Dział PublicystykaRecenzje

Kimbra – Primal Heart (2018), recenzja Christiana Cieślaka

Kto by siedem lat temu pomyślał, że to Kimbra, a nie Gotye, za sprawą piosenki Somebody That I Used To Know, zacznie prawdziwą światową karierę. Dziś Gotye zapadł się pod muzyczną ziemię, a Kimbra nieustannie tworzy i z każdym kolejnym krążkiem jest co raz lepsza w tym fachu. Najnowsze dzieło tej młodej nowozelandzkiej artystki pod tytułem Primal Heart z pewnością stanie w szranki, zarówno moje osobiste, jak i muzycznych krytyków całego świata, w walce o tytuł najlepszej płyty tego roku. Dlaczego?

Gdybym miał określić w jednym zdaniu czym jest Primal Heart, to powiedziałbym, że jest to album do tańca, jak i do różańca ze świecącymi we wszystkich kolorach tęczy koralikami. Możemy tutaj znaleźć utwory naprawdę z różnych muzycznych bajek, od bardziej spokojnych jak Right Direction i Versions of Me, przez brzmieniowo nawiązujących do bliżej nieokreślonej futurystycznej utopii jak Human i Like They Do On the TV, aż do kompletnie niezobowiązujących popowych piosenek jak Recovery i Lightyears. I wbrew pozorom, jako jedna muzyczna opowieść pod tytułem Primal Heart, są one ze sobą bardzo spójne, co z pewnością jest największą zaletą tego krążka. Co ciekawe, nie mam też poczucia, że „gdzieś to już słyszałem”, co zdarza się mi co raz częściej w pracy recenzenta. Trzeba po prostu przyznać, że Kimbra w tej międzynarodowej popowej zupie nadal się bardzo wyróżnia. I to nie tylko swoim unikalnym głosem, ale też jego wykorzystaniem i tym, czego oczekuje od swoich kompozycji. W przypadku Primal Heart nie mam wątpliwości, że mam do czynienia z zupełną wizją autorki tejże płyty.

Przechodząc do konkretów, każdy (oprócz jednego, ale o tym później) z jedenastu utworów jest, z braku lepszego określenia, jakiś. Spokojnie można o nich mówić jako dopracowane kompozycje, która każda z nich dostała swoje pięć minut przy produkcyjnej konsolecie studia nagraniowego. Jednak jak to w życiu bywa, ktoś jest lepszy, a ktoś niestety gorszy. W przypadku dzieła Kimbry, tymi zdecydowanie lepszymi od pozostałych są, z sekcji singli, Top of the World i Human oraz, z pozostałych, Recovery i Lightyears. Top of the World już w zeszłym roku wzbudził u mnie niemałe zainteresowanie, które utrzymało się aż do dziś, a jak niestety wiadomo, co wydarzyło się w muzyce sześć miesięcy temu, w istocie nie ma już dziś większego znaczenia. Co do Recovery, to od razu wygrał mój muzyczny gust, będąc kompletnie bezpretensjonalną i co dziwne całkiem zabawną w brzmieniu piosenką o rozstaniu z ukochanym. Lightyears natomiast będąc najbardziej tanecznym utworem na Primal Heart, nie mógł przelecieć przez moje uszy bez zwrócenia na niego uwagi, dzięki czemu wspominam o nim w tej recenzji. Zaś wisienką na tym eletropopowym torcie jest w każdej jego nutce utwór Human. Już na jego pierwszy dźwięk dostaje gęsiej skórki, a to znak, że jest to przebój, który ma „to coś”, by zagościć na moich playlistach na dłużej, niżeli dwa przyszłe tygodnie.

Jednak Primal Heart ma jeden, choć mało znaczący, mankament, a jest nim utwór Real Life. W istocie, nie nazwałbym go utworem, co najwyżej interludium, lub, jak patrząc na jego ostatnią pozycję na krążku, outro, podsumowującym cały album. Niestety, nawet jeśli taka była jego rola, to z pewnością gdyby był aktorem, z marszu dostałbym nominację do Złotych Malin. Real Life ani nie chłodzi, ani nie ziębi, i zupełnie nie wiem po co powstał i znalazł się na tym krążku. I tyle.

Czy Primal Heart czegoś brakuje? Nie. Czy jest to bardzo dobry krążek? Z pewnością. Kimbra wykonała fantastyczną robotę i doceniam to niezmiernie. Nic dodać, nic ująć, nie licząc tego dwunastego utworu, mamy w rękach świetną muzyczną historię, którą będę chciał słuchać, aż do premiery jej kolejnej muzycznej opowieści.

Tags
Show More


Related Articles

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *