LOVE – właśnie to słowo powinno widnieć na każdym plakacie promującym koncert Jasona Mraza. W drodze na poniedziałkowy koncert nigdy nie przypuszczałam, że człowiek z gitarą może stworzyć tak niesamowity klimat. Szczerze mówiąc miejsce wydarzenia, jakim był Teatr Polski, na pierwszy rzut oka mogło wydawać się nieodpowiednie na tego typu sztukę. Jednak co się okazało, to właśnie ta scena stała się idealna na przekazanie emocji i dźwięków, jakie Jason Mraz zdecydował się zaprezentować polskiej publiczności, jedynie w towarzystwie swoich gitar oraz klawiszy. 

Wyprzedany koncert rozpoczął się kilka minut po 20 i od pierwszych dźwięków można było zanurzyć się w tej delikatności, subtelności, a zarazem energii płynącej od Amerykańskiego muzyka. Pomimo, że Jason koncert rozpoczął przy klawiaturze, to już w drugim utworze w jego ręce wpadła jedna z dwóch gitar, którymi malował piękne dźwięki przez niemal dwie godziny.




Ciężko słowami opisać atmosferę jaka panowała podczas tego koncertu. Był to rodzaj wydarzenia, które po prostu trzeba przeżyć i żadne słowa nie są w stanie odzwierciedlić tego stanu, w jakim słuchacze mogli się znaleźć dzięki Mrazowi. Jason potrafił opowiedzieć każdą historię nie tylko za pomocą dźwięków gitary, a przede wszystkim subtelności oraz siły wokalu, tworząc tym samym piękne melodie. Artysta oscylował pomiędzy tymi dwiema skrajnościami w najlepszy z możliwych sposobów. Perfekcyjne użycie delikatności, która momentalnie zamieniała się w mocne, wyraźne dźwięki, dokładnie w momencie, w którym oczekiwałby tego słuchacz.



Jasonowi trzeba również oddać szacunek za umiejętności improwizacyjne. Bowiem chociażby śmiech publiczności nakierował go na wytworzenie melodii za pomocą słów „hahaha”. Nawet tak banalna rzecz, brzmiała w jego wykonaniu niezwykle ciekawie. Drugą możliwością było użycie słów „blablabla”, co okazało się równie trafione. Kolejną umiejętnością, jaką niewątpliwie posiada muzyk jest umiejętne tworzenie kontaktu z publicznością. Opowiadając swoje muzyczne historie udawało mu się zainteresować każdego słuchacza. Prosząc o wspólne zaśpiewanie fragmentów utworów, angażował właściwie każde gardło siedzące na sali. Możecie sobie tylko wyobrazić jak pięknie, głośno, a jednocześnie finezyjnie wybrzmiały utwory takie jak I’m Yours, czy I Won’t Give Up.





Pomimo, iż Jasonowi zabrakło bandu za plecami, obrazek światła był monotonny, to właśnie te elementy tworzyły piękno tego wydarzenia. Artysta pokazał, że minimalizm którym się ograniczył, wystarczy to stworzenia wspaniałego obrazka. Jego zdolności przejawiały się bowiem jedynie poprzez wokal, dźwięk gitary i mimikę twarzy. Te elementy pozwoliły mu przekazać każdą najmniejszą emocję, jaka drzemała w środku słuchanej przez widzów muzyki.

Bosy muzyk zakończył swoje opowieści owacjami na stojąco, przekazując i pokazując słuchaczom każdą cząstkę tytułowej miłości. Teraz na pytanie, czy warto wybrać się na tak „kameralny” koncert będę opowiadać jedynie twierdząco kiwając głową, a sam Jason Mraz chyba jeszcze częściej zagości w moich głośnikach.