Green Day – ¡Dos! (2012), recenzja Filipa Wiącka

¡Dos! to druga część ‘green dayowskiej’ trylogii. Choć jeszcze na początku roku to wydawnictwo było mi zupełnie obojętne, to po przesłuchaniu ¡Uno! zacząłem z niecierpliwością wyczekiwać kolejnego krążka zespołu. Dodatkowo zachęciła mnie wzmianka o tym, że ¡Dos! ma różnić się od poprzedniej płyty. Cóż – cenię sobie zmiany (tylko w muzyce), nawet jeśli tym wymienianym „elementem” jest rzecz dobra. Po album sięgnąłem już w dniu premiery, co rzadko mi się zdarza. Czy zaspokoił moje oczekiwania?

¡Uno! było przebojowe, punk rockowe, ale ze słyszalnymi inspiracjami power popem. Materiał był więc skoczny i łatwo przyswajalny. Raczej niewymagający. Mnie się jednak spodobał. Inne miało być (i podobno jest) ¡Dos!. Seriously? Ja tej różnicy za bardzo nie słyszę. To nadal bardzo podobne kawałki. Wpływy rock&rolla zostały niestety ograniczone. Właściwie jedyny utwór, w którym słyszę inspirację tym gatunkiem to Fuck Time.

Jedną z cech łączących wszystkie poprzednie płyty Green Daya (te, które znam) jest w miarę wyrównany poziom. Owszem zdarzają się na nich perełki, ale jednak pozostałe utwory zbyt bardzo od siebie nie odbiegają. Tutaj znalazły się dwie piosenki, które wypadają znacznie lepiej od pozostałych. Jedną z nich jest Amy. Warto poświęcić jej osobny akapit. Numer dedykowany (jak pewnie nietrudno się domyślić) Amy Winehouse.

Piosenkarka była jedną z najbardziej przeze mnie cenionych. Jej drugi album, Back to Black, kocham. Utwór Green Daya nie jest piosenką, którą mogłaby wykonać Amy, ale to już niedaleka droga. To bardzo prosty kawałek. Perkusja i gitary elektryczne poszły w kąt, pozostała gitara akustyczna. I takiego Green Daya kupuję. Choć już wcześniej nagrywali ballady (posiadające piękny tekst, ale nieco nudne Wake Me Up When September Ends czy też beznadziejne 21 Guns), to Amy podoba mi się znacznie bardziej. Wyróżnia się spośród pozostałych dwunastu piosenek z krążka.

Amy to zdecydowanie najmocniejszy punkt tej płyty. Jednak po piętach depcze mu utwór Fuck Time. Jak już pisałem, to właśnie w nim najbardziej czuć ten rock&rollowy klimat. Łatwo wpada w ucho, ale jednocześnie nie jest banalne czy też zbyt proste. Bardzo podoba mi się w kawałku wokal Billiego, no i przede wszystkim perkusja (Tre Cool). Oprócz  tych dwóch numerów niewiele  mnie zachwyciło. Na chwilę uwagi zasługuje króciutki (zaledwie jednominutowy), utrzymany w stylu nieco garażowego rocka kawałek zawarty na początku płyty – See You Tonight. Lubię też przebojowe i chyba najbardziej energiczne Ashley. Problem mam natomiast z singlowym Stray Heart. Niby łatwo wpada w ucho, przyjemnie się słucha, ale nic więcej. Piosenka równie dobrze mogłaby znaleźć się na ¡Uno!, na ¡Tre!, jak i na każdej z poprzednich płyt zespołu. Poza tym nawet na chwilę nie zostaje w pamięci.

Pisałem o Amy, pisałem o Fuck Time, jednak za najciekawszą piosenkę uważam Nightlife. Kawałek został określony jako jeden z wolniejszych i ciemniejszych momentów trylogii. Pojawia się w nim gościnnie Lady Cobra. W niektórych momentach rapuje. Rozwiązanie ciekawe, ale w tym przypadku nie do końca się sprawdziło. Muzyka jest monotonna (ja tu słyszę aż jeden riff basowy). Armstrong dawno tak słabo nie brzmiał. Jeszcze gorsze jest Wow! That’s Loud. Nawiązując do tytułu, piosenka na pewno jest głośna, ale to jeszcze nie gwarantuje sukcesu. Jak dla mnie przyciężka w odbiorze.

Teksty z poprzedniej płyty były niestety tylko mało ciekawym dodatkiem do muzyki. Jak jest z tymi tutaj? Na pewno miłą odskocznią od pozostałych kawałków Green Daya jest utwór Amy:

You’re too young for the golden age Cause the record bin’s been replaced 27 gone without a trace And you walked away from your drink (PL: Jesteś za młoda na złoty wiek Bo zasoby nagrań zostały zastąpione 27 przeminęło bez śladu A ty odeszłaś od swojego drinka)

Tekst do tego kawałka jest raczej prosty, ale chwyta za serce. Ciekawie przedstawia się również Ashley:

Ashley Are you bombing around? Yeah, you’re crying on my cold shoulder (…) You used to dangle minds with your puppet strings (PL: Ashley Czy bombardujesz okolicę? Wypłakujesz się w moje zimne ramię (…) Kierowałaś umysłami jakby były to marionetki)

Pozostałe teksty opowiadają głównie o kobietach. Nic ciekawego, ale i tak bardziej mi się podobają od poprzednich.

Muszę niestety przyznać, że ¡Dos! nieco mnie rozczarowało. ¡Uno! jednak bardziej mi się podobało. Jest po prostu ciekawsze, bardziej różnorodne. Choć i tu narzekać zbyt bardzo nie będę – poza kilkoma numerami, których nie lubię, albumu całkiem miło się słucha. Może i nie będę do niego często wracać, ale nie traktuję czasu przy nim spędzonego za zmarnowany.

green day dos

1 Reply to “Green Day – ¡Dos! (2012), recenzja Filipa Wiącka”

Możliwość komentowania jest wyłączona.