Kiedy słyszę o artyście pierwszy raz i nie wgłębiam się zbytnio w jego twórczość, nie czytam o nim jako o osobie, ciężko mi znaleźć jakiekolwiek odczucia czy myśli. Jeszcze parę dni temu nie wiedziałam kim jest Laura Marling, jaką muzykę tworzy i jaką płytę szykuje dla nas w tym roku. Nadrobiłam zaległości, bo myślę, że akurat tak to mogę nazwać. Jak odczucia? Jestem pod wrażeniem i myślę, że każdy kto ma w jakiś sposób ukierunkowane gusta muzyczne i stoi konsekwentnie przy swoich typach, powinien poświęcić chwilę Laurze. Dlaczego? Już mówię.

Laura Marling, a właściwie Laura Beatrice Marling, to młoda, dwudziestosiedmioletnia piosenkarka i autorka tekstów. Pochodzi  z Hampshire w Anglii. Zaczynała w brytyjskim zespole Noah and the Whale, z którym współpracowała do 2008 roku. Frontmanem grupy był Charlie Fink, który został producentem pierwszego krążka Laury. Jego tytuł to Alas, I cannot swim i wydany został również w 2008 roku. Dalszymi albumami były te pod tytułem I Speak Because I Can, A Creature I Don’t Know, Once I Was en Eagle oraz Short Movie. Trzy z nich zostały nominowane do Mercury Prize. W 2011 roku zdobyła Brit Award w kategorii „Najlepsza brytyjska artystka”. Na swoim koncie ma nie jedną współpracę i gościnny występ. Co ciekawsze, zespół The Rakes, który zaprosił ją do piosenki Suspicious Eyes, znalazł ją za pomocą strony MySpace. Biorąc pod uwagę fakt, że artystka wydaje płyty średnio co dwa lata, w tym roku właśnie nadszedł czas na kolejną.

Semper Femina to bardzo ciekawy album. Laura stwierdziła, że pisząc muzykę i teksty, postawi się na miejscu faceta, który pisze o kobietach. Z czasem zdała sobie sprawę, że nie będzie ukrywała tego w jaki sposób podchodzi do kobiet i jakimi uczuciami je darzy. Można więc stwierdzić, że ta płyta to szerokie przemyślenia kobiety na temat… kobiet. Utwory prawie się od siebie nie różnią. Każdy jednak posiada swój własny szczegół.

Pierwszym utworem, jaki miałam okazję usłyszeć był ten pod tytułem Nothing, Not Nearly. Utrzymany w jednej konwencji, spokojny i na przestrzeni 4 minut niezbyt zaskakujący. Całość przyjęła charakter piosenki spokojnej, mało dynamicznej, która im bliżej końca, tym bardziej się wycisza. Kiedy album ujrzał już światło dzienne w całości, słuchałam utworów po kolei. Każdego z nich po parę razy. Pierwszym na płycie jest Soothing. Bardzo muzyczny utwór, który współtworzy szeroka gama instrumentów. Słuchając go, miałam wrażenie, że Laura jest obok i śpiewa to na żywo. Dawno nie słyszałam czegoś tak bardzo wiarygodnego… To chyba właściwe określenie. Kolejnym utworem jest The Valley. Tak jak Nothing, Not Nearly utrzymane w jednej konwencji, tempie, brzmieniu. Utwory Wild Fire oraz Wild Once to te, które spodobały mi się najbardziej. Pod względem tekstu są bardzo codzienne i proste, ale przez to wyjątkowe. Pierwszy z nich bardziej romantyczny, zmysłowy, drugi spokojny. Przypomina mi niektóre numery z soundtracku do słynnego filmu The Last Song. Next Time, a w nim wokal Laury… Bardzo mi się podoba. Muzycznie myślałam, że znudzi swoją prostotą i jednostajnością. Momentami jednak zmienia się i przybiera innego wyrazu, który mi osobiście odpowiada. Bardzo spokojny utwór, nie wymagający większej analizy całości. Nouel jest ciekawe przede wszystkim pod względem tekstu. Zastanawiałam się o kim artystka śpiewa i do kogo ten numer kieruje.

To co przykuło moją uwagę to zdecydowanie pojawiające się słowa Semper Femina czyli nazwa całego albumu. Śpiewa momentami o tym, że to właśnie ona, co może być potwierdzeniem jej faktycznego otworzenia się na tej płycie. Jak sama podkreślała, teksty są osobiste i odzwierciedlają jej tok myślenia. Don’t Pass Me By to utwór, w którym usłyszeć można mnogą ilość instrumentów po raz kolejny, ale brzmienie jest mocniejsze przez występującą gitarę elektryczną. Głosem i sposobem, w jaki śpiewa na początku, przypomina mi niektóre dawne kawałki Madonny, które utrzymane były w podobnym nastroju. Jako, że jestem fanką Madonny, podobieństwo to bardzo mi się podoba. Ten utwór zdecydowanie jest jednym z tych, które najbardziej przypadły mi do gustu. Always This Way to kolejny z tej płyty, który intryguje mnie pod względem instrumentalnym. Część piosenek jest tak prosta i tak mało skomplikowana… Mimo wszystko chciałabym mieć okazję usłyszeć je na żywo. Always This Way właśnie kojarzy mi się ze swoistym jam session. Utworami granymi przy ognisku, które zaśpiewać byłby w stanie każdy.

Robiąc research na temat Laury, słuchając paru utworów, doszłam do wniosku, że jej twórczość była bardzo mocno folkowa. Z czasem wzmocniła na swoich płytach brzmienie gitarą elektryczną, jednak wciąż pozostając w swoim stylu. To nie muzyka, której słucham na co dzień. Nie mogę jednak stwierdzić, że nie podchodzi pod mój gust. Nie ograniczam się do konkretnych gatunków i całkiem obiektywnie patrząc na tę płytę, jest bardzo dobra. Sądzę, że nie raz wrócę do niektórych kawałków. Ma tylko (albo dla niektórych aż) dziewięć kawałków, za to każdy liczy sobie ponad cztery minuty. Można wręcz powiedzieć, że prawie pięć. To album, który jest prawdziwy i autentyczny. Słychać, że Laura miała na niego konkretny zamysł – jest jej od początku do końca. Żaden kawałek nie wyłamuje się. Wszystkie tworzą spójną całość, a dzięki temu jestem przekonana o tym, że ta muzyka to jej styl. To właśnie ta Laura, o której czytałam. Teksty tak jak wspomniałam wcześniej tak proste, ale prawdziwe. O to właśnie chodzi… Żeby opowiedzieć o czymś w taki sposób, żeby pozyskać uwagę odbiorcy. Moją pozyskała i myślę, że zabiorę się za wcześniejsze wydania.

ŚREDNIA OCENA WYBRANYCH REDAKTORÓW

Sara Karaszewska
7/10
PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułZespół Little Dragon ujawnia szczegóły płyty
Następny artykułNowy teledysk: Me And That Man – Cross My Heart And Hope To Die