Promienie słoneczne coraz mocniej dostają się zza zasłon do mojego pokoju. Skórzana kurtka i grube swetry powoli podążają do szafy. Przejazd autobusem bez uprzedniego spsikania się hektolitrową dawką antyperspirantu grozi nieuprzejmymi spojrzeniami reszty podróżujących oraz plamą pod pachą wielkości Madagaskaru. Tak, to oczywiste – wakacje zbliżają się coraz większymi krokami. Niby jeszcze jest maj, ale do czterdziestostopniowych upałów już zdecydowanie bliżej, niż dalej.

A wakacje to nie tylko picie piwa z kumplami na ławce pod blokiem, ale też najlepsze koncertu w roku. Oczywiście nasz rodzimy rynek od kilku lat rozwinął się na tyle, by największe gwiazdy przybywały do nas w ciągu wszystkich dwunastu miesięcy, ale to jednak lipiec i sierpień są punktem kulminacyjnym.

Nie inaczej będzie w obecnym, 2015 roku.

Wszystko fajnie, tylko w mojej głowie od razu pojawia się pytanie: ile takie koncertowe wyprawy by mnie kosztowały? Bo co z tego, że dany artysta wystąpi w Polsce, skoro koszty dostania się na ten występ okazują się kompletnie nie na moją kieszeń? Z tymi pytaniami tkwiącymi w mej głowie postanowiłem napisać dzisiejszy, nieco inny niż zwykle felieton.

W moim tekście postaram się jak najdokładniej obliczyć, ile kosztowałoby mnie wybranie się na kilka z najciekawszych wakacyjnych koncertów tego roku. Oczywiście ograniczę się tylko do tych występów, na które rzeczywiście chciałbym pojechać. Prócz ceny biletów oszacuję mniej więcej: ile kosztowałby mnie transport, ewentualny nocleg, jakieś jedzenie, piwo oraz inne pierdoły. Domyślam się, że suma ta nie będzie mała, ale pod koniec tych rachunków moje domysły poprę realnymi kwotami. Wakacyjny okres zawężam do lipca i sierpnia, tak więc w obliczeniach tych zabraknie chociażby występu Muse podczas czerwcowego Oranege Warsaw Festival, na który na pewno chciałbym się wybrać. I ostatnia rzecz: z natury jestem sknerą, dlatego możecie być pewni, że koszty te postaram się zredukować do minimum. No to startujemy.

Moim pierwszym przystankiem na koncertowej mapie Polski byłaby Gdynia i Open’er Festival. Nie jestem jakimś wybitnym fanem tego festiwalu, gdyż uważam, że w większości ludzie jadą tam nie dla muzycznych doznań, a dla fotek na Instagrama, ale jednak koncerty Kasabian i Mumford and Sons z chęcią bym zobaczył. Dlatego zamiast czterodniowego karnetu, wziąłbym dostępny w ofercie bilet weekendowy, ponieważ to właśnie w piątek i w sobotę na scenie wystąpią wspomniane przed chwilą zespoły. Jego cena to 350 zł. Jak na tak renomowany festiwal, nie ma tragedii. Lecz w tym momencie zaczynają się generować dodatkowe koszty.

opener

Jako, że mieszkam w Krakowie, a przejście spacerem ponad 600 km byłoby dosyć męczące, sprawdzam ceny biletów na Polskiego Busa, który jest chyba najtańszym z możliwych środków transportu (nie licząc jazdy autostopem, ale jakoś nie widzę siebie podróżującego przez cały kraj z jakimś obcym typem). Po wklepaniu nazwy przewoźnika w wyszukiwarkę, otworzeniu paru okien oraz wybraniu preferowanej daty odjazdu wyskakuje mi cena: 65 zł. Mnożymy ją razy dwa, bo jakoś trzeba jeszcze do tego Krakowa wrócić. Razem daje nam to 130 zł. Prawie pół tysiaka za same wejściówki na teren imprezy i transport. Robi się nieciekawie, a to dopiero część wydatków.

Jako, że wybrałem występy z 3 i 4 lipca, w noc łączącą oba dni muszę się gdzieś przespać. Właściciele pensjonatów i hostelów czują zapach pieniędzy, które 1 lipca zjadą się do Gdańska i Gdyni, dlatego najtańsze oferty zaczynają się od 100 zł za jedną noc. Wybieram oczywiście tę najtańszą opcję, mimo że przedstawione na zdjęciu warunki przypominają skrzyżowanie stodoły z zakładem stolarskim. Do 350 zł i 130 zł dodaję kolejną stówkę. To daje mi w sumie 580 złotych. Chciałbym w tym momencie już schować swój kalkulator do szafki, ale nie mogę. W końcu coś w czasie tych dwóch dni musiałbym zjeść. Wizja burczącego brzucha w czasie oglądania autorów Man of Simple Pleasure nie jest zachęcająca. Na jedzenie skoczyłbym zapewne do KFC. Wziąłbym zestaw za ok. 20 zł. Potrzebowałbym 3 posiłków dziennie, więc ten największy zjadłbym na obiad, a nieco mniejsze na śniadanie i wczesną kolację. Wyniosłoby mnie to minimum 50 zł. Na terenie festiwalu chciałbym się napić kilku piwek (w czasie imprez masowych serwowane są jedynie piwa 3,5%, więc żeby coś poczuć, muszę wypić co najmniej cztery. Poza tym na festiwalach ludzie piją zazwyczaj więcej, niż podczas innych imprez), a że ich cena wynosi wtedy minimum 7 zł, to daje mi to kolejne 30 zł. Z Gdańska do Gdyni nie jest na tyle blisko, by iść piechotą, dlatego będę musiał się tam jakoś dostać. Na komunikację wydam ok. 15 zł.

I w tym momencie chyba kończy mi się lista najpotrzebniejszych rzeczy, na jakie musiałbym wydać swoje pieniądze. Doliczę jeszcze 20 zł, które wydałbym na pierdółki typu batonik, cola, itp. Oto cały rachunek: 350 zł+130zł+100zł+50zł+30zł+15zł+20=695 zł. Nie jest za ciekawie. To daje mi prawie 350 zł na jeden dzień.

Z Gdańska już wróciłem, dziesięciogodzinną podróż autobusem odbyłem. Czas na następny koncert. Będzie to występ AC/DC na Stadionie Narodowym w Warszawie. Mimo, że gwiazda wielkiego formatu, to ceny relatywnie nie są aż tak duże. Zaczynają się od 209 zł, ale muszę zaznaczyć, że przydzielają widza do sektora G, z którego niewiele widać. Już chyba wolałbym wziąć te za 250 zł na płytę, ale miało być najtaniej, więc niech tak będzie.

Jako środek transportu wybieram nieocenionego w kwestii tanich przejazdów Polskiego Busa. Trasa Kraków-Warszawa w dniu koncertu, czyli 25 lipca, kosztuje 25 zł. Droga powrotna tyle samo, także w sumie na dojazd wydaję 50 zł. Nie jestem fanem tracenia pieniędzy na nocleg tylko po to, by przespać się kilka godzin, dlatego w przypadku AC/DC rezygnuję z wynajęcia pokoju w hostelu. Przebimbałbym się kilka godzin na Dworcu Centralnym, co już w swoim życiu kilka razy zrobiłem. Wizja siedzenia na ławce z żulami nie jest zbyt przyjemna, ale w końcu włączyłem tryb oszczędny. Jednak coś musiałbym zjeść, dlatego w ciągu dnia udaje się trzykrotnie do jakiegoś fast fooda, by zlikwidować burczenie w brzuchu. Koszty – podobnie jak w Gdańsku – 50 zł. Żeby móc podróżować po Warszawie, kupuję dobowy bilet, który ze zniżką studencką kosztuje 7,50 zł. Na terenie stadionu nie biorę żadnych piw, bo chce zupełnie na trzeźwo podziwiać jeden z najważniejszych zespołów rockowych w historii. Ale na okres oczekiwania na dworcu muszę sobie coś kupić do jedzenia i picia, co kosztuje mnie 15 zł.

Gdy wracam do mieszkania,  dochodzę do wniosku, że w porównaniu do mojego wypadu na Open’era, wizyta na Narodowym nie kosztowała mnie aż tak dużo. 209zł+50zł+7,50zł+15zł. Doliczam jeszcze 20 zł, które wydałem na picie oraz słodycze i po zsumowaniu tych liczb wychodzi mi 301,50 zł – niemal o połowę mniejsza kwota, niż podczas poprzedniego wyjazdu. Lecz zamiast dwóch dni koncertowych, byłem na jednym. No i odpadł mi nocleg, który pożera spore ilości pieniędzy.

Lipiec mija, wakacje zbliżają się ku końcowi. Oszczędności po poprzednich dwóch koncertach uszczupliły się, ale na szczęście coś jeszcze zostało. Dlatego jadę do Rybnika na show Linkin Park. Najtańsze wejściówki zaczynają się od 193 zł. Biorę je.

Z Krakowa do Rybnika nie jest aż tak daleko, jak do Warszawy i Gdańska, ale ilość możliwości transportu jest dosyć skromna. W zeszłym roku, jadąc na koncert Thirty Seconds To Mars, skorzystałem z przejazdu prywatnego transportera, który z Krakowa zawiózł całą grupę na miejsce koncertu i spowrotem. Kosztowało to 70 zł. W tym przypadku ceny są podobne. W Rybniku idę zjeść zapiekankę w budce niedaleko stadionu, która w zeszłym roku była obrzydliwa, ale tania. Kupuje jeszcze colę i płacę 10 zł. Na drogę powrotną biorę jakieś chipsy, wodę i inne pierdoły, co kosztuje mnie 10 zł. Zakupy zostawiam w autokarze. Gdy już dostałbym się na płytę stadionu, zakupiłbym dwa piwa po 5 zł. I to by chyba było na tyle. No to sumujemy: 193zł+70zł+10zł+10zł+10zł=293 zł. Najtańsza wyprawa ze wszystkich trzech. Zdecydowanie.

Linkin_Park

Teraz czas na zsumowanie wszystkich trzech wypraw oraz kosztów, jakie by one wyniosły. Gdyby komuś w czasie czytania felietonu wyleciało to z głowy, to podkreślam raz jeszcze – starałem się wyliczyć minimalne koszta, jakie musiałbym ponieść. A oto one:

695zł+301,50zł+293zł=1289,50zł

Prawie 1300 zł. Dzieląc na trzy, daje mi to średnio 430 zł na jedną imprezę. Dla mnie to dużo. Dla Was pewnie też. Co ważne, ograniczyłem się tylko do tych występów, które najbardziej chciałbym zobaczyć. Z chęcią obejrzałbym też Offspringa, który zagra w ramach Czad Festival. Niestety nie byłoby mnie na to stać.
Wyliczenia te pokazują jedno – dla większości naszego społeczeństwa, chodzenie na koncerty nie jest, tak jak na zachodzie, sposobem na spędzanie wolnego czasu oraz jednym z rodzajów rozrywki. To luksus, na który niewielu stać. To wyrzeczenia, czy kupić sobie nowe spodnie, czy bilet na Linkin Park. Co z tego, że tak świetni artyści przyjeżdżają do Polski, skoro zamiast cieszyć się z tego, że widzę mojego idola kilkanaście metrów ode mnie, martwię się, że nie będę miał pieniędzy na obiad w przyszłym tygodniu, i po raz kolejny poproszę tatę o wsparcie finansowe.

Na moje szczęście, obecnie chodzę praktycznie tylko na te koncerty, na które otrzymałem dziennikarską akredytację. A że dostaję je niemalże na wszystkie występy, na które chcę iść, to oszczędzam w tym przypadku duże ilości pieniędzy. Lecz nie każdy ma taki przywilej.

Dlatego mam pomysł, co należałoby zrobić, żeby koszty koncertowych wypraw były mniejsze, niż obecnie. Ale o tym już w felietonie za tydzień.

  • Kuba, bo Ty po prostu masz szczęście, jeżeli chodzi o rzecz na „a”. :P