Holak – The Introvert (2017), recenzja Michała Szuma

0

„Bycie introwertykiem to zajebista sprawa.” – takie zdanie widnieje na facebookowym profilu Holaka, a jednocześnie jest ono hasłem przewodnim całej najnowszej płyty Mateusza, czyli The Introverter. Jak zatem rozumie on pojęcie introwertyka i czy faktycznie tak właśnie należy go nazywać?

 

Zacznijmy więc od definicji kluczowego dla analizy całej płyty słowa (idąc za Słownikiem Języka Polskiego):

Introwertyk – człowiek mało zainteresowany światem zewnętrznym, skupiający się na własnych przeżyciach

Skoro mamy już pojęcie co oznacza tytułowe słowo, możemy odnieść je w bezpośredni sposób do przemyśleń zawartych na The Introverter.

W czym może objawiać się ów introwertyzm? Poczynając od rzeczy podstawowych, należy przede wszystkim zwrócić uwagę na wszystkie zwroty typu „mi”, „mój”, „ja” etc. Jest tego sporo, więc ta kwestia się zgadza. Druga rzecz: treść przemyśleń. Nie należy oczekiwać zbyt wielu rozkmin na temat otaczającego świata, a cała (lub większa) uwaga skupiona jest na horyzoncie zdarzeń widzianym własnymi oczyma. Tutaj także mamy konsensus, bo Mati – jak sam pieszczotliwie nazywa siebie Holak – opiera swoje obserwacje o własne doświadczenia i sytuacje, jakie go spotkały. Trzecią, dla niektórych najważniejszą w muzyce rzeczą, jest własny styl jeżeli mowa o brzmieniu. Tu po raz kolejny mamy zgodność, bo warstwa dźwiękowa obfituje w charakterystyczne dla Mateusza zagrywki (o czym więcej nieco później). Suma summarum – tytuł płyty jest jak najbardziej uzasadniony.

Przejdźmy zatem dalej i zastanówmy się, czy to źle czy dobrze, że raper (bo chyba tak należy mówić, ale o tym również nieco niżej) spisał teksty w takiej, a nie innej formie, nadając całości pewnej koncepcji. Bo nie da się zaprzeczyć, że The Introverter jest w pewien sposób płytą konceptualną. Wszak dotyczy ona życia Holaka, tego jak patrzy na inne sprawy i jak funkcjonuje w rzeczywistości. Opowiada nam o swojej pracy, o tym, że ciężko nazwać ją w ogóle pracą, o tym co lubi robić w wolnym czasie, jak odnosi się do kwestii symboliki w miłości czy wspomina swoją przeszłość. Nie używa przy tym nie wiadomo jak wyszukanych porównań, odniesień czy follow-upów, ale dzięki temu spójnie komponuje się to z minimalistyczną szatą dźwiękową.

Zanim jednak o samej muzyce, słów parę o gościach zaproszonych na projekt (Mati bardzo lubi to słowo) The Introverter. Oprócz głosów żeńskich w osobach Pauliny Przybysz czy Kasi Golomskiej (Lilly Hates Roses), na płycie znajduje się wiele osobistości z środowiska stricte hip-hopowego. Marki takie jak Mes, Wena czy Hades mają podkreślać, że ostatecznie jest to jednak płyta rapowa. I chyba tak należy ją czytać, bo partie śpiewane w wykonaniu Holaka nie wykraczają swą objętością ponad formę albumu rapowego. Więcej jest na nim słowa nawijanego, lecz nawet tu pojawia się pewna melodyczność i dość miły vibe. To także tu, przy okazji chęci umiejscowienia płyty i powiązanym z tym fakt zaproszenia takich a nie innych gości, pojawia się pewna furtka dla ekstrawertyzmu: skoro Mateusz zaprosił na swój solowy projekt innych, to nie jest to album introwertyczny w 100%. To chyba dobrze, bo w innym przypadku podchodziłoby to pod egoizm i samouwielbienie.

Co natomiast tyczy się muzyki, to jak już zostało wcześniej wspomniane, jest ona bardzo charakterystyczna dla stylu kreowanego przez Holaka: czy to na potrzeby Kumka Olik, czy to (poniekąd) w projekcie Małe Miasta. Jest jednak pewna różnica: w porównaniu do poprzednich tworów Mateusza, The Introverter został podany w nieco bardziej przystępnej formie, a tak małe detale potrafią zdziałać cuda. Mniej jest tu kombinacji z samym brzmieniem, na które składa się część elektroniczna i część gitarowa, a więcej kombinowania pojawiło się w różnorodności tempowej czy rytmicznej. Poszczególne piosenki mają albo ciepłe brzmienie, albo są nieco imprezowe i wpadające w ucho, albo można się przy nich zwyczajnie wyluzować. To własnie ten spory przekrój rytmiczny spowodował, że słuchając tej płyty zwyczajnie nie można się nudzić.

Czy zatem jest się do czego przyczepić? Oczywiście. Jest kilka takich momentów, gdzie człowiek traci orientację i znika mu grunt pod nogami, lecz na szczęście momenty te nie są warte wspominania i zdecydowanie lepiej jest skupić się na pozytywach. Tu na piedestale postawiłbym dobre poczucie wyrażenia siebie, bo płyty biograficzne często przeradzają się w akty snobizmu i pychy. Tu tego nie zaznamy. Co więcej, przystępna forma podania pozwala od czasu do czasu utożsamić się z pewnymi hasłami, a ostatecznie może doprowadzić nawet to sytuacji, gdzie hasło „Bycie introwertykiem to zajebista sprawa.” pozbawione jest ewentualnego negatywnego wydźwięku. Przez pryzmat płyty The Introverter – na pewno!