Dział PublicystykaRelacje

Kortez wystąpił w Filharmonii Podkarpackiej. Relacja Alicji Surmiak

Fenomen polskiej sceny muzycznej. Jeden z najgłośniejszych debiutów ostatnich lat. Posiadający już sporą grupę wiernych fanów, choć jego utwory radiu nie są przychylne. Artysta, którego koncerty wyprzedają się szybciej, niż mogłoby się wydawać. Kortez nie musi się już martwić o swoją pozycję na rynku muzycznym. Z impetem podbił serca słuchaczy już w 2015 roku wydając debiutancki Bumerang, a uwielbienie to tylko powiększył zeszłorocznym krążkiem Mój dom. Wielbicieli w Rzeszowie okazało się być jednak tak wielu, że muzyk zdecydował się zorganizować w Filharmonii Podkarpackiej dwa koncerty, dzień po dniu – 6 i 7 maja. Ja wybrałam się na ten pierwszy.

To było moje drugie spotkanie z Kortezem. Pierwsze odbyło się niemal pół roku temu, 13 listopada w tym samym miejscu. Wówczas miałam okazję usłyszeć muzyczne trio, które urzekło mnie skromnymi, ale niezwykle ciekawymi i precyzyjnymi aranżacjami utworów. Tym razem jednak wokalista wyszedł na scenę w akompaniamencie całego zespołu. Mogłoby się wydawać, że Kortez to Kortez, nieważne w jakim otoczeniu, byle by był. A jednak ta otoczka robi różnicę – i to znaczącą. Oprawa utworów, którą zajęło się więcej osób brzmi zupełnie odmiennie – o wiele też precyzyjniej odtworzone są tu dźwięki, które znajdziemy na albumach. Trzeba jednak przyznać – czy to trio, czy zespół, będziemy zadowoleni. A najpiękniejsze jest to, że sam wokalista wcale nie próbuje wychylać się ponad resztę. To nie Kortez i „jacyś muzycy”. To po prostu prawdziwy zespół, w którym każdy ma swoje zadanie i każdy jest równie ważny.

Nawiązując do samej setlisty, tym razem zostałam o wiele bardziej zaskoczona. Kiedy zjawiłam się tutaj po raz ostatni, artysta krążył w obrębie swoich krążków długogrających, włączając do tego co nieco z Minialbumu. Tym razem jednak, w międzyczasie zdołał on wydać jeszcze dwie epki. Z pierwszej, Dobry moment, usłyszeliśmy jedynie… nagranie tytułowe. Ale z kolejnej zaprezentował już więcej. Udało mi się usłyszeć ukochane Dobrze, że cię mam, choć ogromne wrażenie pozostawiły po sobie z tego wydawnictwa także Dlaczego z tobą jestem? i zagrane na bis Już nie pamiętam. Zachwyciła mnie aranżacja Uleciało, które choć studyjnie skromne, na koncercie nabrało mocy. Warto było też zwrócić uwagę na rozbudowane Z imbirem. Najbardziej jednak zaskoczyło Hej wy – utwór, którego jeszcze nie zdołaliśmy poznać w wersji studyjnej, ale po cichu liczę, że niedługo zostanie nam to wynagrodzone, bo z pewnością brzmiałby prześwietnie. Urzekł mnie jego niebanalny tekst, poruszający temat inny niż miłości. Mimo wszystko w najwyższym stopniu wzruszyło mnie solowe wykonanie Joe, podczas którego ciężko było trzymać emocje na wodzy.

Właśnie za te emocje najbardziej lubię koncerty Korteza. Ale nie tylko. Lubię w nich szczerość, skromność, naturalność i brak niepotrzebnego show. To wydarzenie dla osób, które mają po prostu ochotę usiąść i posłuchać dobrej muzyki – a potem ewentualnie podejść, porozmawiać i się pośmiać. Bo wbrew pozorom, temu artyście uśmiechu wcale nie brakuje.

Tags
Show More


Related Articles

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *