Dział PublicystykaRelacje

G-Eazy rozniósł warszawski Torwar. Relacja Piotra Sadowskiego

G-Eazy 10 maja odwiedził warszawski Torwar, by promować swoją najnowszą płytę The Beautiful & Damned. Dał wspaniałe, półtoragodzinne show, którym porwał polską publiczność. Był mosh pit, były wzruszenia, a po koncercie uśmiechy na twarzach fanów. Zapraszam do relacji!

fot. https://www.instagram.com/g_eazy/

Na koncert Geralda wybrałem się raczej z ciekawości, chociaż oczywiście z nastawieniem na dobrą zabawę. Nie jestem jego fanem, w dodatku widziałem go już na żywo podczas Open’era w ubiegłym roku i według mnie nie wypadł wtedy najlepiej. Głównie przez kiepskie nagłośnienie i setlistę, która po prostu nie przypadła mi do gustu. Jednak wydane kilka miesięcy temu The Beautiful & Damned przywróciło mi chęci na koncert i kiedy tylko pojawiła się okazja, by na niego pojechać, bez zawahania zdecydowałem się dać raperowi drugą szansę.

Koncert G-Eazy’ego poprzedzały dwa występy supportów. Tutaj niestety pojawia się największy minus całego wydarzenia, ponieważ na jakiś tydzień przed koncertem swój występ w Polsce odwołała brytyjska raperka Stefflon Don, która jako pierwsza miała rozgrzać publiczność zgromadzoną na Torwarze. Szkoda, bo byłem bardzo ciekaw jak wypadnie na scenie. Na szczęście organizatorzy postanowili znaleźć zastępstwo za Stefflon. Było nim trio FINESSE. Zwykle wyglądało to tak, że jedna osoba zajmowała muzyką, a dwie tańczyły do jej rytmu na scenie. I z pewnością nie można im odmówić tego, że bardzo się starali. Nie udało im się jednak poderwać publiczności. Być może przez brak kontaktu z publicznością, być może ludzie nie znali większości kawałków(a to trochę dziwi, bo puszczali dosyć popularne trapowe kawałki, takie jak Walk It, Talk It, Collard Greens czy Dark Knight Dummo). Niestety przejścia między utworami nie zawsze były płynne. Podsumowując, FINESSE całkiem zagrali niezłego seta i mimo paru braków, dobrze, że przynajmniej mieliśmy na kim zawiesić wzrok. Bo gdyby ta muzyka leciała po prostu w tle, efekt byłby bardzo słaby.

Drugim artystą rozgrzewającym Polską publikę był Young Pinch, 21-letni raper z Kalifornii. Przy nim jednak nie będę zatrzymywał się na zbyt długo, ponieważ jego twórczość nie przypadła mi do gustu. Sam koncert był po prostu poprawny. A supportowanie G-Eazy’emu z pewnością pomoże mu z rozwojem kariery.
Gdybym miał jednak wybrać kto najlepiej zagrzał publikę, to zrobił to… DJ Young Pincha, który przed występem rapera odegrał dwa kawałki – God’s Plan autorstwa Drake’a, przy którym publiczność popisała się doskonałą znajomością tekstu oraz kultowe M.A.A.D. City Kendricka Lamara.

A teraz przyszedł czas na najważniejszy tego wieczoru koncert. G-Eazy punktualnie(!) pojawił się na scenie i kawałkiem Intro rozpoczął całe show, które podzielone zostało na trzy akty. Były nimi kolejno: Beautiful, Damned oraz Epilogue.
Podczas pierwszej części przeważały utwory z najnowszego krążka Geralda. Moją uwagę jeszcze przed koncertem przykuła obecność perkusji na scenie. Uwielbiam jak raperzy korzystają z pomocy innych muzyków. I już od Intro, przez tytułowe The Beautiful & Damned aż po ostatnie w całej setliście No Limit, perkusista nadawał wszystkiemu lepszy ton.

Później przyszedł czas na doskonale wszystkim znane I Mean It oraz Order More, w którym usłyszeć możemy Geralda wykorzystującego autotune’a, niestety. Nie jestem przeciwnikiem takich rozwiązań, ale G-Eazy i autotune to dla mnie po prostu bardzo słabe połączenie. Następnie zwolnił tempo dedykując No Less najpiękniejszym na całym świecie Polkom. Dalej kolejne chillout’owe kawałki, czyli Some Kind of Drug, You & Me oraz bardzo dobrze wykonane Fly Away, podczas którego cały Torwar został rozświetlony przez latarki w smartfonach fanów Geralda.

Nadszedł czas na krótką przerwę, którą umilili nam perkusista z keyboardzistą i na scenę wrócił przebrany G, by rozpocząć akt drugi, czyli najlepszą część show. Zaczął od przyjemnego Leviathan z najnowszej płyty, aż w końcu nadszedł czas na najbardziej energiczne kawałki. Gotdamn, 1942, Random, Buddha, Same Bitches, Calm Down oraz Say Less, na które czekałem najbardziej i się nie zawiodłem. Z kawałka na kawałek do mosh pitu pod sceną decydowało się dołączać coraz więcej fanów, do czego cały czas zachęcał Gerald. Nie spodziewałem się, że na koncercie G będę bawił się w pogo, które poziomem wcale nie odbiegało od tych, w których uczestniczyłem podczas rockowych koncertów, takich jak na przykład Royal Blood. Bardzo miłe zaskoczenie!

Raper z Kalifornii postanowił dać odpocząć fanom i po Say Less odegrał Eazy, czyli ostatnią piosenkę z The Beautiful & Damned, na której gościnnie udziela się zespół Son Lux. Po niej rozpoczął się „Epilogue”, ostatni akt koncertu. Rozpoczynało go Him & I. Na scenie niestety nie pojawiła się Halsey, na co liczyło wielu fanów, ponieważ kilka dni przed koncertem w Warszawie zagrała u boku Geralda w Kopenhadze. Dalej przyszedł czas na największy przebój G-Eazy’ego, czyli Me, Myself & I. Utworem zamykającym cały koncert było No Limit. Przed nim jednak G po raz ostatni poprosił fanów zgromadzonych na Torwarze, by otworzyli największy jak do tej pory pit. Udało się, a ja widok wielkiego, zajmującego chyba pół obszaru płyty pustego kręgu, z pewnością zapamiętam do końca życia. No Limit było idealnym pożegnaniem z Polską publicznością.

Reasumując, ten koncert był świetny. Nie zawiodło nagłośnienie, nie zawiódł G-Eazy, a Polska publiczność po raz kolejny przypomniała swojemu idolowi, dlaczego lubi wracać do nas podczas każdej trasy koncertowej. Olbrzymim plusem była setlista. Była naprawdę bardzo dobrze wyważona, był czas na energiczną zabawę, był czas na odpoczynek i wprawienie się w miły nastrój.
To czego mi trochę zabrakło w koncercie to interakcja Geralda z fanami. Przerywnikami między utworami były pytania o to jak się bawimy i inne typowe hasła, na które wszyscy zawsze pozytywnie zareagują. Lubię gdy artyści zagadują publikę i dają się tym samym lepiej poznać, szczególnie na solowych koncertach, niestety tutaj tego nie było. Rozumiem oczywiście, że nie każdy się do tego nadaje lub chce to robić. I w końcu do minusów muszę zaliczyć jeszcze morze nagrywających smartfonów, które rozlewało się nad naszymi głowami. No ale spodziewałem się tego, stało się to niestety normą, szczególnie kiedy artysta swoją twórczością trafia do młodej widowni.

Mam nadzieję, że Gerald nadal tak często będzie odwiedzał Polskę. Mnie na pewno przekonał do swojej twórczości i z osoby, która poszła na jego koncert z ciekawości, zamieniłem się w kogoś, kto już czeka na nowe utwory i kolejną trasę. A na sam koniec chciałbym pozdrowić wszystkich, którzy razem ze mną bawili się podczas całego show. Szczególnie osoby, które rozkręcały zabawę w mosh picie. Do zobaczenia!

Tags
Show More


Related Articles

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *