla promującego płytę Gonić Burzę. Mowa tutaj o Nie mogę zasnąć, które w środowisku muzycznym zostało odebrane bardzo pozytywnie. Przyznam się bez bicia, że mi także mocno namieszał w głowie. Rockowa zadziorność, mocny tekst, później także niebanalny klip sprawiły, że poprzeczka została zawieszona wysoko. Nadzieje zostały rozpalone, więc i płyta powinna budzić podobny entuzjazm wśród słuchaczy. Na ocenę tego przyjdzie nam jednak jeszcze poczekać, natomiast na razie warto ocenić, czy ma ona w ogóle szansę trafić do większego grona odbiorców.

Zacznę może od banalnego zdania, że nie tego się spodziewałem. W odczuciu wielu będzie to zapewne zdanie nacechowane negatywnie, dlatego już śpieszę z wyjaśnieniem i zarazem uspokajam, że tak nie jest. Chodzi mi o to, że liczyłem na płytę w bardziej brudnym, szorstkim i rockowym stylu, gdzie moim zdaniem, Marcelina odnalazła się kapitalnie (patrz singiel). Podsumowując jednak całokształt, to oprócz Nie mogę zasnąć, w podobnym klimacie nagrana jest jeszcze jedynie Czarna Wołga, która jednak poprzez brak oczywistej linii perkusyjnej jest jakby młodszą siostrą singla. Niby też mrocznie i ponuro, jednak zarazem nieco delikatnie i tajemniczo. Na pierwszy plan wychodzą bas i głos wokalistki, więc całości bardzo miło się słucha.

Tak więc mając nieczystości za nami, pora wspomnieć o reszcie płyty. Różnorodność nie jest być może jej mocną stroną, jednak parę perełek zasługuje na to, aby o nich wspomnieć. Ciekawą propozycją dla fanów folku może być Chandra, widniejąca na płycie z numerem 2. Początek rodem z Dropkick Murphys, od razu pobudził we mnie pozytywne skojarzenia, i pomimo różniącej się dalszej części, ta kompozycja od razu przypadła mi do gustu. Jest lekko, jest przyjemnie, a sielanki nie psuje nawet średnio optymistyczny tekst.

Na drugim biegunie tej wyliczanki leży natomiast piosenka Liliowa, która zaczyna się bardzo wyrazistymi smyczkami. Tekst jest bardziej pozytywny, głos Marceliny delikatniejszy, a leciutka melodia pomaga rozpłynąć się w codzienności. Fakt – szarej rzeczywistości, bo jak śpiewa sama autorka:

Ponad chodnikami płynę jak szara, letnia mgła.

jednak przez znaczną część kompozycji przeważają instrumenty, więc sprawy barw można jak najbardziej odesłać w zapomnienie.

Dla fanów takiego dryfowania w codzienności mam jednak dobrą wiadomość, bowiem w dalszej części płyty znajdzie się dla nich jeszcze jedna, podobna brzmieniowo propozycja. Mianowicie tytułowe Gonić Burzę jest poniekąd refleksją odnośnie gonienia tego i owego, a stąd niedaleko już do gonienia, biegania, latania ponadsami wiecie. Wracając jednak do Marceliny, to po raz kolejny na tej płycie człowiek ma wrażenie, że gdyby było to legalne, to mógłby ożenić się ze strunami głosowymi (bo o pięknej wokalistce, to nawet nie wspomnę).

Fot. facebook.com/MarcelinaOfficial
Fot. facebook.com/MarcelinaOfficial

Głos to jednak nie wszystko i czasami warto zejść nieco na ziemię. Jak już wspomniałem płyta nie jest dość zróżnicowana jeżeli chodzi o brzmienie. Jest ono miłe, przyjemne, jednak bardzo często monotoniczne. Poza wspomnianymi wyżej numerami, w mojej pamięci zostanie jedynie ogólny całokształt wydawnictwa, zarysowany podczas jego odsłuchań. Będąc jednak fair wobec siebie i Was, nie mogę jednak zapomnieć o warstwie rytmicznej, która zagrała tak, jak należy. Bicie zmienia się praktycznie z każdą piosenką, co wprowadza pewien bardzo pozytywny chaos, jednak są momenty, gdy tego bicia ewidentnie brakuje. Takim przykładem jest piosenka Płochy, gdzie już po 2-3 odtworzeniach moje ręce nie wytrzymały i dobrały sobie odpowiednie pukanie na obudowie laptopa. Niby szczegół, a lekko kole.

Nie chcąc być jednak tak drobiazgowym muszę przyznać, że Gonić Burzę jest idealną propozycją na długie, jesienne wieczory. Dla zwolenników czytania z muzyką w tle będzie to nie lada gratka, bowiem dobierając do niej odpowiednią książkę, można zbudować naprawdę ciekawe połączenie. U mnie na regale niestety brak perspektyw na taki klimat, dlatego zachęcam Was do wypróbowania mojego pomysłu na własnej skórze, ponieważ Marcelina odwaliła kawał dobrej roboty przy tworzeniu tej płyty. Dla mnie i reszty pozostaje zatem zmywanie, gotowanie i sprzątanie z pięknymi kompozycjami w tle. YAAY!

1 Reply to “Marcelina – Gonić burzę (2015), recenzja Michała Szuma”

Możliwość komentowania jest wyłączona.