happysad zaskoczył tym, że w jeden wieczór udostępnił dwa single. Potem z przyczyn niezależnych została przesunięta premiera płyty. W końcu udało się. Na sklepowe półki trafił kolejny album zespołu, który może podzielić fanów zespołu. Krążek niewątpliwie jest nieco inny, co wcale nie musi oznaczać gorszy. Wręcz przeciwnie, mnie zaintrygował i przyciągnął. Powiem więcej. Na takie albumy się czeka i takich albumów chce się słuchać.

Tak się składa, że Panowie lubią wydawać swoje albumy jesienią. Poprzedni ich krążek ciepło/zimno swoją premierę miał 5 września 2012 roku. Album Jakby nie było jutra pierwotnie miał się ukazać się 8 września, jednak z przyczyn niezależnych od zespołu premiera została przesunięta. I tak 22 października doczekaliśmy się szóstego wydawnictwa grupy. Krążek ciepło/zimno zadebiutował na 1. miejscu zestawienia OLiS, a w dwa miesiące od premiery uzyskało status Złotej Płyty, co stanowi chyba najlepszą z recenzji. Na dzień dzisiejszy tj. 31 października 2014 roku najnowszy album grupy również zadebiutował na 1. miejscu zestawienia OLiS i zapewne jest na dobrej drodze do statusu złota.

Wracając do albumu to jedno jest pewne – nowy krążek jest inny, na swój sposób pokrętny i przewrotny. Pokazuje nam pozornie stary happysad, jednak w nowym, bardziej dojrzałym wydaniu. Panowie pokazują, że nie boją się eksperymentować, że ciągle się rozwijają i otwierają na nowe brzmienia. I w myśl przysłowie ile ludzi tyle opinii zapewne znajdzie on swoich zwolenników, jak i przeciwników. Ja należę do grupy osób, których krążek ten zachwycił i pochłonął na dobre… jakby nie było jutra…

Po wypuszczeniu singli tj. Smutnych ludzi i kawałka zatytułowanego Ciała Detale pojawiły się negatywne komentarze i zarzuty, że to już nie jest ten sam happysad. W moim odczuciu to dobrze, że zespół ewoluuje i się rozwija. Pokazuje, że ma różne oblicza, a co najważniejsze jest przy tym autentyczny. Nie zgodzę się, że w tym albumie nie czuć starej twórczości grupy. Mimo tego, iż mamy tutaj dużo przeróżnych ozdobników i nowości muzycznych to dalej czuć ducha happysadowskiej muzyki. Dostajemy 11 numerów, które mają swój specyficzny, nieco mroczny i dramatyczny klimat. Trzymają nas w napięciu i zmuszają do myślenia za sprawą metaforyczności tekstów.

Już na ciepło/zimno Panowie zasugerowali nam chęć zmiany. Mogliśmy tylko spekulować, co zaserwują nam na najnowszym  albumie, i tak jest to niewątpliwie krążek wielowymiarowy i eksperymentalny, pokazujący inne muzyczne odcienie happysadu.  Jak dla mnie jest to muzyczny obraz bardziej zimny i surowy, nie bije z niego optymizm i wesołość. Jest w tym albumie pewien rodzaj magii. Złowrogi klimat przyciąga, a każdy kolejny odsłuch przynosi coś nowego. Krążek nie jest monotematyczny, a charyzmatyczny głos Kuby idealnie komponuje się z nowymi brzmieniami. Zespół pokazał, że inaczej również może znaczyć dobrze.

Album otwiera kawałek Powódź dekady, który oparty jest głównie na dźwiękach gitary i perkusji a także mocno wyeksponowanym, dynamicznym wokalu Kuby. Wokalu dramatycznym i rozdartym, który nadaje klimat całemu utworowi. Singlowe Smutni ludzie to połączenie szeptu z krzykiem. Jest to numer o ciekawej konstrukcji, w której delikatność elektroniki zostaje przełamana mocnym gitarowym riffem, po którym numer staje się dynamiczny. Utwór jest pełen rozżalenia i frustracji, jednak przeszkadza zagłuszony i niewyraźny wokal. Trzeba się dobrze skupić, aby zrozumieć cały tekst.

Z zaciekawieniem czekałam na numery zatytułowane dosyć specyficznie, a mianowicie oraz Mbtv. I tak dostaliśmy jeden utwór instrumentalny. Pierwszy ze wspomnianych jest pełen grozy i napięcia. Drugi z kolei to istny chaos, który rozpoczyna się od szaleńczych perkusji, przełamanych gitarą. Podobnie jak w Smutnych ludziach wokal miejscami jest zbyt przyćmiony bogactwem dźwięków. Sekcje dęta stanowi trzon kolejnego utworu – Listy życzeń. Z kolei Ciała detale to wyraźny ukłon w stronę elektroniki, której nie brakuje na tym albumie. 13 dni to kolejny numer, który najbardziej przypomina wcześniejszą twórczość. Mocno gitarowy numer, którego dopełnienie stanowi wokal Kuby. Szeptane Do szczęścia odkrywa w nas pewną wrażliwość, zabiera w głąb naszych myśli, pozwala przemyśleć wiele spraw. Szept potęguje emocjonalność, intymność oraz wprowadza spokój. I jest to mój ulubiony utwór z całej płyty. Płynnie przechodzimy dalej do kolejnego utworu. Ten dzień to z pozoru kolejny spokojny numer. Jednak rozwija się on i wybucha przy akompaniamencie gitary i bodajże zawiera jeden z najkrótszych tekstów. Mimo, iż warstwa liryczna nie jest rozbudowana to odnosi się do istotnej kwestii przemijania. Są momenty takie brzmi sielsko i lekko, jednak nadal porusza ważne kwestie. Zaskakuje ‚chórek’ (o ile tak można to nazwać), który pojawia się w utworze. Na zakończenie Tańczymy z nieco elektronicznym podkładem. I faktycznie przy tym numerze ma się ochotę wpaść w wir tańca. Dziki, nieco psychodeliczny i zapadający w pamięć.

Przejścia między utworami są praktycznie niewykrywalne i bardzo płynne. I tak właśnie należy traktować ten krążek – jako jedną spójną całość. happysad zabiera nas w piękną podróż pełną przeróżnych dźwięków, a co najważniejsze różnorodnych emocji. To nie jest nowy happysad (a propo zarzutów, gdzie podział się stary) jest to happysad inny. Jednak wspomniana inność odnosi się bardziej do brzmienia, gdyż tekstowo to nadal metaforyczny i melancholijny album, który pozostawia słuchaczowi miejsce na własną interpretację i nic nie jest tu wyłącznie czarne albo białe.  Świeży i otwarty, nieco innowacyjny, a dzięki temu zaskakujący. Z niezwykłą przyjemnością oddałam się słuchaniu tego albumu, który podobnie jak poprzedni krążek, świetnie wpisuje się w jesienny klimat. Panowie zrobili kilka kroków do przodu i zaserwowali nam kawał dobrego grania zawarty w 45 minutach.

P.S. plus za pomysł ze zdrapką na płycie, aby odkryć tytuł albumu ;)

Happysad