Koncerty Lucy Rose zawsze są wyjątkowe. Wokalistka, jak nikt, potrafi stworzyć atmosferę w której każdy czuje się dobrze, szczególnie, jak gość w jej domu. 25 maja artystka odwiedziła poznańską Meskalinę, by po raz kolejny zachwycić polską publiczność (wcześniej Lucy wystąpiła na Enea Spring Break 2017 i dzień wcześniej [tj. 24.04.18] w warszawskiej Hydrozagadce). Czy jej się udało? Czy zadowoliła wybrednych poznaniaków?

W przytulnej Meskalinie byłam trochę wcześniej, żeby spokojnie zająć miejsce i nie przepychać się potem w tłumie. Pierwsze co zobaczyłam jak weszłam, to Lucy swobodnie rozmawiającą i ustalająca coś  z członkami obsługi. Sprawiło to, ze od razu poczułam się jakoś przytulniej/przyjaźniej, a koncert nawet jeszcze się nie zaczął.

Występ Lucy poprzedzał support, którym był (nieznany mi wcześniej) Ajimal – artysta o niesamowitym głosie i pięknych, eterycznych kompozycjach. Mimo tego, nie przyćmił on Lucy, która na koncertach czaruje mocnym, przejmującym wokalem (czego nie zawsze można się spodziewać słuchając studyjnych wersji, gdzie jej głos jest o wiele delikatniejszy) i jak zwykle skrada całe show . Jednakże, występ Ajimal’a był świetnym wprowadzeniem. Jego głęboki głos i refleksyjne utwory stworzyły niepowtarzalny klimat, który utrzymywał się w Meskalinie już do końca.

Po ok. 40 minutach (czemu tak krótko), artysta zakończył swoja część, a na scenę po niedługiej przerwie weszła Lucy – wesoła, uśmiechnięta i żartująca. Od razu złapała kontakt z publicznością, który utrzymywała przez cały koncert. Tak naprawdę rozmawiała z nami po każdej piosence. Jednak pierwszym, co zrobiła zanim zaczęła grać to poprosiła nas byśmy usiedli na podłodze. Myślę, że wszystkim spodobał się ten pomysł, bo ochoczo usiedli i zostali tak do końca koncertu.

W trakcie, wokalistka przyjmowała ‚zamówienia’ na utwory. Wybrzmiały wszystkie, których się spodziewałam – Shiver, Lines, Till the End czy No Good At All, ale też takie które bardzo chciałam usłyszeć na żywo – Scar, Love Song oraz moje ukochane Middle of the Bed. Artystka zagrała też nowy utwór, śliczną balladę o roboczym tytule Treat Me Like A Girl.

Mogę zdecydowanie powiedzieć, że było to moje najlepiej wykorzystane dwie i pół godziny w ostatnim czasie. Nie wiem z czego to wynika, ale ten koncert zrobił na mnie jeszcze większe wrażenie niż poprzedni (na którym byłam w zeszłym roku). Może to zasługa szczególnej atmosfery, może tego, że piszę to na świeżo. Jednak jedno jest pewne – mimo, że przytulne i kameralne to koncerty Lucy Rose są wyjątkowym, niepowtarzalnym przeżyciem, które zostaje w nas żywe na długo.