Dział PublicystykaRecenzje

L.U.C. – GOOD L.U.C.K. (2018), recenzja Pawła Markiewicza

Jakieś 100 lat temu, a dokładnie w 2014 roku, czyli w okresie kiedy zacząłem intymne i dogłębne obcowanie z muzyką polską, byłem święcie przekonany, że L.U.C. to jeden z tych „groźnych” raperów, który tworzy w podziemiu i tam czuje się najlepiej – wśród nieprzyzwoitości i przestępczości muzycznej. Tak, wiem – zabawne. Jednak na przestrzeni lat moje wyobrażenie o tym artyście zmieniło się i dziś już wiem, że to jeden z najzdolniejszych reprezentantów naszego rodzimego rynku muzycznego.

Dziś wiem również, że L.U.C. jest obrzydliwie ambitnym artystą, pławiącym się wśród chilloutowych i elektronicznych dźwiękach, który nie tylko ma głowę na karku podczas procesu tworzenia materiału i dobierania gości na wydawnictwo, ale także wie kiedy może poluzować pasek i tym samym pozwolić na wypłynięcie potoku niekonwencjonalnych melodii składających się w głównej mierze z klasycznych instrumentów.

Kiedy wszyscy śpiewają o nieszczęśliwej miłości, złamanym sercu, zdradach i innych utworach, z których jedyną prawidłową konkluzją jest płacz i złamane serce, L.U.C. (wraz z zaproszonymi goścmi) wychodzi na przeciw i pokazuje, że bycie singlem nie jest takie złe. I wbrew pozorem otwarcie ogłasza, że egzystencja w związku też jest dobra. Główną puentą płynącą z wydawnictwa jest moc pozytywnego myślenia, odpowiednie nastawienie do życia i nieprzewidywalność. Perfekcjonista nie tylko muzyczny i wokalny, ale także liryczny – kiedyś takie osoby określało się mianem człowieka orkiestry bądź renasansu. Jak kto woli. Wniosek ten sam.

Niektóre babcie czasami cedzą rosołek przez sitko, żeby w naszych talerzach, a wcześniej wazie, pozostało tylko to, co jest najlepsze. Odniosłem wrażenie, że Łukasz Rostkowski zrobił dokładnie to samo podczas wyboru gościnnych artystów na wydawnictwo. Poziomowi zebranemu materiałowi musiał odpowiadać wysoki poziom zaproszonych wokalistów (Sarsa, Bovska) i aktorów – tutaj Czarnecka w dwóch kategoriach. Tak, aktorów bowiem w przestrzeni na realizacje dźwięki i chilloutowych brzmien, znalazło się miejsce teatralne performance w wykonaniu Mecwaldowskiego, Kota i Figury – czołówki polskiego kina. Katarzyna F., nie bez powodu nazywana symbolem seksu, nadała niespotykanej sensualności zamykającej Dobrej Fali, podczas gdy T. Kot dostarczył słuchaczom lekkiego żartu, pięknej dykcji i kunsztu aktorskiego.

W pewnym momencie można byłoby uznać, że każda następna kompozycja powiela schemat poprzednie i spójność brzmieniowa jest zbyt porażająca i przeszywająca. Może i buja w dość jednostajnym tempie, z czasowymi przebiciami, ale każda kompozycja jest charakterna i wyjątkow na swój sposób. Oryginalna i odmiennie złożona, choć wciąż utrzymana w odpowiednim klimacie. Dodatkowej, wyjątkowej pikanterii dodają muzyczni goście. Nie wiem jak to sie dzieje, ale kiedy pojawia się Karolina Czarnecka, to jej głos sprawia, że kompozycja staje się ciężka, tajemnicza i cholernie mocno uderzająca, podczas gdy Bovska i Sarsa dodają niesłychanej lotności i kobiecej delikatności.

Paradoksalnie GOOD L.U.C.K. jest wydawnictwem bezpiecznym, ale odważnym. Lekko trendsetterskim pod kątem struktury oraz misz-maszu wokalno-aktorskiego. W końcu niezbyt często możemy usłyszeć wybitnych aktorów obok równie profesjonalnych i cenionych muzyków. Zespojenie w całość hiphopu, chilloutu lekkiego jazzu i elektroniki wyszło intrygująco i ciekawie. To chyba najbardziej optymistyczna i przemyślana płyta, która ukazała się na polskich półkach sklepowych w przeciągu kilku ostatnich lat.

Tags
Show More


Paweł Markiewicz

Student III roku Dziennikarstwa i komunikacji społecznej w Lublinie. Miłośnik brytyjskiego, jak i polskiego rynku muzycznego. Swoją przyszłość wiąże z dziennikarstwem muzycznym.

Related Articles

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *