Tylko głuchy nie usłyszałby, że Jessie J we wszystkich płytach zapisanych w dyskografii błądziła jak we mgle. Trzy pierwsze albumy były dobre, ale brakowało im wspólnego mianownika. Artystka zachowywała się trochę jak małe dziecko, które uporczywie szukało swojej muzycznej drogi – podświadomie pragnąc sukcesu. Raz z pazurem, raz emocjonalnie, a innym razem zwiewnie i lekko reggae’owo. Teraz jest inaczej. Jessie J zrzuciła ubrania, ciężar i pokazała swoją prawdziwą, subtelną twarz.

I tak jak Ona zrzuciła wszelkie maski, tak Wy możecie porzucić wszelkie nadzieje, jakoby brytyjskiej wokalistce zalezało jeszcze na jakichkolwiek szczytach list przebojów. Słuchacze odwrócili się od Niej, więc ona postanowiła odciąć się od nich. Ciekawy zabieg i jak widać udany, bo nowa odsłona Cornish zadziałała na jej korzyść i przyciągnęła bardziej wymagających słuchaczy, zostawiając daleko w tyle tych pospolitych, którzy żądni są tylko radiowego przeboju.

Jessie J w wydaniu R.O.S.E. imponuje, uderza i obezwładnia swoją kobiecością, niewinnością i przede wszystkim dojrzałością muzyczną. Teraz można w pełni to powiedzieć, a nawet wykrzyczeć – „Jessica Ellen Cornish jest w końcu pełni świadomą artystką, która odnalazła odzwierciedlenie duszy w r&b z elementami lekkiego popu i jego wpływu z lat 80″‚. Tyle lat czekania i było warto. Produkcje na wydawnictwie nie są zbyt imponujące, złożone i dźwięczne, jak zwykły być. Postawiono na minimalizm, który w pełni pozwolił rozwinąć skrzydła wokalistce.

Próżno szukać tu chwytliwych melodii i zapętlajacych refrenów. Komercja już dawno poszła w odstawkę. Od lat Cornish niebezpiecznie umiejscowiła się na pochyłej, która zwiastowała jej rychły upadek. Nie dość, że poprzednie materiały nie były spójne, co denerwowało słuchaczy i krytyków, to jeszcze nie była w stanie odpowiednio wypromować żadnego singla (pomijając Flashlight i Bang Bang). Teraz odbiła się od dna i to jeszcze w takim stylu. Chapeau bas.

Ten nieco ubogi odłam r&b pokazał jej dynamiczny i perwersyjny głos, dzięki któremu liryka zyskuje dodatkowej mocy. Można dopatrywać się tu także wpływu Beyonce, która przy Lemonade już nie musiała nikomu nic udowadniać. Jessie J powinna udowadniać, ale tego nie robi. Co też jest piękne. Choć z drugiej strony może to rozpaczliwe wołanie o atencję? Tak czy inaczej – cel jest jeden i jest on słuszny.

They think you’re so sweet
But behind the scenes, you’re cold and cruel
You’re my older, I done told ya
Got a motherfucking chip on your shoulder
You got issues, it’s official
Take my name out your mouth, don’t chew

Najmocniejszy akcent, jak w przypadku poprzednich wydawnictw w dyskografii Jessie J, to tekst. Pomimo, że liryka tyczy się stricte jej, to każdy słuchacz może wyciągnąć garść jej doświadczeń i przemyśleń, a następnie wykorzystać w swoim życiu. Cornish od zawsze uderzała przekazem i otwarcie mówiła o wszystkim. Przez co na przestrzeni lat kupiła serca tysięcy fanów.

Metaforycznie nowy materiał można określić kwiatem róży, z którym artystka tak wdzięcznie pozuje na każdej okładce poszczególnych mini-albumów, które w całości składają się na R.O.S.E. (R- Realisations, O- Obsession, S- Sex i E- Empowerment). To droga przez jej konfesjonał. Droga przez spowiedź przekazana za pośrednictwem ambitnej muzyki. Album to kwintesencja kobiecości, czystości, agresywności, ale i paradoksalnie – delikatności. Tylko ona potrafi być zarazem spójna i sprzeczna.

W tej płycie został zamknięty prawdziwy artyzm wokalistki. R.O.S.E. na starcie skazane jest na komercyjną porażkę, ale zdaje się, że ma szanse zdobyć nowy target muzyczny. Jessie J zerwała w szybki sposób łatkę, którą przykejali jej ludzie na przestrzeni lat. Pokazała, że potrafi. Teraz ciężki okres przed Nią. Musi utrzymać się na fali i przedrzeć się na tyle do świadomości starych słuchaczy, żeby przestali postrzegać ją jako artystkę, która ma niewiele do zaprezentowania. To będzie trudne. Ale miejmy nadzieję, że muzyka obroni się sama.