Dział Publicystyka Franz Ferdinand - Always Ascending (2018), recenzja Dominiki Mrówczyńskiej

Franz Ferdinand – Always Ascending (2018), recenzja Dominiki Mrówczyńskiej

Wydawałoby się, że indie rock, czy też alternatywa (jak kto woli), zaczyna powoli zataczać koło i stawać się zamkniętym zbiorem. Jednak niektórym artystom udaje się wyjść z tego zbioru, głównie w stronę elektroniki. Wtedy też okazuje się, że ten gatunek można nadal rozwijać i nadal tworzyć w nim ciekawe melodie. Problem polega na tym, że zespołu Franz Ferdinand raczej do tego grona nie zaliczymy.

Grupa znajduje się na scenie już od ponad 15lat. W związku z tym, trzeba albo stać się legendą albo ciągle mieć dobre, nowe pomysły na utwory. Krążkiem Always Ascending zespół pokazał, że zdecydowanie ich nie posiada, a i wielką legendą też nie zostaną.  Po ostatnim krążku, który ukazał się ponad 4 lata temu mogłoby się wydawać, że Franz Ferdinand będą potrafili coraz bardziej rozwijać swoje skrzydła, aby udowodnić nam, że na nich jeszcze nie pora. Gdyż, kto nie pokochał singla Evil Eye, czy utworu Love Illumination. Right Thoughts, Right Words, Right Action miał być przełomowym albumem w karierze, który trochę odbije zespół od podłogi. Nie udało się. Co więc zrobić? Wrócić do czasów świetności z przed 15 lat. Wrócić do wszystkich utworów z pogranicza tanecznego disco i rocka.

Jednak cała sztuka polega na tym, że jeśli już wracamy do tego, co było, zróbmy to z przytupem. A tego właśnie grupie Franz Ferdinand zabrakło podczas nagrywania Always Ascending. Zaczynając od samego początku, gdzie pojawia się tytułowy utwór widać jedną rzecz, która znajduje się w każdym utworze – przeciąganie zwrotek na dokładnie takiej samej, a dzięki temu nudnej, melodii. Są na tyle stonowane, że ciężko jest przebrnąć przez płytę, tak żeby do końca się nie znudzić. Później pojawia się Lazy Boy, gdzie skupiłabym się najbardziej na wstępie, wyciągniętym, dzięki pojedynczym dźwiękom, niemal, że z Z Archiwum X. Paper Cages przeminie, nawet nie zauważymy kiedy. Ale właśnie wtedy dobrniemy do Finally. I zgodnie z tytułem, jest to w końcu coś dość ciekawego. Delikatnie zahaczające o psychodelikę brzmienie, połączone ze znacznymi zmianami tempa stworzyły to, czego oczekiwalibyśmy od Franz Ferdinand. Docierając do połowy krążka trafiamy na The Academy Award, które ma chyba służyć wyniosłości. Chyba, bo utwór przemija sobie gdzieś w tle do pary z Paper Cages.

Tutaj znów ku ratunkowi rusza Lois Lane. Chwała temu, kto wpadł na pomysł klawiszy w tym utworze i to właśnie w takiej formie. Właśnie dzięki temu jednemu, jedynemu instrumentowi utwór jest kolejnym z tych, które powinny znaleźć się na Always Ascending. Huck And Jim z początku ukazuje nam chyba do tej pory nieznany obraz FF, ale zdecydowanie taki, jakiego byśmy chcieli. W tym utworze bardzo wyraźnie widać fakt, że producentem krążka był Philippe Zdara (Beastie Boys, Phonix). Feel The Love Go idealnie pasuje na radiowy singiel, co ważne, w dobrym tego słowa znaczeniu. Na sam koniec pora na Slow Don’t Kill Me Slow. Wtedy dochodzimy do wniosku, że Always Ascending przez ostatnie kilkadziesiąt minut, właśnie powoli zabijała w nas całą energię.

Tytuł albumu wskazuje na to, że grupa Franz Ferdinand miała nadal wspinać się wysoko. Jak się okazuje, zatrzymali się w miejscu, by nie powiedzieć, że zaczynają się cofać. Głównym minusem całego krążka jest brak tego tanecznego tempa, z którego właśnie słynął zespół. Kilka pojedynczych utworów ratuje cały krążek. Poza tym… możemy sobie go włączyć w tle przy codziennych sprawach i uwierzcie mi, nawet nie zwrócicie szczególnej uwagi na żaden dźwięk.

Popularne

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.