fot. https://www.instagram.com/goodtasteproduction/

Po ponad 30-letniej współpracy z innymi artystami, Kuba Badach zdecydował się na wydanie pierwszego, w pełni autorskiego albumu, o wymownym tytule – Oldschool. Równolegle z premierą płyty zbiegła się promującą trasa koncertowa. Doświadczony artysta nie zapomniał o swoich wiernych słuchaczach na wschodzie i w lubelskim Centrum Spotkania Kultur rozbrzmiał jego wyjątkowy głos, który zabrał słuchaczy w inny świat.

Na pierwszy rzut oka można było wyczuć ogromną pewność siebie, które zdaje się, że wynika z doświadczenia scenicznego. Nie można się dziwić. Ponieważ Kuba Badach ma na swoim koncie setki koncertów, dwie studyjne płyty, z czego jedna jest hołdem ku twórczości Zauchy oraz dwa Fryderyki. Mam nadzieję, że za album Oldschool na półce z nagrodami pojawi się kolejna – równie w pełni zasłużona.

Ta pewność siebie i doświadczenie sceniczne sprawiło, że mur pomiędzy artystą, a widownią runął w zaledwie kilka sekund. To oprócz świetnej i wysublimowanej muzyki, porządna dawka humoru, garść żartów sytuacyjnych, a co za tym idzie dobra rozrywka, w którą wsiąknęli wszyscy widzowie. Scena dla Kuby Badacha jest jak drugi dom. Dom, który dzielił ze swoimi kolegami. Tak. Na scenie nie lśnił tylko Kuba, ale również instrumentaliści, których popisowe „solówki” były niesamowite. To wreszcie dom, w którym artysta mógł pozwolić sobie na swobodne tańce – które pomimo braku miejsca – udzieliły się widowni, to w części tanecznej nie było osoby, która nie wystukiwałaby rytmu nogą.

Atmosfera, jaka unosiła się nad CSK była nie z tej ziemi. Kuba Badach zabrał nas w inny świat, którego ja dotychczas nie miałem okazji poznać. Artysta zaprosił nas w podróż po latach 70., które były inspiracją do stworzenia tej płyty. Pierwszej, autorskiej płyty, na którą składa się piękny materiał. W utwory na żywo zostało tchnięte nowe życie.

Występ dopięty był ja ostatni guzik – zaczynając od efektów dźwiękowych, a kończąc na wizualnych.

Cały koncert podzieliłbym na trzy części. Pierwsza, w którą wprowadził nas lead singiel – Życie, była dość notalgiczna i spokojniejsza. Druga natomiast, to prawdziwa petarda. Na scenie pojawiła się kula lustrzana, a Badach wywijał jak na dobrych, starych dyskotekach, na których aktualnie na pewno byłby grany utwór – Jestem kimś. Trzecia część, nazwałbym hybrydą skłądającą się z falsetów i swoistego rodzaju hołdem zmarłemu Zbigniewowi Wodeckiemu.

Najlepszym podsumowaniem koncertu będą te słowa: zobaczyć i usłyszeć Kubę Badacha i jego materiał na żywo, jest warte tej ceny. Artysta za sobą ma 4 koncerty, przed nim jeszcze 3/4 trasy. Jeśli wahacie się czy iść – ja Wam pomogę. Idźcie i nie zastanawiajcie się. Nie pożałujecie.