Oglądalność gali wręczenia nagród Grammy leci łeb na szyję. Ludzie śmieją się, że spadek widowni związany jest z małą ilością nominacji dla Lady Gagi i ogólnego poziomu przyznawanych statuetek, w których coraz bardziej liczy się sława i sprzedaż, a nie reprezentowaną jakość wyróżnionego materiału. Coś w tym jest, ale nie do końca. Ten felieton to nie tylko subiektywne zdanie, ale także garstka informacji, o których mogliście wcześniej nie wiedzieć.

Na samym początku trzeba podkreślić, że sprzedaż teoretycznie nie jest kryterium, dzięki któremu jeden artysta dostaje nominację do głównych nagród, a drugi nie. Teoretycznie, bo praktycznie jest trochę inaczej. Jak słusznie zauważył Popruntheworld w jednym ze swoich artykułów – w głosowaniu bierze udział ponad tysiąc głosujących, którzy odgórnie mają zabronione kierowanie się recenzjami popularnych portali czy właśnie samą sprzedażą. I tu zaczyna się praktyka. Żeby dana pozycja muzyczna uzyskała znaczną ilość głosów, musi być znana – a to powiązane jest z poziomem sprzedaży.

Łopatologicznie tłumacząc, osoby wybierające nie są w stanie zaznajomić się ze wszystkimi zgłoszeniami i wybierają te, które słuchali i uważają, że ich jakość jest na tyle wysoka, że zasługuje na nominację. Nic dziwnego, że płyty i utwory ze słabym rozgłosem, ale wysokim poziomem, nie uzyskują nominacji – po prostu nie są znane przez osoby odpowiadające za selekcję. 

Widzowie coraz częściej są niezadowoleni z przyznanych nagród, zwłaszcza w głównych kategoriach, bo te pierwsze, ogłaszane w momencie kiedy na czerwonym dywanie nie pojawiają się jeszcze znane osobowości, nie cieszą się zbyt dużą popularnością ze strony przeciętnego słuchacza muzyki. I od kilku lat je śledzę – tu nigdy nie ma zastrzeżeń. Nie wywołują jakichkolwiek konfliktów, że ktoś otrzymał ją niezasłużenie, a ktoś zasługiwał na nią bardziej. Prawdziwa wojna zaczyna się w momencie głównej ceremonii. Fandomy walczą z innymi fandomami – oczywiście słownie, co byłoby gdyby tę walkę przeniesiono na ulicę. Wielkie niezadowolenie, nienawiść, która rodzi się do osoby otrzymująca statuetkę.

Nie zrozumcie mnie źle, ale fala krytyki z jaką spotkał się Bruno Mars, po zdobyciu nagrody za najlepszy album 2017 r. była niesłuszna. Można polemizować czy 24K Magic zasługiwało na to wyróżnienie czy nie, ale to nie wina artysty, że nie tylko uzyskał tu nominację, ale także zwyciężył. Myślę sobie, że Bruno powinien zdobyć nagrody w kategorii r&b – choć nie wszystkie, ponieważ przynajmniej jedna statuetka powinna trafić w ręce SZA, ale tak się nie stało. Ale czy to powód do nienawiści, szydzenia, naśmiewania się i uważania, że Grammy to „gówno”? Tu zależy wszystko od krytyków, nie od fandomów i samych artystów. Chcecie mieć wpływ? Bądźcie aktywni w Teen Choice Awards i innych śmiesznych nagrodach. Oczywiście możecie powiedzieć, że panuje wolność słowa, ale to też ma swoje granice. Jeżeli chcecie robić tzw. „shade” to jednak nie może on rodzić się bezpodstawnie i subiektywnej niesprawiedliwości. 

Kiedyś muzyka nie budziła tyle emocji co dziś i trochę zabawne jest, że ludzie przestają oglądać ją tylko dlatego, że na przestrzeni lat według nich bezpodstawnie nagrodę zdobył ktoś inny, niż ich ukochany artysta. Jeżeli chcecie „sprawiedliwości”, to tak jak wspomniałem wcześniej – włączcie sobie pierwsze, te mniej popularne kategorie. Tam większości nominowanych zapewne nie znacie i nie będziecie siwieć dlatego, że tryumfował ktoś inny niż wasz ulubieniec, bo tam nie będziecie mieli żadnego. A przyjemne można połączyć z pożytecznym – poznacie ciekawych artystów z różnych kategorii. Zobaczycie kto stoi za produkcją wielu wydawnictw itp. 

Z drugiej strony Grammy samo sobie strzela w kolano. Coraz więcej artystów bojkotuje to wydarzenie i zdaje się, że z roku na rok będziemy świadkami sytuacji, w której duża ilość znanych nazwisk nie będzie pojawiała się na gali wręczenia nagród. Chyba, że coś się zmieni, ale to zobaczymy dopiero z biegiem czasu. Głównie sprzeciwiają się kobiety. Dlaczego? Ponieważ tylko 9% z 899 nominacji dotyczyło pań. Uważa się to teraz za niesprawiedliwe i mocno krzywdzące.

Występy też nie są już takie świetne jak kiedyś. Są artyści, którzy trzymają klasę i robią genialne, wokalne show – Miley Cyrus z Eltonem Johnem, Lady Gaga czy Adele i nawet Ed Sheeran, bo o nim można mówić wiele, ale głos to on ma. W tym roku mieszane odczucia przyniosła Kesha z występem Praying. Pomimo dobrego początku, jej wokal nie wybrzmiał tak jak powinien wybrzmieć, a występ – choć świetny i szczytny w swojej podstawie, był po prostu dobry i na wyżyny epickości nie wzniosły jej chórki oraz zaproszone koleżanki. A może to ja spodziewałem się fajerwerków? Występy z przesłaniem, np. – 1-800-273-8255 zostały przyćmione przez Finesse (Remix) czy Despacito. Bo teraz nie liczy się nic innego niż show. Oczywiście muzyka to narzędzie dające rozrywkę, ale kiedy mamy pokazać coś innego, znaczącego niż na tych galach? Same kolorowe performance, widząc po obecnych wynikach, nie podnoszą słupków oglądalności.

Pamiętajcie też, że w kategorii Pop Vocal Album nie brany jest pod uwagę głos, bo wielu uważa, że pan Sheeran jest nikim przy Lady Gadze i to ona powinna dostać tę statuetkę, bo miała najwspanialszy wokal spośród wszystkich nominowanych. Nie. To nie jest kryterium wytycznym. To kategoria mylna w swojej nazwie. To nic innego niż nominacja dla albumu, w którym jest nie tylko sama melodia, ale także i wokal – czyli klasyczne, komercyjne wydawnictwo.  

Muzyka powinna łączyć, a w tym przypadku dzieli. Rozdawanie nagród Grammy przynosi więcej emocji, mieszanych odczuć niż Noble czy Oscary. To swoistego rodzaju pole bitwy, gdzie zwycięzca nie tryumfuje, ale obrywa. Paradoksalnie największym wygranym okazuje się ten, który nie wygrał. To z nim wszyscy łączą się w bólu, pocieszają i uznają za jedynego, prawomocnego laureata. A ten prawdziwy. Ten, który zdobywa statuetkę, rzucany jest na pożarcie.