Dział Publicystyka Kamp! w krakowskim Zet Pe Te. Fotorelacja Katarzyny Mieszawskiej

Kamp! w krakowskim Zet Pe Te. Fotorelacja Katarzyny Mieszawskiej

Mogą dziwić koncerty w poniedziałki czy we środy, ale niedzielne spotkania z muzyką stały się chyba już dość popularne. Dlatego też nie zdziwiłam się, gdy 21 października weszłam do, niemalże pełnego klubu Zet Pe Te, gdzie z minuty na minutę, pojawiały się coraz większe tłumy.  Tłumy, które szybko ustawiały się pod sceną, aby uczcić niedzielę w należyty sposób.



Podobno dzień święty należy święcić, a wydaję mi się, że dla miłośnika dobrych beatów najlepszym świętowaniem jest pójście na koncert. I to nie byle jaki koncert. Bo żaden event nie może być nijaki, gdy na scenie pojawia się Kamp!

Przyznam szczerze, że w Zet Pe Te nigdy wcześniej nie robiłam fotorelacji. Ba, aż trochę wstyd się przyznać, ale tak naprawdę to nigdy tam nawet nie byłam (mea culpa, ale Krakowiacy muszą wybaczyć koleżance z sąsiedniego województwa). Stąd też pojawiły się pewne obawy – z technicznego punktu widzenia martwiłam się jak będzie wyglądać sala, główna scena oraz klubowe oświetlenie. Po chwili jednak zdałam sobie sprawę, że te rzeczy są drugorzędne, bo najważniejsza jest siła muzyki i emocje, które dźwięki potrafią wywołać zarówno u muzyków, jak i u publiczności.

Kilka minut po 21, zniecierpliwiony tłum zacząć głośno skandować „KAMP!, KAMP!, KAMP!” . Zespół nie dał się długo prosić i wkrótce z głośników można było usłyszeć intro z najnowszego krążka Dare. Oświetlenie przygasło, publiczność ucichła, a z wytwornicy dymu uniosła się sceniczna mgła. W Zet Pe Te szybko wybrzmiało 20813, a chwilę później na scenie pojawił się Radek, Tomek i Michał. Mimo iż F.O.M.O to drugi singiel promujący Dare, to mam wrażenie, że publiczność rozgrzała się dopiero na kolejnym kawałku czyli znanym Cairo. Fani poczuli klimat i od tej pory, ani na sekundę nie przestawali skakać, tańczyć czy śpiewać.

Krakowski koncert Kamp! był drugim na trasie Don’t Clap Hands, na który udało mi się wybrać. Jak widzicie po załączonych obrazkach, drugim gdzie pojawiłam się z moim nieodłącznym towarzyszem – aparatem fotograficznym. Oprócz lustrzanki w stolicy małopolski, towarzyszyły mi również moje dwie przyjaciółki, a to zmobilizowało mnie do odłożenia aparatu i wyłączenia „myślenia fotografa”. Tu akurat żartuję, tego nie da się wyłączyć (kto choć raz uzależnił się od robienia zdjęć ten wie, że dobre kadry szybko uciekają) i od czasu do czasu przemykałam przez tłum ludzi, aby wrócić po aparat i zrobić jeszcze kilka zdjęć. Nie mogłam jednak oprzeć się pokusie dobrej zabawy i podczas Don’t Clap Hands zastąpiłam aparat… właściwie niczym go nie zastąpiłam. Odłożyłam go na bok i wykorzystałam fakt, że mam wolne dłonie, dzięki czemu szybko zaczęłam poklaskiwać – swoją drogą, cały czas się zastanawiam, to mamy klaskać czy nie?

Ci, którzy liczyli, że na koncercie usłyszą kawałki z poprzednich płyt na pewno nie czuli się zawiedzeni. Oprócz Cairo, w Zet Pe Te wybrzmiało Breaking a Ghost’s Heart, Early Days z EP’ki Baltimore oraz moje ukochane Distance of  The Modern Hearts. Brakowało mi jedynie Heats, które pozwoliłoby na chwilę złapać oddech, jednak wiem, że ten utwór nie pasowałby do całego seta, a dodatkowo świetnie zastępuje go Drunk – nostalgiczna ballada z Dare, która rozczuliła krakowską publiczność.

 

Tak jak już wspominałam, udało mi się pozbyć na chwilę aparatu, co pozwoliło mi szaleć pod sceną przy fenomenalnej Dalidzie, tanecznej Mañanie oraz chyba mojej faworytce z Dare czyli Nanette (tutaj przepraszam wszystkich, którzy stali obok mnie i wysłuchiwali jak próbuję zaśpiewać ten kawałek).

Tomek to prawdziwe zwierzę sceniczne, to jak wije się po deskach sceny, przebija nawet najmodniejsze sukienki w wężowe wzory! Przy tych kocich ruchach każdy fan zapomina o całym świecie i niemal natychmiast zaczyna wczuwać się w muzykę.  Na koncertach uwielbiam też moment, gdy Radek podchodzi w kierunku publiczności – kobiety piszczą, a mężczyźni szaleją (i pewnie trochę zazdroszczą). Istny szał niemalże jak u Podkowińskiego, tylko takiego Podkowińskiego, który lubiłby techno.

Z kolei, to co Michał wyprawia z elektroniczną perkusją powinno być zabronione, a połączenie sił Tomka i Michała podczas Dalidy to już totalny kosmos. Tego się nie da opisać, to trzeba zobaczyć i przede wszystkim usłyszeć! Ale przyznam szczerze, że dziwię się, że po takich koncertach talerze perkusji dalej są w jednym kawałku.

Na koncertach Kamp! zawsze jest dziki szał. Naprawdę, nie żartuję. O niesamowitej energii  świadczą uśmiechy na twarzach publiczności (i zespołu) oraz mokre od potu ubrania. Kto jeszcze nie był na koncercie Kamp!, koniecznie musi przekonać się o tym na własnej skórze. Trasa Don’t Clap Hands jeszcze trwa i radzę lepiej się pospieszyć z kupnem biletu – niektóre nadchodzące koncerty już się wyprzedały! Koniecznie sprawdź na Follow The Step, gdzie jeszcze wystąpi Kamp!

Najnowsze wpisy

Popularne

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.