Dobrze pamiętam kontrowersje, jakie towarzyszyły pojawieniu się Lany Del Rey w muzycznym gwiazdozbiorze. Wtargnęła na scenę (cudowną!) piosenką Video Games i z miejsca poddana została dogłębnej analizie. Internauci dokopali się do jej poprzednich utworów (jeszcze nagrywanych pod innym pseudonimem). Inni starali się udowodnić, że opowieści o biednym dzieciństwie to zwykłe kłamstwo, mistyfikacja, a za sukcesem Del Rey stoi wytwórnia płytowa, która wykorzystała moment, kiedy ludzie są zmęczeni agresywną elektroniką i zatęsknili za czymś spokojniejszym. Dla wielu fałszywy był również image Lany. O jej ustach krążą już legendy. Dziś od jej dmuchanych (czy też nie) warg ważniejsze jest to, co się z nich wydobywa.

Ultraviolence, bo taki tytuł nosi druga studyjna płyta Lany, jest następcą wydanego na początku 2012 roku krążka Born to Die. Debiutancki album artystki swego czasu robił na mnie ogromne wrażenie. Były dni, kiedy nie słuchałam niczego innego. Dziś emocje, jakie towarzyszyły mi sięgając po takie kawałki jak Summertime Sadness czy National Anthem, już opadły. Mimo wszystko Born to Die jest płytą na wysokim poziomie. Lana zawiesiła sobie poprzeczkę niezwykle wysoko. Nagrać pierwszy album jest ponoć łatwo. Dużo trudniejszym zadaniem jest zaprezentować potem materiał nie tylko lepszy, ale i ciekawszy i bardziej intrygujący. Przyprawiający o ciarki. Nie wiem jak, ale Lanie się to udało.

lana del rey

Nad nowymi utworami artystka współpracowała z Danem Auerbachem, wokalistą i muzykiem amerykańskiego duetu blues rockowego The Black Keys. O ile poprzedni krążek Del Rey był dość różnorodny (obok około-hip hopowego Off to the Races otrzymywaliśmy popowe This Is What Makes Us Girl), tak Ultraviolence od początku do końca cechuje się jednolitym klimatem. Czasami smutnym i przygnębiającym, czasem zza chmur wygląda Słońce. Ale za każdym razem pięknie melancholijnym – ten przymiotnik do Lany (a szczególnie jej głosu) pasuje jak ulał. Współpraca z Danem wyszła Del Rey na dobre. Jej kawałki nie brzmią zbyt nowocześnie, ale przywołują lata 60. Członek The Black Keys dodał do nich sporo gitarowego grania, przez co muzyka wokalistki nabrała trochę bluesowego smaku.

Płytę otwiera brzmiąca bardzo amerykańsko (cudowny wstęp!) kompozycja Cruel World, która z minuty na minutę rozkręca się i doprowadza nas do poruszającego refrenu. Chociaż przed większą część piosenki wokal Lany brzmi dość gniewnie, w bridge’u mamy na chwilę powrót słodszego, bardziej dziewczęcego oblicza wokalistki. Cruel World jest jednym  z tych utworów, które zachwycają na Ultraviolence najbardziej. Na podium plasuje się również ponura, zagrana głównie na pianinie, ale urozmaicana i smyczkami, ballada Old Money, która swoim klimatem przywodzi mi na myśl Video Games. Pięknie prezentuje się również The Other Woman. Kawałek ten moją uwagę przykuł za sprawą niesamowitego wręcz wykonania. Wokal Lany poddany został małej obróbce, przez co cała piosenka brzmi, jakby nagrywana była kilka dekad temu. Zawiera w sobie bowiem wpływy jazzu.

Warto zwrócić uwagę na nieco posępne Shades of Cool, które do gustu przypadło mi głównie ze względu na zwrotki. Mniej podoba mi się refren, w którym to wokalnie Lana wędruje w wyższe rejestry. Pod względem samej muzyki otrzymujemy mocny numer. Niby powolny i ociężały, ale wpisujący się w klimat płyty.

Brooklyn Baby jest dla mnie piosenką, dla której miejsce mogłoby znaleźć się na poprzedniej płycie Lany. To łagodna, delikatna kompozycja, charakteryzująca się oszczędnym podkładem muzycznym. Ciekawiej przedstawia się singiel West Coast, który jest najbardziej przebojową kompozycją na Ultraviolence czy retro popowe Sad Girl, z zasługującymi na uwagę bębnami. Pretty When You Cry zaczyna się bardzo spokojnie. Śpiewającej łamiącym się głosem Lanie towarzyszy gitara. Wśród wszystkich piosenek zawartych na Ultraviolence wyróżniają się nieco zadziorne i mroczne Fucked My Way Up to the Top oraz refleksyjne Money Power Glory.

Przyznam szczerze, że singiel West Coast nieco mnie zmartwił. Piosenka wydawała mi się taka płytka i mało nastrojowa. Obawiałam się o poziom nowej płyty Lany Del Rey. Pierwszy kontakt z tym albumem nie należał do przyjemnych. Muzyka Lany zaczęła mnie nudzić. Jednak im częściej sięgałam po nowe kompozycje artystki, tym bardziej mnie one hipnotyzowały i zachwycały. Ultraviolence to krążek dużo dojrzalszy niż Born to Die. Nie brzmiący jak przypadkowy zbiór kilku utworów, ale tworzący piękną, klimatyczną całość. Duża w tym zasługa producenta tej płyty, Dana Auerbacha. Nie dość, że dla swojego duetu przygotował w tym roku świetny album (Turn Blue), to jeszcze przyczynił się do stworzenia tego masterpiece, jakim jest Ultraviolence. Ogromne brawa. Myślę, że tym krążkiem Lana zarówno zamknie usta wszystkim, którzy dotąd negowali jej talent do nagrywania i pisania emocjonalnych kawałków, jak i nieco zrazi do siebie wcześniejszych wielbicieli, którzy potrafili na okrągło słuchać jej Ride czy Dark Paradise. Mnie jednak absolutnie tą płytą kupiła.

  • Genialny krążek. Dojrzały, świetnie wyprodukowany, spójny (można powiedzieć nawet, że to swego rodzaju koncept album). Nie wchodzi za pierwszym razem, a to spory atut w moim odczuciu – płyty, które podobały mi się przy pierwszym przesłuchaniu szybko mi się nudziły. Tutaj (podobnie było w przypadku BTD) co chwilę odkrywam nowe smaczki i piękno kompozycji na tym albumie.
    Zgadzam się niemalże w 100% z recenzją – oprócz wzmianki o West Coast, które przemówiło do mnie od dnia premiery. Wciąż nie mogę się przestać zachwycać nad tym numerem.

  • Piotr Podymniak

    Niesamowite, ale czytalen juz ta recenzje rano, tylko na innej stronie.. Slowo w slowo identyczna.

    • A to dlatego, że redaktorka, która ją pisała, prowadzi również bloga, gdzie umieszcza recenzje. ;)

    • Zuzanna Janicka

      Warto zwracać uwagę na podpisy kto co napisał ;)

  • Ode mnie 10/10 i miano arcydzieła. Jestem absolutnie zachwycony. Początkowe „Cruel World” zwala z nóg i zawiesza poprzeczkę tak wysoko, że w obawie przed rozczarowaniem autentycznie można bać się dalszego słuchania, ale reszta nie zawodzi. KAŻDY utwór ma w sobie to coś, czego szukam, nie ma tu wypełniaczy ani kawałków dodanych na siłę. Mało tego, bonusowe „Black Beauty”, „Guns and Roses” i „Florida Kilos” są po prostu świetne.

    Jeśli chodzi o „West Coast”, to od początku mi się podobało, szczególnie za tak odmienne od poprzedniego brzmienie, ale co ciekawe, wyróżnia się również na tle reszty kompozycji z tego albumu, choć możliwe że złudzenie to powodują zmiany tempa.