Dział Publicystyka Lollapalooza w Berlinie już za nami! Relacja Weroniki Oszajcy i Piotra Sadowskiego

Lollapalooza w Berlinie już za nami! Relacja Weroniki Oszajcy i Piotra Sadowskiego

Lollapalooza Berlin 2018 już za nami! W zeszły weekend kompleks  berlińskiego Stadionu Olimpijskiego wypełnił się po brzegi, a każda z pięciu scen rozbrzmiała różnorodnymi dźwiękami. Dla festiwalowiczów zagrali między innymi The Weekend, David Guetta, Jorja Smith, Dua Lipa czy Imagine Dragons. Dla nas również znalazło się tam miejsce. Jak się bawiliśmy?

Fani muzyki na żywo z pewnością nie wyszli zawiedzeni. Organizatorzy Lollapaloozy przygotowali dla melomanów szeroką ofertę koncertów, mieliśmy do dyspozycji aż pięć scen, na których ciągle odbywały się występy muzyków. Nic dziwnego, że byliśmy obecni na różnych występach, a każdy z nich wywarł na nas odmienne wrażenie. Zanim jednak przeczytacie jak bawiliśmy się na koncertach, zapraszamy na kilka informacji na temat organizacji samego festiwalu.

Po pierwsze, lokalizacja. Sercem całego wydarzenia był Stadion Olimpijski, historyczne miejsce nie tylko dla sportowców. To tutaj swoje koncerty dawali między innymi Michael Jackson czy Madonna. Wokół niego rozstawiono nie tylko sceny, ale także mnóstwo atrakcji, które cieszyły się wielkim powodzeniem. Od przejażdżki diabelskim młynem, przez możliwość zrobienia sobie własnej koszulki, potańczenia na maszynach znanych z salonów gier, po makijaże wykonywane przez profesjonalistki (brokat nadal w modzie!) czy oglądanie występów akrobatów i pływaczek synchronicznych. To tylko ułamek ze wszystkich rozrywek, które organizatorzy przygotowali odwiedzającym Lollapaloozę. Nie dało się nudzić ani przez chwilę! Wiadomo, że w porównaniu z Niemcami, polskie festiwale dysponują innym budżetem, ale w ogóle nie czuliśmy się jak na dwudniowym, miejskim festiwalu, którym według nas w Polsce często brakuje “duszy”.

Wartym odnotowania jest również mnogość i różnorodność stref gastronomicznych na terenie festiwalu. Naprawdę było w czym wybierać i przez to, uwaga, na tak wielkim festiwalu jakim jest Lolla, nie staliśmy w kolejce po piwo czy jedzenie dłużej niż pięć minut! Da się! Jedyne kolejki (te już faktycznie były bardzo długie) zobaczyć można było w pierwszy dzień w punktach doładowywania opasek, którymi dokonuje się wszystkich płatności na terenie festiwalu. Ale akurat te kolejki dało się łatwo ominąć, ponieważ opaskę można było doładować przez Internet, podpinając kartę bankową pod nasze konto.

A na sam koniec praktyczne informacje, czyli ceny na samym festiwalu, bo pewnie kogoś to zainteresuje. Obiad w jednym z foodtrucków to koszt około 6€. Za piwo (0,33l lub 0,4l) zapłacić trzeba było 4,5€ + jednorazowa opłata 1€ zwrotnej kaucja za kubek wielokrotnego użytku. Co ważne, wodę w dwóch strefach można było nalać sobie za darmo.

DZIEŃ I

Years&Years

Weronika: Występ brytyjskiej formacji Years&Years był pierwszym koncertem, na który zawitałam. Energiczna, electropopowa muzyka w połączeniu z wokalem Olly’ego Alexandra i pięknymi choreografiami sprawiły, że trwający godzinę koncert przeminął w oka mgnieniu.W setliście nie zabrakło zarówno kawałków promujących tegoroczne wydawnictwo Palo Santo, jak i nut z wcześniejszego wydawnictwa. Usłyszeliśmy na żywo takie utwory jak  Sanctify, If You’re Over Me czy wielki przebój zespołu, King. Uwagę słuchaczy z całą pewnością przyciągnęło wykonanie Palo Santo, podczas którego ubrany w długą, efektowną szatę wokalista wzniósł się ponad tłum, stojąc na kilkumetrowej konstrukcji. Był to już drugi występ Y&Y, który dane mi było oglądać na żywo. Muszę przyznać, że bawiłam się znakomicie i z przyjemnością wybrałabym się także na trzeci! 

Ben Howard

Weronika: Klimatyczny występ gitarzysty z Wysp również przypadł mi do gustu. Howard wykonał na żywo osiem autorskich utworów, z czego aż pięć pochodzących z tegorocznego wydawnictwa Noonday Dream. Lubię takie rozwiązania jak one person army, tylko człowiek, gitara i jego muzyka, dlatego chętnie wracam myślami do koncertu Brytyjczyka.

Piotr: Od samego początku miałem wątpliwości co do tego koncertu. Uwielbiam twórczość Howarda, jest geniuszem. A na Lollapaloozie przekonałem się również, że na żywo jego muzyka również przepełniona jest niesamowitymi emocjami. Ale twórczość Bena nie jest typem takiej, której chce się słuchać w pełnym słońcu, na otwartej scenie. Na takie występy zabrakło sceny ustawionej pod namiotem, zabrakło mi tej intymności, której potrzebuję, kiedy decyduje się na słuchanie Noonday Dream.

Niemniej jestem bardzo szczęśliwy, że mogłem sprawdzić jak Howard wypada na żywo. Forget Where We Were odegrane przez Bena i jego zespół jest jednym z moich ulubionych momentów tego festiwalu. A teraz nie pozostaje mi nic innego, jak tylko czekać na jego kolejny klubowy koncert w Polsce. Bo potencjał jest ogromny i inne miejsce zapewni jego wykorzystanie w stu procentach.

A$AP Ferg

Piotr: Ostatnie pół roku słucham głównie rapu, dlatego cieszyła mnie obecność A$AP Ferga na Lollapaloozie. Radość nieco opadła kiedy okazało się, że pokrywa się z The National, których nie odpuszczę, więc nici z usłyszenia Shabba lub Work na żywo. Trudno. Nie będzie to więc recenzja jego występu, a krótka notka, która powinna się tu chyba znaleźć. Raperzy z kolektywu ASAP Mob mają chyba w zwyczaju spóźnianie się na scenę po 20-30 minut. Podobnie jak Rocky na KLF, tak i tutaj wszystko na scenie było już rozstawione, dj Ferga siedział sobie na schodkach obok sceny, a zgromadzeni fani musieli czekać w ciszy. Słabo, mógłby ktoś stanąć za konsolą i puścić kilka popularnych kawałków. Co ciekawe, tych fanów było naprawdę niewielu kiedy jeśli weźmiemy pod uwagę, że niemieccy raperzy zapełniali miejsce pod największymi scenami. W końcu raper pojawił się na scenie. Wytrzymałem dosłownie kilka pierwszych kawałków. Ferg niczym nie zaskoczył, a publika ośmieszała się nieudolnymi próbami otwarcia mosh pitu. Koncert przy popularnych utworach pewnie się rozkręcił, dlatego Ferga nie skreślam i jak tylko przyjedzie do Polski to dam mu szansę, ale naprawdę nie pamiętam kiedy ostatnio tak się męczyłem pod sceną na rapowym gigu.

The National

Piotr: Na szczęście mój niesmak po Fergu szybko zakończył występ zespołu The National. Zaskoczyła mnie… albo inaczej, zawiodła, niska frekwencja pod sceną. Dotarłem na ich koncert w momencie, w którym go zaczynali, i bez problemu, bez żadnego przeciskania się, dotarłem praktycznie pod same barierki. Muzycy od samego początku skradli moje serce, bowiem występ zaczęli od Nobody Else Will Be There oraz The System Only Dreams in Total Darkness, dwóch najlepszych kompozycji z świetnego albumu Sleep Well Beast. Byłem naprawdę zahipnotyzowany podczas ich koncertu. Wokalista The National, Matt Berninger, jest niezwykle charyzmatycznym gościem. Jego emocje wręcz przechodziły na mnie. Kiedy krzyczał, miałem ochotę krzyczeć razem z nim. Matt dbał o fanów z obu stron sceny, podchodził do nich, dawał im mikrofon. Raz zdecydował się pójść dalej, przeskoczył barierki i śpiewał przeciskając się między nami. Na plus idealnie wyważona setlista. Obok sześciu kawałków z ostatniej płyty, pojawiły się również trzy z wydanego w 2013 roku Trouble Will Find Me, aż w końcu dane było nam usłyszeć kawałki takiej jak Fake Empire czy Slow Slow, które swoją premierę miały ponad 10 lat temu. Występ The National okazał się być więc na pewno jednym z lepszych na tegorocznej Lolli.

The Weeknd

Weronika: W sobotę z największą niecierpliwością czekałam na koncert Abla Tesfaye, znanego szerszej publiczności jako The Weeknd. Kryjący się pod pseudonimem mężczyzna to 28 letni Kanadyjczyk, który od lat szturmuje światową pop-scenę, zarówno współpracując z głośnymi nazwiskami branży muzycznej, jak i tworząc własne przeboje. Obdarzony wokalem porównywanym do talentu Michaela Jacksona artysta wykonał aż 22 utwory. Wyczekiwany koncert rozpoczął się od utworu oryginalnie wykonanego z Kendrickiem Lamarem Pray For Me, płynnie przechodząc do mojego ulubionego Starboy, tytułowego singla wydanego w 2016 roku albumu. Nie zabrakło również pochodzących z tego samego albumu Party Monster, Six Feet Under czy świetnego I Feel It Coming. Występ został zamknięty utworami wydanymi na tegorocznym mini albumie artysty My Dear Melancholy – klimatycznym singlem Call Out My Name czy wpadającym w ucho The Hills. Mimo że uważam porównywanie The Weeknd do Jacksona za przesadę, nie mogę odmówić mężczyźnie talentu. Dobrze bawiłam się na jego show.

The Weeknd, Armin van Buuren, David Guetta i małe zamieszanie z Perry’s Stage

Piotr: Pierwszy dzień imprezy kończyłem koncertami Abla, Armina van Buurena oraz Davida Guetty. Zacząłem od tego pierwszego, jednak nie porwał mnie początkiem swojego show. Po prostu nie jestem fanem, a co chwilę rozpraszany byłem dźwiękami i laserami dochodzącymi z Perry’s Stage, czyli sceny znajdującej się na płycie Stadionu Olimpijskiego. Nigdy w życiu nie byłem na tak dużym koncercie dj-a. Występ Armina był więc idealnym startem mojej przygody z muzyką elektroniczną graną na stadionach. Samo wejście na zatłoczoną arenę sprawiało ogromne wrażenie. Od razu dałem się porwać trance’owym dźwiękom i pobiegłem pod scenę, gdzie tańczyłem do samego końca gigu Armina. A jego końcówka i drop w Blah Blah Blah połączony z fajerwerkami zapadł mi w pamięć najbardziej, coś pięknego!Po występie Armina jeszcze raz na chwilę udałem się pod Main Stage 1, gdzie swój koncert kończył The Weeknd. Słyszałem dwa ostatnie utwory, Call Out My Name oraz The Hills. Wypadły sto razy lepiej niż kilka pierwszych i, choć krótko, to bawiłem się przy nich bardzo dobrze.

Cały dzień zamykał David Guetta, jednak o jego secie nie mam zbyt wiele do powiedzenia, były fajne momenty, ale nie porwał mnie do tańca tak, jak zrobił to Armin. O Davidzie wspominam jednak z innego powodu. Podczas jego show wejście na stadion zostało zamknięte. Okazało się, że fani szybko zapełnili limit 25 tysięcy osób i niektórym przyszło oglądać swojego idola zza płotu. Na organizatorów spadła za to duża fala krytyki, w końcu festiwale muzyczne mają to do siebie, że ludzie lubią przemieszczać się między scenami nawet w trakcie połowy koncertu, odkrywać, a tutaj ta możliwość została odebrana (ze względów bezpieczeństwa, ale wciąż). W rezultacie mam trochę mieszane uczucia co do miejsca, w którym odbywała się tegoroczna Lollapalooza. Z jednej strony teren festiwalu był dla mnie wykorzystany idealnie, sam stadion dodawał niesamowitego uroku występom dj-ów. Z drugiej jednak szkoda, że niektórzy, chcąc zobaczyć swojego idola na Perry’s Stage musieli odpuścić jakiś koncert przed tym, bo inaczej nie byli w stanie na niego wejść. Organizatorzy mają ciężki orzech do zgryzienia. Jeśli lokalizacja za rok się nie zmieni, a Wy pojawicie się w Berlinie z zamiarem zamknięcia dnia na Perry’s Stage – miejcie to na uwadze.

DZIEŃ II

Clairo

Piotr: Drugi dzień Lollapaloozy rozpocząłem, od występu Clairo, która właśnie rozpoczynała europejską część jej trasy koncertowej. Podczas odkrywania nazw z 2-3 linii, to właśnie ta młoda, zaledwie 20-letnia piosenkarka z USA przykuła moją uwagę najbardziej. Ba, przykuła uwagę to zbyt mało powiedziane. Już od pierwszego kontaktu z jej muzyką (a było to przy okazji niegdyś viralowego Pretty Girl) stałem się fanem twórczości mojej rówieśniczki. I wiecie co? Udało mi się nawet zamienić z nią kilka słów i zrobić wspólne zdjęcie! Ok, stop, do rzeczy. Oglądałem próbki jej występów na YouTubie i byłem pewny co do tego, że wokalnie nie zawiedzie i faktycznie było poprawnie. Zaskoczyła mnie jednak jej pewność siebie na scenie. Nie stała w jednym miejscu, ruszała się, tańczyła i zachęcała do tego swoich fanów. Brakowało mi jedynie trochę większej interakcji z publiką, tutaj było widać, że okrzyki dochodzące spod sceny nadal nieco ją onieśmielają. Trzymam kciuki za jej karierę, oby muzycznie poszła w dobrą stronę. A jeśli ktoś z Was jej nie kojarzy, a lubi lo-fi/indie popowe dźwięki, to zachęcam do sprawdzenia jej twórczości!

Rag’n’Bone Man

Piotr: Występ brytyjskiego piosenkarza był dla mnie wielką niewiadomą. Kojarzyłem jedynie kilka najbardziej popularnych utworów i nie chciałem tego zmieniać przed festiwalem. Spodziewałem się one man show, dlatego już na samym początku ucieszył mnie fakt, że za plecami wokalisty pojawił się cały zespół. Muzycy idealnie dopełniali niesamowity wokal Rag’n’Bone Man’a, który wyróżnia się swoją charakterystyczną barwą. Obok największych hitów nie zabrakło również Wolves albo nagranego wspólnie z Vince Staplesem Hell Yeah, które pochodzą z płyty Wolves wydanej w 2014 roku. Ciekawym jest fakt, że wokalista postanowił umieścić swoje największe przeboje, czyli Skin oraz Human, mniej więcej w środku całej setlisty. Po odśpiewaniu Human zażartował, że nie czeka z tymi kawałkami do końca, by zrobić trochę luzu pod sceną. I faktycznie tak było. Niemniej bardzo przykrym widokiem było, jak ludzie masowo zaczęli opuszczać główną scenę zaraz po tym utworze, kiedy do samego końca show pozostało jeszcze kilka piosenek. 

Dua Lipa

Weronika: O tej młodej pani zrobiło się głośno zaledwie rok temu, gdy wypuściła debiutancki album Dua Lipa, a w każdej rozgłośni radiowej rozbrzmiał singiel New Rules.  Gwiazda wokalistki rozbłysła, a Dua zdobyła prestiżowe nagrody i popularność na całym świecie. Koncert na berlińskiej Lollapaloozie był ostatnim na tegorocznej trasie po Europie. Przepełnieni resztkami letniej energii skakaliśmy w akompaniamencie takich hitów jak Be The One, New Rules czy IDGAF. Nie zabrakło również tegorocznego superhitu One Kiss oryginalnie wykonanego wraz z Calvinem Harrisem czy Scared To Be Lonely – efektu współpracy Duy z Martinem Garrixem. Co ciekawe, gdy jedna z osób w tłumie źle się poczuła i potrzebowała pomocy ratowników, brytyjska artystka przerwała koncert i prosząc fanów o cierpliwość nie kontynuowała go, nim sytuacja nie została opanowana. 

Friendly Fires

Piotr: Tutaj tylko dwa zdania o tym zespole, bo załapałem się dosłownie na końcówkę ich koncertu. Ale za to jaką! Wokalista Friendly Fires dawał z siebie wszystko. I nie mam na myśli tu tylko wokalu. Takich ruchów na scenie nie widziałem już dawno! Na uwagę zasługuje również obecność aż trzech perkusistów. Obok dwóch tradycyjnych znalazło się miejsce jeszcze na afrykańskie bębny (wikipedia podpowiada, że profesjonalna nazwa to djembe). Całość dawała naprawdę super efekt, chłopaki grali naprawdę bardzo ciekawego, tanecznego indie rocka.

Jorja Smith

Piotr: Plan przed całym występem był taki: Na koncercie Jorji spędzam równe 45 minut, a następnie biegiem udaję się pod Main Stage 1, gdzie swój koncert dawał Liam Gallagher. Nałożenie się tych dwóch artystów było moim największym problemem na tym festiwalu. Z jednej strony wokalistka, której twórczość naprawdę uwielbiam, a z drugiej legenda rocka, autor solidnej solowej płyty i były członek Oasis. Plan się nie powiódł. 21-letnia piosenkarka z Wielkiej Brytanii spóźniła się o jakieś pół godziny, ale szybko jej to wybaczyłem. Tak szybko, jak szybko zapomniałem o biegu, by usłyszeć Wonderwall i Live Forever na żywo. Innym razem, panie Liam. Z legendą rocka wygrała wokalistka z zaledwie jedną płytą na koncie. Ale za to z jaką!

Jorja od samego początku czarowała publikę. Wręcz kokietuje swoich fanów i fanki. Bawi się z nimi, puszcza do nich oczka, wskazuje, macha. A kiedy robi to w twoim kierunku, serce bije dwa razy mocniej. Nie da się oderwać od niej wzroku.

Jorja na żywo brzmi tak samo pięknie, jak na studyjnych nagraniach. Jest naprawdę utalentowaną artystką. Nie potrafię jakkolwiek podejść krytycznie do jej koncertu, dla mnie był idealny. Od samego początku i utworu Lost & Found, przez cover piosenki Lost od Franka Oceana lub No Scrubs od TLC, aż po Blue Lights lub akustyczny wstęp do On My Mind, który poprzedzał wykonanie tej piosenki z studyjnej wersji. Jej cudowny głos wspomagał zespół. Widać, że panuje w nim naprawdę fajna i luźna atmosfera. Artyści co chwilę się do siebie uśmiechali, śmiali się, a w pewnym momencie popisali naprawdę fajną solówką, w której główną rolę odegrał perkusista.

Fani odwdzięczyli się artystce znając praktycznie wszystkie teksty, nawet wyżej wspomnianego coveru od TLC. Osób pod sceną było sporo, chociaż myślę, że dalej można mówić o nieco kameralnej atmosferze. Cieszę się, że po raz pierwszy Jorję zobaczyłem właśnie teraz. Jeszcze chwila i Brytyjka będzie wyprzedawała koncerty na całym świecie, nie tylko w swoim kraju.

Imagine Dragons

Weronika: Nie oszukuję, gdybym nie zobaczyła Imagine Dragons w line-upie, prawdopodobnie nie pojechałabym na Lollapaloozę. To dla tego zespołu pokonałam 800 kilometrów by znaleźć się w stolicy Niemiec. Karierę Dragonsów śledzę w zasadzie od początku, ale moje uczucia z nimi związane zmieniały się niczym w kalejdoskopie. Były momenty, gdy słuchałam ich muzyki całymi dniami i takie, gdy nie mogłam jej znieść. Jednak gdy dowiedziałam się, że pojawia się na Lollapaloozie decyzja zapadła szybko – muszę zobaczyć Dana Reynoldsa! Zdecydowałam się na długie czekanie pod sceną, by móc zobaczyć amerykańską supergrupę z pierwszego rzędu. Nie pożałowałam. Imagine Dragons dali długie, pełne emocji i kolorów show. Reynolds biegał po scenie i poza nią, brał fanów za ręce, dzielił się z nimi swoimi przemyśleniami. Słownie dodawał otuchy ludziom zmagającymi się z depresją czy nerwicami. Oddano również hołd zmarłemu Mac Millerowi. Na żywo usłyszeliśmy takie kawałki jak Radioactive, Thunder, It’s Time, a także najnowszy singiel Natural. Nie brakowało katapult z kolorowym konfetti, a podczas On Top Of The World nad fanami pojawiły się ogromne balony, które odbijane rękami festiwalowiczów dały spektakularny i przyjemny dla oka efekt. Na koniec wykonano motywujący przebój Beliver, którym Imagine Dragons zakończyli nie tylko koncert na Lollapaloozie, ale również Evolve Tour i całą erę Evolve. Pozostało mi czekać na kolejną! Nie zawiodłam się.

Piotr: Dragonsów oglądałem z oddali, wszystko zostało już dobrze opisane przez Weronikę, a ja chciałbym jeszcze raz tylko pochwalić wokalistę zespołu za słowa o Millerze oraz za przekaz o depresji. Dan wyznał, że sam się z nią przez długi okres czasu zmagał i dodał otuchy tym, którzy również przechodzą przez takie problemy. Myślę, że takie słowa zasłyszane od swojego idola mogą być naprawdę krzepiące.

Kraftwerk 3D

Piotr: Przed występem niemieckiego kwartetu wolontariusze chodzili po terenie festiwalu i rozdawali papierowe okulary 3D, o takie. Byłem przekonany, że “3D” w nazwie i te okulary to tylko image zespołu. Przyznaję i biję się w pierś, nie przygotowałem się na koncert tego zespołu. Ot, sprawdziłem kilka kawałków, stwierdziłem, że może być to ciekawe doświadczenie, więc wybrałem się pod samą scenę. Nawet nie wiecie jak bardzo jest mi teraz wstyd, kiedy już wiem, że miałem do czynienia z legendami jeśli chodzi o muzykę elektroniczną.

Kiedy artyści wyszli na scenę i odegrali pierwszy utwór o nazwie Nummern, przeżyłem mały, bardzo pozytywny szok. Okulary nie były tylko fajnym wizualnym dodatkiem, ale przede wszystkim pozwalały nam oglądać to, co wyświetla się za plecami zespołu w trójwymiarze. Artyści zabrali nas w długi elektroniczny trans. Bardzo podobała mi się różnica w odbiorze dość, co by nie mówić specyficznej muzyki granej przez Kraftwerk. Jedni stali w bezruchu i jak zahipnotyzowani oglądali całe przedstawienie, inni tylko lekko kiwali głową w rytm muzyki, aż w końcu pojawiali się tacy, których muzyka porywała do energicznego tańca.

Na sam koniec postanowiłem jeszcze pożegnać się z Perry’s Stage, który zamykał Kygo, ale niestety nie wybawiłem się na jego występie zbyt dobrze. Dużo piosenek, mało dropów i basów, a jeśli już były, to dosłownie na kilka sekund, po których następowała cisza i wstęp do kolejnej piosenki. Nie mój klimat, chociaż jestem w stanie zrozumieć tych, którym koncert producenta się podobał.

Piotr: I to by było na tyle jeśli chodzi o tegoroczną Lollapaloozę w Berlinie. Festiwal naprawdę urzekł mnie swoim klimatem i różnorodnością, jeśli chodzi o muzykę. Za pierwszym razem kiedy spojrzałem na plakat z line-upem, w oczy rzucił mi się sam pop, za którym nie do końca przepadam. Dopiero po zagłębieniu się w skład artystów doceniłem, że w stolice Niemiec mieliśmy wszystko. Od rapu (tutaj należy jeszcze wspomnieć o niemieckim hip-hopie. Ojj, bardzo jest tam popularny. Wszyscy raperzy gromadzili naprawdę wielką publiczność pod sceną, a ich fani doskonale znali teksty), przez pop, R&B, rocka, na elektronice kończąc. Mam wielką nadzieję, że na stałe będę mógł go wpisać na listę moich festiwalowych must be. Wspaniale jest kończyć sezon letnich festiwali we wrześniu. Oby do następnego!

Popularne

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.