Mogłoby się wydawać, że musical swoje lata świetności ma już dawno za sobą. Próby reanimacji tego gatunku przez szereg ostatnich latach każdorazowo kończyły się fiaskiem, a przywołany na myśl wywołuje współcześnie raczej pogardliwy uśmiech na twarzy niż wzbudza rzeczywiste zainteresowanie. Po latach nieurodzaju w sferze tego gatunku w końcu otrzymaliśmy musical, na który naprawdę warto się wybrać.


Już to znamy. Para marzycieli próbująca podbić świat zmaga się z różnymi trudnościami – schemat nad wyraz często powielany na taśmach kamer kolejnych filmowych produkcji. Nie tym razem. Stylizowany na lata 60. minionego stulecia – dekadę premier ponadczasowych produkcji filmowych w światowej kinematografii – napis oznajmia nam porę roku. Znajdujemy się w dusznym, zatłoczonym Los Angeles w epicentrum potężnego korku, kiedy nagle eksploduje ogromna sekwencja w rytmie piosenki o „kolejnym dniu pełnym słońca”. Płynnie przemieszczamy się między setkami tańczących i śpiewających statystów, aż w końcu siadamy na jednym ze skórzanych siedzeń starego brązowego cadillaca tuż obok Sebastiana – młodego muzyka bez pieniędzy mocno zakotwiczonego w tradycyjnych jazzowych wzorcach, współczesnego Don Kichote’a marzącego całym sobą o własnym klubie jazzowym, usilnie próbującego złapać odpowiednie fale radiowe. Chwilę później zajmujemy miejsce w nowszym aucie, które prowadzi zestresowana, stale przygotowująca się do kolejnego castingu kelnerka Mia. Wtedy wraz z piskiem opon następuje zawiązanie akcji, a wspólne i osobne losy tej dwójki będą się stale przeplatać.

Duet Mia i Sebastian to współcześni Bonnie i Clyde. Ich raz zawiązane, choć niejednokrotnie burzliwe dzieje, wplatają się w ich własne cele, marzenia czy plany. Jedno żyje wsparciem drugiego, ich relacja przypomina niemożliwy do rozsupłania splot. Oboje żyją marzeniami, dokładają wszelkich starań, by móc je zrealizować, po drodze gubiąc pewne wartości i ideały, a szczęśliwe zakończenie może się w końcu okazać złudzeniem. Wszystko to oglądamy okiem wirującej, kręcącej piruety kamery. Uchwycone w kolejnych ujęciach żywe kolory, dynamiczne sekwencje taneczne i bogato, choć bez przesady, rozbudowane scenografie są niezwykle zachwycające.

Damien Chazelle odnalazł złoty środek. W erze wszechobecnych cyfrowych obróbek sztuką jest zrobić sztukę, szczególnie w obrębie musicalu, który jest niezwykle wrażliwą i podatną na kicz materią. Reżyser filmu La La Land utrzymał świetną równowagę między klasyką kina a najnowszymi trendami w filmie, między nostalgią za erą lat 60. ubiegłego stulecia a otwartością na to, co niesie ze sobą XXI wiek w światowym kinie. Chazelle czerpie z klasyków tego gatunku – widzimy pewne wpływy musicali Grease, Mamma Mia!, New York, New York czy Zabawna buzia – ale nie upycha ich na siłę, odnajdując pewien balans.

Jak w przypadku każdego musicalu, tak też serce La La Land bije w rytm muzyki. Pod tym względem nie jest to produkcja wzorem Grease – nie możemy oczekiwać wielkich przebojów na miarę You’re The One That I Want czy Summer Nights. Nie sądzę też, by utwory tego musicalu były w stanie funkcjonować samodzielnie poza obrębem tego obrazu jako wybitny, ponadczasowy soundtrack, co nie znaczy, że warstwa muzyczna La La Land jest przez to mniej wartościowa. Muzyka dopowiada fabułę, oddaje klimat lat 60. XX wieku, ale łączy też pierwiastki współczesnych brzmień reprezentowanych w tym filmie chociażby przez Keitha, w którego wcielił się John Legend. Z łatwością przenikają pierwiastki free jazzu, swingu czy popu. Trzeba też przyznać, że Emma Stone oraz Ryan Gosling należą do nielicznego grona aktorów potrafiących śpiewać, doskonale łączą umiejętności wokalne oraz taneczne z aktorstwem.

Świat kocha marzycieli – to uniwersalne przesłanie Damien Chazelle zawarł w swojej najnowszej filmowej produkcji. La La Land jest pierwszym od wielu lat musicalem naprawdę godnym uwagi i wszystko wskazuje na to, że będzie też mocnym kandydatem do przyszłorocznego Oscara.

PRZEGLĄD RECENZJI
Ocena końcowa
8.8
PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułAll About Music Christmas Giveaways 2016. Wygraj najnowszy album Lady Gagi, Joanne
Następny artykułThrowback Thursday #65: Britney Spears – My Only Wish (This Year)
Studentka i pasjonatka Historii. Miłośniczka twórczości Katarzyny Nosowskiej i zespołu Hey oraz filmu "Śniadanie u Tiffany'ego". Codziennie żonglująca słowami, wyłuskująca z nich treść.