Z muzyką jazzową jest jak z dobrą whiskey. Każdy z nas chciałby spróbować, ale wciąż odkładamy ten magiczny moment na później wyszukując kolejne „bo”. Własna niedojrzałość, to znów przepaść pokoleniowa (tak, tak, też kiedyś myślałam że jazz skończył się w Ameryce w latach 30-tych) lub po prostu mylne założenie, że jazzowe instrumentarium jest nieadekwatne do dzisiejszej stechnicyzowanej, industrialnej i szybko mknącej rzeczywistości (której kwintesencją wydaje się raczej drum’n’bass, czy electro, niż jazz) – krótko mówiąc zawsze znajdzie się jakiś powód, by degustację odłożyć na później.

Cóż mogę rzec… też mam swoje za uszami, ale ponieważ wpadła mi w ręce nowa płyta Jamiego Culluma, a najbardziej „jazzowy” ze wszystkich miesięcy, listopad, coraz bliżej postanowiłam zanurzyć się w lekturze. Jeśli jeszcze kogoś z was ciekawi tak jak mnie co takiego działo się na tych tajemniczych potańcówkach pół wieku temu, że na samo wspomnienie babcia się rumieni a dziadek z błyskiem w oku podkręca tylko wąsa radzę sięgnąć po Interlude – najnowszy album Jamiego Culluma.

O artyście można mówić długo, ja jednak poprzestanę na tym, że dane BBC dowodzą, że to najpopularniejszy muzyk jazzowy w historii i to zarówno ze względu na sumę wszystkich sprzedanych albumów (która przekroczyła 4 mln!) jak i na pojedynczy nakład (Twentysomething sprzedał się w ponad 2,5 mln egzemplarzy). Koneserzy kina na pewno pamiętają jego utwór Gran Torino z filmu Clinta Eastwooda z 2008 roku o tym samym tytule, a nawet jeśli nie to zapewne tu czy tam musiał się o uszy obić, bo wydany 6-go października krążek Interlude to już 7-ma płyta Jamiego. Płyta została pomyślana jako twórcza, uwspółcześniona reinterpretacja klasyków jazzowych. Randy Newman, Ray Charles, Richard Carpenter – mówi wam to coś? Pewnie niewiele, ale głowa do góry – nareszcie macie okazję nadrobić zaległości!

Podróż czas zacząć. Krążek otwiera magiczna, tchnąca leniwą, duszną atmosferą małych zadymionych knajpek kompozycja Interlude. Swobodnie krążące tony, rozjeżdżające się partie klarnetu i trąbki i ten czarujący, jakby „rozchełstany”, niewyraźny wokal, który niedbale wchodzi w polemikę z resztą instrumentarium – czy można sobie wyobrazić bardziej jazzowy standard? Podobna stylistyka została utrzymana w My One And Only Love i singlowym Good Morning Heartache. Melodia posuwa się naprzód ospale i rozpływa w wielości dźwięków napotkawszy na partie wokalne.

Don’t you know z kolei to uroczo łapserdakowska kompilacja, której bazę stanowią zdecydowane i mocne partie trąbki przeplatane droczącą się z nią i pełną młodzieńczej werwy wokalizą. Całości dopełniają odsunięte na plan tła partie fortepianowe. Również Sack O’Woe mocno trzyma się tej charakterystycznej dla jazzu maniery droczenia się ze sobą komponentów muzycznych. Znajdziemy tu mocno wybijającą się na pierwszy plan i rytmizującą całość trąbkę, wygaszony fortepian i oczywiście nonszalancki, urokliwy wokal Jamiego.

Jeśli jesteście nieco zmęczeni tak silną dawką jazzu z prawdziwego zdarzenia, w Seer’s Tower odnajdziecie chwilę wytchnienia. Utwór jest liryczną i pełną gracji rozmową altówki i skrzypiec z dyktującym im rytm fortepianem. Tym muzycznym dywagacjom asystuje przepełniony słodyczą i jakąś nieuchwytną tęsknotą serca wokal.

Walkin’ to kolejna rozbrajająco zuchwała kompozycja. Podstawą utworu jest szelmowsko sprzeczający się z klawiszami saksofon, któremu niedbale wtóruje wokaliza. Również Lovesick Blues to propozycja szalona, nonszalancka i taka rozwirowana. Saksofon, trąbka, puzon! I każde w inną stronę a jakże harmonijną całość tworzą wraz z rozmarzonym, choć pełnym charyzmy wokalem i stłumionym fortepianem!

Don’t Let Me Be Misunderstood dla odmiany ma coś z tych zapomnianych, pełnych splendoru i blasku przyjęć pierwszych gwiazdek Hollywood. Kompozycję otwiera partia puzonu i trąbki, która dzięki oscylującej wokół blisko spokrewnionych ze sobą dźwięków melodii, przełamanej gwałtownie kilkutonowym przeskokiem nabiera rozmachu. Po nich następują równie spektakularne partie wokalne, które jedynie częściowo są utrzymywane w tonacji molowej, by zaraz potem zaskoczyć nas wciąż rosnącym durem i mieniąc się wszystkimi światłami bajecznie, wystawnych przyjęć elity. Inaczej być nie mogło, bo w powstawaniu kompilacji brał udział sam Gregory Porter – jeden z najznamienitszych współczesnych muzyków jazzowych!

Losing You i Make Someone Happy z kolei to delikatne i pełne wdzięku kompozycje bazujące na rozmarzonych, niespiesznie posuwających się naprzód partiach fortepianowych w asyście równie rozmarzonej wokalizy. Po prostu olśniewające!

Również Out Of This World to utwór pełen liryzmu i słodyczy. Trzon utworu stanowią senne partie skrzypiec, altówki i wiolonczeli oraz silnie rytmizująca perkusja ale oczywiście i tutaj znajdziemy niesforną trąbkę i stłumione partie klawiszowe. No i ten zniewalający, wart grzechu wokal Culluma! Ach!…

Podsumowując płyta rozbrajająco szelmowska, a jednocześnie pełna liryzmu. Świeża, lecz nie pozbawiona smaczków dawnych lat a przede wszystkim przystępna dla ucha wszystkich tych, którzy tak jak ja mogliby napisać podręcznik „Jak obchodzić się z jazzem na odległość”.

Jamie Cullum