Kilka dekad temu ściany londyńskiego metra pokrywały napisy „Clapton is a god” czy „God is Green”, pisane przez nieprzepadających wzajemnie za sobą fanów obu muzyków. O Jimim Hendrixie wtedy nie pisano, choć dla wielu to właśnie on był i pozostał bogiem gitary. Niemal pół wieku po śmierci artysty ukazał się jego kolejny pośmiertny album.

Krótkie życie Jimiego Hendrixa znalazło swoje doskonałe odbicie w równie niewielkiej, bo liczącej zaledwie trzy albumy studyjne, dyskografii. Rzadko się zdarza, aby pośmiertny dorobek płyt koncertowych, studyjnych czy składanek kilkudziesięciokrotnie przerastał dzieła wydane za życia danego muzyka. Hendrix jest tego przykładem, a jego przepastne archiwa, których fragmenty od ponad czterdziestu lat co jakiś czas pojawiają się na rynku jako oficjalne albumy, zdają się nie mieć końca. Rozpoczęte niewiele ponad dwadzieścia lat temu przez producentów Eddiego Kramera oraz Johna McDermotta penetracje pośmiertnych zasobów artysty zaowocowały fonograficzną trylogią. Po wydaniu w 2010 roku albumu Valleys of Neptune oraz trzy lata później płyty People, Hell and Angels, przyszedł czas na premierę albumu Both Sides of the Sky zamykającego tę serię.

Nie licząc wydanych wcześniej utworów Power Of Soul, Things I Used to Do oraz Georgia Blues, album Both Sides of the Sky wypełniają nieznane dotąd kompozycje zarejestrowane w latach 1968-1970, czyli u schyłku życia Jimiego Hendrixa. Ostatni z wyprodukowanej przez Kramera i McDermotta trylogii album otwiera singiel Manish Boy. I już na wstępie czuć oddech wielkiej energii i równie potężnych tąpnięć, które będą pojawiać się w kolejnych utworach zawartych na tej płycie, by wymienić chociażby Stepping Stone czy Lover Man. Gdzieś w połowie Both Sides of the Sky jest krótki moment na złapanie wdechu. To za sprawą utworu Jungle. Instrumentalnego, ale to nie główna cecha, która wyróżnia go na tle całego albumu. To kompozycja przede wszystkim eteryczna, lżejsza. Drugim takim przystankiem jest Sweet Angel.

Both Sides of the Sky wydaje się być – przede wszystkim – kolejnym spektakularnym pokazem doskonałych umiejętności Hendrixa-gitarzysty. Długie, ale niedłużące się, solówki to często połączenie wcześniej planowanych, przemyślanych rozwiązań z totalną improwizacją. W ten sposób niektóre nawet ponad 7-minutowe – tak jak Georgia Blues, Cherokee Mist czy Hear My Train A Comin’ – gitarowe etiudy nie nużą. Raczej zaskakują przy każdym kolejnym odsłuchu albumu. Umieszczenie tak długich jak na współczesne płytowe standardy utworów mogło być sporym ryzykiem podjętym przez producentów tego albumu. Ryzykiem, które – jak słychać – opłaciło się.

Przy całym bogactwie gitarowych piruetów tak znakomity muzyk jak Jimi Hendrix nie mógł sobie pozwolić na zaniedbanie pozostałych aspektów składających się na całość materiału. I nie zaniedbał. Zaangażował do tego świetnych muzyków. Szczególną uwagę zwraca sekcja rytmiczna. Współpracujący przez lata z Hendrixem perkusiści Buddy Miles oraz Mitch Mitchell wykonali kawał dobrej roboty. Najłatwiej dostrzec to w ostrych, dynamicznych kompozycjach jak singlowe Lover Man czy Stepping Stone.

„Prawdziwym domem Jimiego było studio” – to słowa Eddiego Kramera, jednego z producentów płyty Both Sides of the Sky. Pewnie ma rację, potwierdza to chociażby recenzowane tu wydawnictwo. Nam pozostaje domyślać się, jak mogłaby potoczyć się ta kariera i dzieje muzyki gitarowej, gdyby to urwane we wrześniu 1970 roku życie miało jakiś dalszy ciąg. Tak jak jego twórczość.

Jimi Hendrix - Both Sides of the Sky
  • Data premiery:
    09 03 2018
  • Wytwórnia:
    Sony Music
  • Gatunek:
    Rock, Blues
  • Single:
    Mannish Boy, Hear My Train A Comin, Lover Man
Najlepsze utwory:
-
Najsłabsze utwory:
-
Codziennie żonglująca słowami, wyłuskująca z nich treść. Kontakt: k8.turowicz@gmail.com IG: k.turowicz
Poprzedni artykułOLiS: KęKę ponownie na szczycie
Następny artykułNowy singiel: Varius Manx & Kasia Stankiewicz – Mgła nad Warszawą