Dział PublicystykaRecenzje

Justin Timberlake – Man of the Woods (2018), recenzja Łukasza Mantiuka

Pan z lasu

Generalnie oczekiwania powinno się mieć mniej więcej takie same do każdego, i do wszystkiego. Oczywiście tak nie jest, i gdy krążek wydaje twój ulubiony artysta, to od razu poprzeczka jest ciut wyżej. Oczekujesz fajerwerków. A gdy mówimy o Justinie Timberlake’u, który do tej pory wydawał same małe arcydzieła trudno nie spodziewać się czegoś dużego. A potem dostaje Man of the Woods i smuteczek.

Man of the Woods to piąte studyjne dziecko Justina Timberlake’a. Po takich arcydziełach jak FutureSex/LoveSounds czy pierwsza część The 20/20 Experience oczekiwania były spore. Zwłaszcza, że wszystkie informacje na temat albumu zdawały się zwiastować ponownie coś wielkiego. Tak się nie stało. Timberlake wydał album słaby, nijaki i mocno zawodzący. Ewidentnie cierpiący na brak tożsamości.

Man of the Woods miało być najbardziej osobistym i rodzinnym krążkiem Justina. Czy tak się stało? Nie wiem. Album cierpi na brak tożsamości, spójności i jakiegokolwiek sensu. Bardziej niż wspomniane przeze mnie albumy przypomina drugą część The 20/20 Experience. I nie jest to komplement. The 20/20 Experience 2 of 2 nie było „prawdziwym” wydawnictwem, a jedynie zlepkiem tego, co zostało po sesjach do głównego albumu tej ery oraz kilkoma nowymi utworami, nagranymi naprędce. I ten opis idealnie wpasowuje się do Man of the Woods. Mamy tutaj kompilację różnych styli, przemieszaną, przekombinowaną. Wszystko zdaje się wyglądać jakby artysta po prostu nagrał zestaw jakichś utworów, powybierał swoje ulubione i losowo umieścił na trackliście. Ni ładu, ni składu. Dodatkowo mamy tutaj pozostałości po tym, co było wcześniej: jedne utwory są krótkie, radiowe, takie, jak tworzą inni artyści. Ale są też takie kawałki jak Midnight Summer Jam czy Flannel, które nie wiedzieć dlaczego są nagle dłuższe i zawierają przedłużane końcówki niczym 8-9 minutowe utwory z The 20/20 Experience czy FutureSex/LoveSounds. Na tych albumach to nie męczyło, miało sens i tworzyło spójną całość. Tutaj nagle raz to jest, a raz nie ma. Jedno Interlude, w ogóle jest osobnym bytem. Ni stąd, ni zowąd.

Zdecydowanie za dużo do powiedzenia miał Pharrell Williams. Praktycznie słychać go w każdym utworze, a niestety producent i muzyk jest dobry do pojedynczych współprac. Gdy ma za zadanie stworzyć lub współtworzyć całe wydawnictwo pojawia się monotonia, wtórność i durne przeszkadzajki. Z nieznanych powodów Justin lekko na bok odstawił Timbalanda, a pozwolił działać Pharrellowi. Niepotrzebnie. Timbaland, jako producent FutureSex/LoveSounds czy The 20/20 Experience sprawdził się doskonale – stworzył jednocześnie albumy spójne, ale i różnorodne, nie odtwórcze. Zły jestem również na Justina, że nie szuka nowych dróg, nie wychodzi ze swoich stref komfortu. Piąty album i po raz piąty te same nazwiska, po raz kolejny Timbaland, Danja, The Neptunes. Nowości to jedynie Chris Stapleton, ale nie ma go tu za wiele. Inni artyści idą do przodu, eksperymentują, zapraszają do współpracy nowych producentów czy autorów tekstów (zobaczcie jak znakomicie wyszła praca Beyonce z nikomu nieznanym Bootsem, Lady Gaga podjęła współpracę z Markiem Ronsonem, Taylor Swift porzuciła country i odważyła się zatrudnić Maxa Martina). Od ostatniego albumu Justina pojawiło się tak wiele nowych i cenionych producentów, istnieje również drugie tyle tych, z którymi Justin nigdy nie współpracował. Nie mówię od razu, że trzeba zwalniać Timbalanda czy Pharrella (albo całe The Neptunes). Można do studia zaprosić nowych twórców i zobaczyć, co z tego wyjdzie, gdy wszyscy usiądą i zaczną coś tworzyć.

Z krążka Man of the Woods potrafię wyciągnąć i polubić jedynie pojedyncze piosenki. Uwielbiam Filthy i miałem nadzieję, że to będzie kierunek, który obierze artysta: futurystyczny, nowatorski pop. Po raz kolejny przekraczania granic, wyznaczanie nowych kierunków i trendów. Tak się nie stało, Filthy to jedyna taka piosenka na albumie.

W ucho wpadają trzy kolejne utwory: Midnight Summer Jam, Sauce i Higher Higher. Jednak na pewno jakoś nie podbiły mojego serca. Potem jest bardzo dużo złego, na czele z koszmarnym duetem z Alicią Keys. Co tam się zadziało, chcę o tym zapomnieć. To kolejny utwór Alicii z kimś, który jest koszmarem (pierwszy to ten z Eminemem). Mam nadzieję, że jeśli Alicia nagrywa teraz jakieś utwory na swoje wydawnictwo, to ona ma kontrolę, Eminema porzuci, a Justina zaprosi do czegoś lepszego, swojego.

Zdjęcie użytkownika All About Music.

Say Something, uznawane za jeden z najlepszych utworów na płycie, jest jakby częścią trójkąta: Say Something + Hers (interlude) + Flannel. To niepopularna opinia, ale ja kocham całą trójkę. Bardzo żałuję – że jeśli nie nowatorski pop typu Filthy – to ta płyta nie brzmi tak jak to trio. Akustycznie, balladowo, dużo pianina (jeden z moich największych smutków to fakt, że Hers nie jest osobnym utworem, gdzie po gadaniu Jessiki nie śpiewa Justin akompaniowany tylko i wyłącznie przez pianino – coś a la Million Reasons Lady Gagi).

Montana jest najlepszych utworem nowego albumu Justina Timberlake’a. Ta piosenka zostanie ze mną na dłużej, na pewno szybko nie usunę jej z playlisty dziennej. Dodam tam jeszcze następujące po Montanie (i ładnie współgrające) Breeze Off The Pond i Livin’ Off the Land. Wraz z Filthy, Supplies i Say Something na tym zamknie się lista piosenek, które naprawdę lubię. Pozostałe są albo bardzo złe, albo dobre, ale bez szału.

I piszę to wszystko trochę z żalem, bo myślałem, że w tym momencie recenzował będę album roku, a wszystko wskazuje, że Man of the Woods nie będzie nawet w TOP 5. Jest tu co posłuchać, są kawałki, do których można wracać, ale ostatecznie jest to spory zawód i na pewno krok wstecz porównując to wydawnictwo do całej dyskografii Justina Timberlake’a. Niestety, ale po artyście tego kalibru oczekuję dużo, dużo więcej. Naprawdę dużo.

Tags
Show More

ŚREDNIA OCENA WYBRANYCH REDAKTORÓW

Łukasz Mantiuk
6.5/10
Paweł Markiewicz
5.5/10


Łukasz Mantiuk

Wydawca i redaktor naczelny All About Music, na stałe (i z miłości) osiedlony w najpiękniejszym mieście Polski, Gdańsku. Miłośnik mainstremu oraz wszystkiego, co niemainstremowe. Lubi proste rzeczy i eksperymentalne, ciekawe i nudne, nowe i stare. Beyoncé i Marylę Rodowicz, Years & Years ale i Evanescence. Popowo i rockowo, soulowo i elektronicznie.

Related Articles

10 Comments

  1. To i może parę słów ode mnie. Trochę prawdy w tej recenzji jest, choć dla mnie najlepsze jest „Higher higher”, chwilę później „Montana”. Gdyby parę utworów odrzucić i zostawić… powiedzmy 11 to na pewno byłby album roku. Jednak trzeba zauważyć, że to co się jednym nie podoba, podoba się innym. Co dobrego przyniesie muzycznie 2018 zobaczymy, ja osobiście liczę na „Golden” Kylie i „Primal Heart” Kimbry.

  2. Nie rozumiem zarzutów dotyczących nijakości i przekobinowania. Co prawda są to nieco inne kompozycje, niż te znane, „flagowe”, do których niektórzy mogli się przyzwyczaić, ale czy złe? Tak nie uważam.
    Lata lecą, JT się zmienia – wraz z nim jego kompozycje, to raczej nie powinno dziwić. Jednak to nie ujmuje jakości i marce, jaką sobie wyrobił.

  3. Nie zgadzam się z żadnym stwierdzeniem. Ten album jak dla mnie, patrząc na cały jego dorobek jest właśnie ambitny i dojrzały. Ja np. miałem już dosyć Timbalanda w co drugim kawałku i te jego tibidibibi, a yo a ye itp. ;) i napierdzielania w głośniki bitami. Dlatego cieszy mnie, że tym razem za większość odpowiada The Neptunes przez co, na krążku dominują akustyczne brzmienia, a elektronika jest bardzo dyskretna, momentami wręcz prawie całkowicie nieobecna. Widać, słychać i czuć, że więcej radości czerpie więc z życia rodzinnego niż z pokus oferowanych mu przez show-biznes. I dobrze.Tak jemu widocznie w duszy grało, chciał opowiedzieć o sobie, o rodzinie, sielsko, miło, przyjemnie choć niekoniecznie komercyjnie i nie patrzył na to, co, kto i na co liczy. a dla mnie liczy się to, że potwierdza swój talent niezmiennie, choć 2 ostatnie albumy były na siłę przekombinowane. w końcu coś płynie a nie napierdziela w głośniki.

  4. Może jestem stara, ale płyta dla mnie jest OK. Mogłaby być o niebo lepsza, bo tęsknie za tanecznym My Love czy Cry Me a River ;( Fakt- płyta spójna nie jest… choć nutka country przewija się przez kilka numerów. 1) Filthy – z tym numerem będzie jak z Run the World Beyonce-singiel propmujący płytę, coś zupełnie innego,takie dziwne dźwięki i o co w ogóle chodzi. A jak świetnie brzmi w wersji na żywo. Wyrzuciłabym te fanfary i tak oto mamy futurystyczną perełkę. Midnight Summer Jam – najbardziej przypomina mi twórczość z 20/20 experience a zwłaszcza „Let the Groove Get In” tylko nie jestem pewna czy przeszkadzajka w tle jest potrzebna 3) Sauce – fajnie wchodzi, funkowy, lekki, zabawny numer i taka jest też wartwa tekstowa. 4) Man of the Woods to numer, który przypomina mi Four Five Seconds Rihanny dlatego, że ma wpadającą w ucho melodię i podobnie jak piosenka Barbadoski jest country i już widzę całe stadiony, które będą śpiewać razem z Justinem ” But I’m a man of the woods, it’s my pride” 5) Higher, Higher – bardzo przyjemny numer. Gitarka i wokal cudowne, śmiało można się pobujać. 6) Przeskok do Morning Light- mam pewne skojarzenia z I know i’m not the only one Sama Smitha. Soulowa ballada z ciepłą barwą Alicii, jest ok. 7) Say Somthing to numer do radia, ale drażni mnie opieranie kompozycji na powtórzeniach- wtedy lepiej wpada w ucho, ale to taki tani chwyt. Oba wokale panów w porządku ale mimo to nie jest przekonana do tej piosenki i początek jak Princess of China Coldplay. Co do reszty numerów nie wypowiadam się, bo jeszcze nie wyrobiłam sobie zdania albo po prostu nie zainteresowały mnie niczym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.