Dział Publicystyka Judas Priest – Firepower (2018), recenzja Konrada Pruszyńskiego

Judas Priest – Firepower (2018), recenzja Konrada Pruszyńskiego

Firepower to już osiemnasty album studyjny w dorobku jednej z legend sceny muzycznej – Judas Priest. Zespół jest aktywny nieprzerwanie od 1969 roku. Wydawać by się mogło, że tacy weterani nie powinni już nagrać nic ciekawego i świeżego  – jednak jak pokazuje przykład wielu doświadczonych zespołów (w tym Judas Priest), wiek nie musi być żadnym ograniczeniem. Judasze są niczym wino, a czternaście utworów zgromadzonych na ich premierowym krążku, są tego najlepszym dowodem.

Za kompozycje na Firepower odpowiadali członkowie zespołu – Glenn Timpton, Richie Faulkner oraz Rob Halford. Płytę wyprodukowali Tom Allom oraz Andy Sneap i to właśnie w wyborze tych osób, wokalista Priestów upatruje przyczyny znalezienia odpowiedniego balansu,  pomiędzy współczesnym a bardziej tradycyjnym spojrzeniem na muzykę metalową. Wystarczy powiedzieć, że Tom Allom poza wieloma płytami, które wyprodukował w swojej karierze dla Judas Priest, współpracował również z Genesis, Black Sabbath czy Def Leppard. Sneap natomiast, w okresie największych sukcesów co-producenta Firepower, był jeszcze raczej niczego nieświadomym dzieckiem.   

Najlepszymi kompozycjami zawartymi na tej płycie wydają się być single – bardzo klasyczny, melodyjny, okraszony grzmiącą perkusją oraz basem i (oczywiście) krzykliwym wokalem Halforda – Lightning Strike oraz pełna świetnych harmonii i batalistycznych riffów – Never the Heroes. Druga z propozycji cechuje się również ciekawym tematem poruszonym w tekście, a sam utwór, bez najmniejszych wątpliwości, można nazwać rodzajem peanu. Wokalista Priestów śpiewa w nim o bliżej nieokreślonej grupie ludzi, która poświęciła swoje życie na polu bitwy, broniąc swojego kraju, swoich rodzin i przede wszystkim oddając swoje życie w imię pokoju.

Niezwykle przebojowy jest również utwór No Surrender. Zabójcze, mogłoby się wydawać, tempo, świetny wokal współbrzmiący z ostrymi riffami i porywające harmonie w refrenie – słowem – polecam! Tak samo z resztą jak dość smutną opowieść, w której wokalista Judaszów śpiewa o sobie, jak o samotnym wilku (Lone Wolf). „Oni nie wiedzą co czuję. Nie zdają sobie sprawy, jak głęboki jest mój gniew. Jestem niczym wilk podczas łowów. Nie chcę znaleźć się w klatce”.

Bardzo ciekawy moment na Firepower następuje podczas instrumentalnego, minutowego utworu, o tytule – Guardians. Jest to moment wytchnienia, wyciszenia i ukojenia. Wszystko za sprawą wiodącej roli pianina i całkowitej akustyczności utworu.  Guardians stanowi świetny przerywnik pomiędzy żywiołowymi piosenkami zawierającymi charakterystyczne motywy przewodnie, ale wartym podkreślenie jest przede wszystkim fakt przejścia wspomnianego utworu, w następującą po nim piosenkę Rising From Ruins. Jedna melodia wychodzi tu z drugiej. Czuć zmianę charakteru, jednak nie mamy tu bezlitosnego cięcia pomiędzy dwoma kompozycjami, za to obie piosenki bardzo ładnie się zazębiają i tworzą swoisty zestaw, który warto „konsumować” w całości.

Judas Priest wydaje się być w świetnej formie. Wokal Halforda jest doprawdy zniewalający, dlatego tym bardziej niecierpliwie się na koncert Judaszów w Polsce, który już w czerwcu w katowickim Spodku. Firepower polecam, i to nie tylko fanom ostrzejszych klimatów. Ta płyta jest żywym odzwierciedleniem swojego tytułu – moc ognia, moc muzyki.

Popularne

3 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.