Gdy Twój ulubiony zespół ogłasza, że wyda nowy album z nowymi wersjami starych przebojów to nie skaczesz z radości. Zwłaszcza, że przez 20 lat kariery mają na koncie trzy albumy i chciałoby się więcej. No ale, gdy przesłuchałem Synthesis w całości… w sumie nie żałuję, że to wydali. Oto Synthesis Evanescence, czyli stare „po nowemu”.

Origin(s)

Synthesis jest albumem specjalnym, to połączenie, kombinacja dwóch światów: muzyki rockowej, metalowej, ciężkiej z lekkimi, subtelnymi dźwiękami orkiestry symfonicznej. To wszystko jest jeszcze doprawione dodatkiem elektroniki, której w twórczości Evanescence nigdy nie brakowało. I wyszło… znakomicie. Chociaż na pewno nie obyło się bez pewnych mankamentów.

Przede wszystkim, gdy po raz pierwszy zobaczyłem tracklistę albumu miałem dużo zastrzeżeń. Po co tam jest Never Go Back czy End of the Dream, średnio widziałem też pojawienie się Your Star, a bolał brak Sweet Sacrifice, Good Enough czy The Change z ostatniego albumu.

Bardzo żałuję, że zespół – i Amy – nie pokusili się o zaprezentowanie któregoś utworu z albumu Origin – demówki, które pojawiła się przed oficjalnym debiutem. To – po The Open Door – ich najlepszy album – i marzyłem o oficjalnym wydaniu Anywhere, Lies czy Where Will You Go. Tym bardziej teraz – gdy znam całą zawartość Synthesis – stwierdzam, że szczególnie Where Will You Go idealnie by pasowało do albumu, nawet w totalnie nie zmienionej wersji. Tak się jednak nie stało.



Synthesis

Po odsłuchaniu szesnastu utworów stwierdzam, że wyszło znakomicie. Taki, a nie innych skład spisał się doskonale, kawałki ze sobą współgrają, tworzą całość, a wspomniane Never Go Back i The End of the Dream, których tu nie chciałem – teraz są czymś nowym, świeżym. To one zostały najbardziej zmienione, najbardziej pocięte i stworzone na nowo. W ogóle The End of the Dream brzmi dla mnie jak piosenka, której nigdy wcześniej nie słyszałem, może dlatego że za oryginałem nie przepadam i nie słuchałem go zbyt dużo.

Również Your Star spisało się dobrze – końcówka krążka – Lithum Lost in Paradise i właśnie Your Star tworzą trio, które zawiera w sobie niesamowitą dawkę emocji, współgra najlepiej na całym albumie i brzmi jak jedna prawie czternastominutowa całość.

Dwie rzeczy, dwa punkty, lśnią na Synthesis najbardziej. I są to dosyć dwie odległe od siebie rzeczy. Zwykle, gdy mówimy o wokalu i produkcji, jedno czasami potrafi przyćmić drugie. Tutaj tak się nie stało. W każdej piosence wokal Amy jest jeszcze czystszy, jeszcze piękniejszy i jeszcze mocniejszy. I taki jest naprawdę, bo trasa Synthesis Tour już ruszyła, a pierwsze, amatorskie filmik wskazują, że nic tu nie zostało podrasowane. Amy naprawdę brzmi tak anielsko. Tak cholernie dobrze.

I jednocześnie błyszczy produkcja – dobór instrumentów (te dzwonki – czy co to jest – w Lithium, skrzypce Lindsey Stirling w Hi-Lo, ogrom pianina dosłownie wszędzie), ich różnorodność, a także jednoczesne zmieszanie z elektroniką, która jest zauważalna, ale nie przyćmiła niczego. Ten krążek naprawdę jest idealny pod względem pracy, jaką w niego włożony. Przemyślano każdy aspekt, każdy wokal, każdy instrument. Dopięto ten album do perfekcji, nawet poprzednie „normalne” wydawnictwa zespołu nie były aż tak bardzo dopracowane. Nawet sam koniec albumu jest doskonały – po emocjonalnym My Immortal, mamy spokojne pianino i interlude, które przechodzi w nowy, premierowy utwór Imperfection. To wszystko jest idealną klamrą i nowym rozpoczęciem. Imperfection doskonale sprawuje się jako piosenka z Synthesis, a jednocześnie to nowy start – jakby początek nowego albumu z premierowymi piosenkami.

Zdjęcie użytkownika Evanescence.

I tu, na sam koniec, jest moje małe „ale„. Od niego rozpocząłem i nim zakończę. Synthesis to naprawdę super album, doskonały prezent dla fanów zespołu. Mam nadzieję, że zwykli słuchacze muzyki i nie do końca wielcy fani Evanescence go nie pokochają. Bynajmniej na pewno nie docenią tak, jak fani. Ale chciałbym, aby ten album był tylko przystankiem na drodze do nowego wydawnictwa, które mam nadzieję – mam OGROMNĄ nadzieję pojawi się album pod konie 2018, albo na początku 2019. Jeśli znów na nowe wydawnictwo będziemy musieli czekać 5-6 lat to będę bardzo, bardzo zły. (Od Fallen do The Open Door – 3 lata, od The Open Door do selftitled – 5 lat, od selftitled do Synthesis – 6 lat. Ciężko jest być fanem Evanescence.)

Zdjęcie użytkownika Evanescence.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.