Kanye West to chyba najbardziej polaryzująca gwiazda muzyki XXI wieku. Z jednej strony jest uwielbiany za swoją niebanalną muzyczną twórczość, ale i często nienawidzony za swoje publiczne zachowanie. Tytuł jego ósmego albumu może wskazywać, że z naczelnego skandalisty Ameryki, przeobrazi się w… No właśnie, kim jest dziś Kanye West za sprawą krążka ye? Oględnie ujmując, trudno jednoznacznie powiedzieć.

Pierwszy kontakt z tym wydawnictwem mogę określić jako bardzo przyjemny. Z każdym kolejnym utworem moja ciekawość pozostawała na takim samym wysokim poziomie, aż do ostatniej nutki ye, które kończy się po zaledwie dwudziestu trzech minutach słuchania. W porównaniu ze swoim poprzednikiem, czyli The Life Of Pablo, zdaje się to być naprawdę niewiele, żeby nie powiedzieć, że praktycznie nic. Odnoszę jednak wrażenie, że w przypadku ye, mamy do czynienia z bardziej osobistym i dojrzalszym dziełem, niż to sprzed dwóch lat.

O czym jest ye? Z pewnością o życiu samego Kanye Westa, o jego zdrowiu psychicznym, o jego rodzinie, o jego poglądach, zarówno tych, które się już zdewaluowały, jak i tych, które obecnie trapią naszego artystę – w istocie o wszystkim, co wpływa na jego artystyczną osobowość. Jak już jednak wspomniałem, to zupełnie inny West, niż ten, który niegdyś czynił, i nadal czyni, różne dziwne medialne piruety, o których notabene sam wspomina na tym krążku. W dość dziwny i zupełnie nie zrozumiały dla mnie sposób, bo z pewnością nie rozumiem wszystkiego, co Kanye przekazał za pomocą ye, utożsamiam się z podmiotem lirycznym tego dzieła i próbuję zrozumieć problemy, które przedstawia oraz finalne przesłanie.

Artystycznie, ye to coś pomiędzy albumem koncepcyjnym, poematem, a piosenką aktorską. Niby mamy melodię, teksty oraz licznych gości, na przykład Ty Dolla $ign, Kid Cudi, czy Nicki Minaj, jednak w ostatecznym rozrachunku otrzymujemy kawałek… sztuki? W istocie trudno jednoznacznie powiedzieć. Choć ye można określić jako ciekawy muzyczny eksperyment / performence, wykonany przy użyciu, tylko albo aż, siły internetu, to nawet mnie przychodzi z trudem odpowiedź na pytanie jak dobry on jest.

Z czysto muzycznej strony, najbardziej do gustu przypadły mi dość liryczne Wouldn’t Leave oraz Violent Crimes, choć myślę, że za najbardziej popularny zostanie uznany utwór Yikes, a to dzięki swojej wyrazistości oraz nieco wstrząsającemu wydźwiękowi. Zresztą trzeba też podkreślić to, że ye jest raczej muzycznym doświadczeniem, trudno sprowadzalnym do, tylko i wyłącznie, siedmiu osobnych utworów.

Póki co, czyli wraz z dniem wydania, ye jest dostępny tylko na platformach streamingowych. Jednak gdy ukaże się w jakieś fizycznej formie, to z pewnością polecam wam go kupić, chociażby na pamiątkę, bo kto wie, kiedy znowu nadejdzie dzień, gdy Kanye West będzie taki, jaki jest na ye. Czy ye osiągnie sukces? Artystyczny jak najbardziej, czy sprzedażowy – czas pokaże.