Leonard Cohen… „Ojciec chrzestny mroku”, poeta i pisarz, którego mistrzostwo pióra stawiane jest na równi z Bobem Dylanem (wielu sprzecza się, że prestiżowa Nagroda Nobla w dziedzinie literatury powinna była przypaść właśnie Cohenowi), który darzony jest (dzięki nieodżałowanej pamięci Maciejowi Zembatemu) szczególnie w Polsce ogromną estymą… W ostatnich latach Cohen jest niezwykle pracowity – mnóstwo występów na całym świecie, trzy płyty studyjne, dwie koncertowe w ciągu zaledwie czterech lat… Czy na swoistej trzeciej części tej trylogii, najnowszym albumie – zatytułowanym frapująco You Want It Darker (czy to pytanie? Stwierdzenie faktu? Kim jest/są You?) – Leonard Cohen po raz kolejny udowadnia, że jest mistrzem uderzania w tajemny akord?

Nie sposób nie wyczuć pewnej zadumy, melancholii, uderzającej od pierwszych taktów doskonałego utworu tytułowego – oszczędnego, z subtelną, acz niepokojącą linią basu, hipnotyzującym murmurando chóru synagogi Shaar Mashomayim z Montrealu i wspaniałym śpiewem kantora Gideona Zelermyera… Ale nade wszystko ową zadumą przesiąknięty jest szorstki, ochrypły lecz pełen niewytłumaczalnej mocy głos Cohena…

Padają słowa I’m ready, My Lord – i nagle wkracza niepokój. Czy mamy do czynienia – tak jak w przypadku Blackstar nieodżałowanej pamięci Davida Bowie – z muzycznym testamentem artysty, przeczuwającego, że już niedługo płomień jego życia zgaśnie? Niewykluczone. Osią You Want It Darker są jakby „ostateczne” osobiste refleksje na temat wiary, spojrzenie na życie i miłość, dawne znajomości, z perspektywy, godzenie się z nieuchronnością śmierci – bardziej niż na poprzednich krążkach, Old Ideas Popular Problems. Już w dwóch pierwszych utworach Cohen kieruje się bezpośrednio do Boga, jednocześnie oskarżając Go – i poddając się Jego woli, próbując zrozumieć jego poczynania… Poezja Cohena jest jak zawsze błyskotliwa, niejednoznaczna i otwarta do interpretacji, często w intrygujący sposób łącząca wątki religijne z fascynującymi metaforami i słownymi obrazami…

Niczym na starszych płytach Cohena, muzyka jest tu bardziej tłem dla jego deklamacji. Zdarzały się w jego twórczości utwory, gdzie owe status quo było zaburzone, a misterna poezja Cohena gryzła się z nietypowymi muzycznymi rozwiązaniami – nie tutaj jednak. Akompaniament – oszczędny, delikatny – dobrany i skomponowany jest wyśmienicie, podkreślając poważne refleksje Cohena – nie popadając jednak w posępność i melancholię. Leaving the Table byłby utworem zbyt depresyjnym, gdyby nie sentymentalna, bluesowa aranżacja. Jedynym dyskusyjnym muzycznym momentem jest bouzouki w Traveling Light. Nadaje ona utworowi swoistej „teatralności”, jak również nieco osobistej nuty (Cohen wiele lat mieszkał w Grecji) – nie każdemu się to może jednak podobać. Osobiście uważam, że utwór ten nie do końca komponuje się dobrze z resztą albumu.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić – Cohen zdaje się powtarzać pewne motywy, np. w Leaving the Table raz jeszcze używa obrazów wygaszenia płomienia, raz jeszcze deklaruje, że jest out of the game

I’m ready, My Lord… Jeśli (oby nie) rzeczywiście jest to ostatnia płyta jednego z najznakomitszych poetów współczesnej muzyki (wrażenie to szczególnie potęguje wieńcząca album, smyczkowa aranżacja „Treaty”) ostatnie pociągnięcie pędzla, muzyczne epitafium Cohena – to jest to pożegnanie w wielkim stylu. Ukłon, zdjęcie słynnego niebieskiego prochowca – i zejście ze sceny niepokonanym, jeśli wolicie. To kwintesencja Cohenowskiego stylu – eksploracji tego, co mroczne, przy pomocy niejednoznacznej, mistrzowsko skonstruowanej poezji. Wielka płyta.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułPo Tytule #7 – Without You
Następny artykułKoncert duetu Smolik / Kev Fox w Warszawie, relacja Katarzyny Turowicz
  • Natalia Ch.

    Niestety, stało się :(