Katastrofa. Kompromitacja. Abominacja. Muzyczna kloaka i makabra. Istna apokalipsa. Po prostu przegrana. To tylko kilka przykładów słów i zwrotów, które rozlały się po polskiej sieci tuż po czwartkowym, tak zwanym „polskim” półfinale Konkursu Piosenki Eurowizji w Lizbonie. I wiecie, co? Mam tego już po dziurki w nosie! A czego? Zapraszam więc do tego ognistego (pozdro dla kumatych) wywodu.

(UWAGA! Ze względu na dużą ilość brokatu, bezsensownej erotyki oraz zabawy, nie polecam tego tekstu dla tych, którzy powyższych elementów nie trawią we wszelakiej postaci. Peace!)

Tegoroczna Eurowizja nie skończyła się dla nas, a dokładniej dla Gromee’iego, jego ekipy oraz kompozycji, miejscem w wielkim sobotnim finale. No cóż, bywa i tak. Nie każdy świetny artysta musi być gwiazdą na intergalaktyczną skalę, ani też każda fajna piosenka finalistą, ani tym bardziej zwycięzcą tegoż konkursu. I nie wiem jak wam, mając na myśli zarówno fanów jak i hejterów Eurowizji, ale mi było bardzo przykro, że nie weszliśmy do finału. Dlatego też nie dziwota, że moje rozgoryczenie i wkurzenie było jeszcze większe, gdy zobaczyłem co takiego napisał niejaki Pan PJ na łamach internetowego portalu magazynu Newsweek. Z racji, że szkoda czasu i atłasu, po prostu przejdę do konkretów.

Dlaczego nie możemy u licha wygrać Eurowizji?! Otóż to bardzo proste. Tu nikt nie ma jaj! Co mam na myśli?! Mam wrażenie, że polscy piosenkarze i piosenkarki najzwyczajniej w świecie nie lubią rywalizować z innymi polskimi piosenkarzami i piosenkarkami, a tym bardziej tymi z innych zakątków świata. Czemu? Bo mogłoby się okazać, że jednak nie są tacy świetni, piękny i „na czasie” jak ich mniej lub bardziej popularni koledzy po fachu. Spójrzmy chociażby na nasze festiwalowe poletko – premiery w Opolu… hhm… (intensywne myślenie)… (jeszcze intensywniejsze…) No właśnie, w Polsce nie ma konkursów dla piosenkarzy z prawdziwego zdarzenia, gdzie „gwiazdy” mogły ze sobą rywalizować. Dlaczego? Możliwości jest z pewnością kilka. Po pierwsze, bo „gwiazda” już nic nie musi, co najwyżej może, ale wtedy trzeba jej solidnie zapłacić i ten problem chyba ma za dużo naszych „gwiazd”. Po drugie, bo w sumie nie ma niczego nowego do zaprezentowania, poza nową kiecką, nowym chłopakiem i nowym czekoladowym lodem zasponsorowanym przez jego producenta. Po trzecie, bo jak przegra, to wstyd… i tak dalej, i tak dalej, a komornik już czeka za rogiem, by zając nowe czerwone Porsche. A po czwarte, bo po co, bo bez sensu, bo nie lubię występować przed taką publiką i inne, nomem omen, bezsensowne wymówki.

Poza tym nie oszukujmy się, ale polska muzyka popularna nie najbardziej przyjazną dobrej zabawie, nie wspominając o disco polo, ale o tym przy innej okazji. Sam muszę się przyznać, że nie słucham za bardzo polskiej muzyki, poza kilkoma chlubnymi wyjątkami, jak Natalia Nykiel, Ramona Rey, Kayah, czy Maanam. Nasza pop muzyka nie ma tożsamości, jest po prostu odtwórcza, zżynając w istocie wszystko to co najbardziej przystępne, przeciętne i standardowe, czyli najgorsze. Wydaje mi się, że blisko zmiany tego typu myślenia był Donatan i Cleo, jednak po jednej, całkiem fajnej folk-popowej płycie, która była wielkim hitem, Cleo wraz z jej nową wytwórnią najwidoczniej nie chciała (a może nie mogła?!) pójść za ciosem. A szkoda, bo to właśnie było to, czego nam było i jest nadal bardzo potrzebne. Może warto pomyśleć o systemowym wspieraniu muzyki? Może muzyczny odpowiednik PISF? Polski Instytut Sztuki Muzycznej? Czemu nie!

Wracając jednak do meritum, czyli do Eurowizji. Zacznę od tego, że takiego drugiego show na świecie po prostu nie ma. Konia z rzędem temu to wskaże mi inny tego typu festiwal w całej galaktyce, by jednak nieco ułatwić zadanie chętnym mi udowodnić, że prawda jest zupełnie inna i się nie znam. 😁

Oglądam Eurowizję od 2003, czyli całkiem sporo jak na mój dwudziestodwuletni wiek. Słyszałem i widziałem gorsze, ale i lepsze piosenki, jednak nigdy przez jedną durną piosenkę wykonywaną przez pluszowego indyka (znowu pozdro dla kumatych), nie powiedziałbym, że Eurowizja jest płytka, tania i żenująca. Posługując się kolokwializmem, nie kumam argumentu za „zdelegalizowaniem” Eurowizji. A czemu tak?! Nie mam zielonego pojęcia! Poziom tej „opinii” jest dla mnie żenująco niski, ba, zaryzykuję stwierdzenie, że tak samo niski jak znajomość o Eurowizji tak płomiennie się o niej wypowiadających. Ja za to bym powiedział tak: „Nie oglądam ‘Gry o Tron’, kogo to obchodzi, nie mnie i nie moich znajomych. Zdelegalizować!”, albo „Piłka nożna jest bez sensu! Dwudziestu dwóch średnio ekscytujących i podniecających mężczyzn gania za nadmuchanym gumowym workiem. No totalnie bez sensu. Do delegalizacji!” Założę się o batona, że gdybym to gdzieś napisał, choćby nawet na moim Facebook’u, to od razu poleciałyby na mnie gromy, że się nie znam, że jestem bez kultury i w ogóle mam zamknąć japę, bo się nie znam, i ch**. To ja też coś wam powiem… Jeśli nie chcecie oglądać tego Konkursu Piosenki Żenującej, to jej nie oglądajcie, ale wtedy to wy „zamknijcie japy”, bo przecież się nią nie interesujecie, więc po co o niej gadać. Proste? Proste!

Co do politycznego głosowania, to nie mam ochoty w tym momencie na analizę głosowania danych krajów w ostatnich dziesięciu latach, by potwierdzić tezy z tekstu Pana PJ. Myślę jednak, że od paru dobrych lat niestety ten argument stracił na swojej aktualności. Poza tym, kogo to obchodzi jak kto głosuje, skoro chodzi o to kto ostatecznie wygra? Nie da się wygrać tylko za pomocą polityki, a ja przynajmniej nie znam takiego przypadku. Eurowizja to nie Unia Europejska, Angela Merkel nie ma ostatecznego zdania co do tego, kto go wygra, choć i w tej drugiej, myślę, że też raczej nie ma.

Szczególnie rozbawił mnie też fragment o tym, że Eurowizja, uwaga (!), to „konkurs podlany (…) raczej heteronormatywnym, nierzadko seksistowskim sosem, gdzie kobiety poza wysokimi tonacjami, ochoczo prezentują swoje wdzięki, które mężczyźni z kolei – bez względu na orientację – podziwiają w swoich piosenkach o miłości i pożądaniu”.

Ja nie wiem jaki Pan PJ oglądał do tej pory festiwal, ale to raczej nie o Eurowizji mowa. Eurowizja to odkąd pamiętam jedno z najukochanych show społeczności LGBT, gdzie, tak, panie prezentują swoje wdzięki, bo mogą i są z nich dumne, a mężczyźni czasem, czyli na moje nieznające się przecie oko w jakiś 35% przypadkach, rzeczywiście śpiewają o pożądaniu, bo to nie wstyd kogoś po prostu pragnąć, no chyba, że chcemy żyć w celibacie, ale wtedy pytanie dlaczego oglądamy ten konkurs. Eurowizja jest bezkompromisowa, albo idziemy na całość i pokazujemy co naprawdę chcemy, albo odpadamy w przedbiegach jako jednej z kolejnych przeciętnych występów, o którym jej fani zapomną wraz z kolejną edycją konkursu. Gdyby nie bezkompromisowość Madonny, Lady Gagi, czy Cher w tym jakie utwory wykonywały, jak je wykonywały podczas tras koncertowych i jakie były poza muzyczną sceną, to z pewnością nie stałyby się ikonami społeczności LGBT. Tak samo jest na Eurowizji, idź na całość, bądź sobą i się baw, i tyle!

Wracają jeszcze do polskiego wątku, to w istocie nie dziwię się, że Dorota Masłowska jest tak u nas popularna. Wszystko tu jest na nie! Źle to, źle tamto, a inne to jeszcze gorsze, bo nie prawdziwie polskie. Czy nie może być choć raz dobrze, super i fajnie? Odpowiadając na pytanie Pana PJ: „Czy naprawdę kogokolwiek to jeszcze obchodzi?” Tak! Mnie obchodzi i jakieś 200 milinów ludzi, którzy oglądają Eurowizję w telewizji na całym świecie. Mnie nie obchodzi wspomniana już ‘Gra o Tron’, a ją ogląda legalnie tylko 10 milionów. I co?!

Dodatkowo, żeby już zupełnie dobić Pana PJ, Polacy na Spotify w tym roku są dziewiątym (!!!) krajem najchętniej i najpilniej śledzącym eurowizyjne piosenki, więc nie mam już więcej pytań w tym temacie.

I to by było na tyle. Ja wyładowałem swoje emocje, a wy się czegoś dowiedzieliście, choć i tak nie powiedziałem wszystkiego, co chciałbym w tym pasjonującym dla mnie temacie. Z pewnością nie przekonam nieprzekonanych, a od przekonanych może otrzymam kilka lajków i serduszek, na co po cichu liczę. Jednak co ważne, obroniłem co moje, bo Eurowizja jest moja i z pewnością mówi o niej tak samo jeszcze kilka osób.

Post Scriptum

Patrząc po hejcie na NETTĘ po jej zwycięstwie, śmiem twierdzić, że Eurowizja jednak kogoś obchodzi Panie PJ 😉. Do zobaczenia za rok w Izraelu!

Poprzedni artykułYears & Years prezentują nowy teledysk
Następny artykułTego słuchamy: Utwory, których nie możecie przegapić (Tydzień 178)