Aktorka i piosenkarka – te połączenie nie zawsze dobrze wygląda w życiorysie. Przecież nie można być najlepszym w kilku dziedzinach naraz, choć oczywiście od reguły zdarzają się wyjątki. W tym przypadku dużym błędem i niedopatrzeniem byłoby zignorowanie muzycznego debiutu Julii Pietruchy. Do przesłuchania imiennego albumu artystki skłoniła mnie przede wszystkim ciekawość. I ani trochę nie żałuję tego, że jestem ciekawska. Odsłuch piosenek z krążka Parsley i ich recenzowanie to czysta przyjemność.

To, co stworzyła Julia na albumie Parsley, jest takie niepolskie. Nie chcę wytykać tu wad Polakom, jednak nasz naród cechuje właśnie upodobanie do krytykanctwa wszystkiego dookoła. A na tej płycie jest zupełnie odwrotnie – miło, radośnie i słonecznie. Przy tych subtelnych dźwiękach można się na chwilę zatrzymać, odpocząć i zrelaksować. Moje pierwsze wrażenie było dużym zaskoczeniem, bo włączyłam ten krążek żeby ogólnie się osłuchać. Żadnych większych nadziei, dlatego, że po prostu sceptycznie podchodzę do muzycznych przygód przeróżnych aktorek. A tu proszę, niespodzianka i piosenki z nowego krążka Julii Pietruchy brzmią u mnie w słuchawkach nieprzerwanie już od dwóch tygodni! Co mi się podoba, to podejście samej artystki do procesu twórczego i jej inspiracji. Wiele dało na pewno odcięcie się od świata, pełne przygód życie w podróży, dużo czasu na myślenie i w końcu odnalezienie własnego szczęścia. Efektem tego jest zrobiony dzięki domowej produkcji krążek Parsley, na którym poznajemy dziewczęcą, ale momentami również zadziorną Julię. Przy pomocy swojego chłopaka, wokalistka stworzyła wyjątkowe polskie wydawnictwo, które przenosi w inny świat.

Już pierwszy utwór z albumu może zauroczyć i zachwycić słuchacza. Piosenka Living on the Island przywodzi na myśl szum morza, śpiew ptaków, plażę. Ciekawe brzmienie osiągnięte dzięki grze Julii na ukulele od razu uspokaja, daje namiastkę wakacyjnego klimatu, odpoczynku i ucieczki od codzienności. Usypiająco jest również w następnej kompozycji, czyli w Where You Going Tonight. Wszystko jest tu zrównoważone, muzyka i śpiew tworzą razem melancholijną całość. Słuchając tej ballady, odnoszę wrażenie, że czas płynie wolniej. Lubię kiedy muzyka zakrzywia mi czasoprzestrzeń, a w wypadku Parsley dokładnie tak się dzieje. Kolejną niewymuszoną i bardzo dziewczęcą piosenką jest Little More, w którym Julia również akompaniuje sobie na ukulele. Podoba mi się to, że artystka nie próbuje na siłę śpiewać skomplikowanie, wyciągać dźwięków. W wielu momentach po prostu ścisza swój głos albo wyśpiewuje delikatne, słowicze partie. Podobnie jest w Midsummer’s Day Dream, gdzie jednak nie słychać już ukulele, ale pojedyncze klawiszowe dźwięki. W balladach takich jak We Care So Much czy In Me również dochodzą inne instrumenty, choć nadal jest to wysublimowane i odpowiednio dopasowane. Utwory te są proste, ale wyjątkowo do mnie trafiają. Dzieje się tak pewnie dlatego, że Julia wyraźnie przelała na krążek swoje emocje, nie ma tu zapychaczy. Z tych piosenek płynie szczerość i przede wszystkim spokój. Nie można zapomnieć też o piosence On My Own, do której ostatnio ukazał się teledysk będący zapisem podróży Julii i Iana po Wietnamie oraz Laosie. Artystka była narażona na różne przeszkody podczas długich podróży, ale przeżyła wiele wyjątkowych momentów, przejęła kontrolę nad własnym życiem i szczęściem.

Jednak pisząc o fonograficznym debiucie Julii Pietruchy nie można zapomnieć o tym, co przeplata piękne ballady. Muzyczne wariacje nie są obce dla artystki i doskonale udowodniła to na Parsley. Po 3 spokojnych kompozycjach pojawia się na tym albumie utwór, który ożywia atmosferę dzięki zaskakującej linii melodycznej. W Stand Still sama wokalistka prezentuje się inaczej i jak wcześniej wspominałam, można wyczuć nutkę zadziorności i nonszalancji. Zaczyna się zabawa muzyką i ciekawa zmiana tempa. W Swing Boy słuchacz może czuć się usatysfakcjonowany – połowa albumu, a tu nadal jest genialnie. Julia wyśpiewuje naturalne i miłe dla ucha ozdobniki, które ładnie komponują się z resztą utworu. Nie mogło być inaczej – Ship of Fools, czyli statek głupców to kolejny lekko prześmiewczy i kabaretowy utwór. Bogate muzyczne tło i chórki pojawiające się w refrenie są dużą zaletą tej piosenki. Dziewczęcą stronę Julii możemy również usłyszeć w kompozycji Julien, która szybko wpada w ucho.

W recenzji Parsley parę razy padło określenie, że to, co zrobiła Julia jest wyjątkowe. Będę trzymać się tego zdania, bo debiut tej aktorki-piosenkarki jest naprawdę udany. W Internecie natknęłam się na wiele pozytywnych opinii i cieszę się, że Polacy doceniają taki muzyczny wyczyn. Jako, że szanuję artystów odchodzących od komercji, trzymam kciuki za dalszy rozwój kariery Julii Pietruchy – taki artystyczny potencjał nie może się zmarnować. Nagranie płyty było marzeniem wokalistki, ale mam nadzieję, że na jednej nie poprzestanie!

Julia Pietrucha - Julia Parsley
  • Data premiery:
    15 04 2016
  • Wytwórnia:
    nakład własny
  • Gatunek:
    pop, folk
  • Single:
    On My Own
Najlepsze utwory:
Living on the Island, On My Own, Swing Boy, Julien
Najsłabsze utwory:
brak
Poprzedni artykułEurowizja 2016. Ukraina i „1944”
Następny artykułNowy singiel: Zedd feat. Kesha – True Colors