Światu dała się poznać za sprawą swojego debiutu fonograficznego wydanego w 2014 roku. Niestety, krążek ten przeszedł bez większego echa nie dając K.Flay możliwości dotarcia do większego grona słuchaczy. W kwietniu artystka powróciła z drugim albumem studyjnym. Czy wydawnictwo Every Where Is Some Where ma szansę zostać kamieniem milowym jej kariery? Cóż, odpowiedź na to pytanie jest bardzo trudna…

K.Flay to pseudonim amerykańskiej piosenkarki oraz autorki tekstów Kristine Meredith Flaherty. Choć prawdopodobnie o niej nie słyszeliście, warto zaznaczyć, że artystka nie jest nowicjuszką na muzycznej scenie. Na swoim koncie ma bowiem dobrze przyjęty przez krytyków album Life as a Dog, który światło dzienne ujrzał w 2014 roku. Później piosenkarka zawiązała współpracę z duetem Louis the Child w piosence It’s Strange. Kawałek ten szybko wpadł w ucho Taylor Swift, która nie omieszkała go skomplementować w mediach społecznościowych. Potem przyszedł czas na zmianę wytwórni, wypuszczenie epki Crush Me i wreszcie oczekiwanie na album numer dwa. Wydawnictwo Every Where Is Some Where swoją premierę miało 9 kwietnia 2017 roku nakładem wytwórni Interscope oraz Night Street.

Krążek otwierają dwie bardzo klimatyczne kompozycje: spokojne wyważone Dreamers, które urzeka ciekawym refrenem oraz szybsza, trochę bardziej taneczna z wyrazistym początkiem piosenka Giver. Trzeba przyznać, że K.Flay postawiła na dynamiczne melodie, co jest zdecydowanie plusem tego albumu. Od razu bowiem można poczuć różnice zestawiając drugi krążek z jej debiutem. Idąc dalej mamy groźne Blood In The Cut, gdzie na pierwszy plan wysuwa się wyraziste gitarowe brzmienie, które bez wątpienia zapada szybko w pamięć.



Następnie należy wspomnieć o dwóch singlach promujących. Mowa tu o piosenkach High Enough oraz Black Wave. Obie kompozycje różnią się od siebie dość znacznie. Pierwsza – spokojna na swój sposób, można nawet rzec, że psychodeliczna, gdzie główną rolę odgrywa charakterystyczny ciut przerysowany wokal K.Flay. Trzeba przyznać, że w ogólnym rozrachunku to właśnie ten kawałek jako jedyny zapamiętuje się błyskawicznie. Nic dziwnego, że został utworem promującym. Powiem więcej – to właśnie dzięki niemu może się o tej wokalistce zrobić głośno! Melodia urzeka od pierwszego dźwięku. Druga piosenka zaś – Black Wave tętni niepohamowaną energią. Stanowi ciekawy kontrast dla swojej poprzedniczki idealnie pokazując wszechstronność wokalistki. Bijąca dzikość tego utworu tylko potwierdza, że K.Flay postawiła wszystko na jedną kartę z tym albumem. Co ciekawe kawałek Mean It – jedyna tak spokojna ballada na krążku cudownie uwydatnia atuty wokalu artystki.



Niestety później wokalistka zalicza niezły regres. Właściwie od kawałka numer osiem nic ciekawego na tym krążku się nie dzieje. Jasne, do dobrych kompozycji warto zaliczyć jeszcze utwór It’s Just A Lot (który ma dość ciekawy beat), ale biorąc pod uwagę pozostałe piosenki jest dość powtarzalnie, przewidywalnie i bezpiecznie.

Ostatnie dwie kompozycje to swoisty powrót K.Flay do tego od czego stroniła cały album, a mianowicie do rapowania. Nie da się ukryć, że to jej żywioł. Artystka właśnie na tym oparła cały swój debiut fonograficzny, zaś tutaj, na drugiej płycie postawiła bardziej na chwytliwe melodie, ciekawe teksty i przemyślane beaty. Damskie wcielenie G-Eazy? Czemu nie! Oddając jej rację należy przyznać, że w kompozycji Champage daje popis swoich umiejętności i w jakiś sposób powraca do sobie znanych brzmień.

Podsumowując, album Every Where Is Some Where nie jest zły. Z pewnością znajdziemy na nim perełki w postaci singli czy bardziej charakterystycznych utworów. Jednakże trzeba przyznać, że w pewnym momencie zaczyna trochę nużyć swoją powtarzalnością, wtórnością. Jak na ironię całość w dość znacznym stopniu ratuje bardzo charakterystyczny wokal K.Flay. Artystka postanowiła eksperymentować trochę z brzmieniem, tym razem bazując kompozycje na ciekawych melodiach, dynamicznych refrenach i mocnych tekstach. Osobiście płyta w pewien sposób mnie urzekła, jednak nie brakuje jej słabszych momentów. Jestem przekonana, że gdy tylko K.Flay się ich wyzbędzie, dostaniemy od niej album doskonały. Na chwilę obecną jest dobrze. Tylko i wyłącznie dobrze.