Editors rozgrzali Poznań, relacja Zuzanny Janickiej

Nie przepadam za osobami, które od jakiegoś artysty znają dwie-trzy piosenki (czy nawet w porywach – całą płytę) i chodzą i mówią, jakimi wielkimi są fanami. A później przychodzą na koncert i się nudzą, bo połowa materiału wykonywanego na żywo jest im nie znana. Zaobserwowałam to chociażby na czerwcowym koncercie Alicii Keys. Jednak w przypadku zespołu Editors sprawa ma się zupełnie inaczej – oni potrafią rozruszać każdego! Nie ważne, czy znasz tylko utwór Munich. Ani się obejrzysz, wszystkie refreny będziesz śpiewać razem z zespołem. Taką mają siłę rażenia.

Ja zespół Editors poznałam dość późno, bo dopiero w lipcu tego roku. W ręce wpadła mi ich najnowsza, czwarta, płyta zatytułowana The Weight of Your Love. Z miejsca się w niej zakochałam. Oczywistą więc sprawą było sięgnięcie po trzy pozostałe krążki brytyjskiej grupy. Może nie stałam się wielką fanką Editors (nie chce po prostu stawać w jednym rzędzie z ludźmi słuchającymi zespołu od lat), ale dołączyli do grona moich ulubionych formacji. Jeśli jednak myślicie, że bilet zakupiłam w chwili ogłoszenia ich kolejnych koncertów w Polsce, jesteście w błędzie. Nabyłam go dopiero tydzień przed występem. Zawsze długo się zastanawiam, czy warto, czy na pewno będzie mi się podobać itp. itd. Dziś sądzę, że wydanie tych 105 złotych było świetną inwestycją.

Koncert Editors był moim pierwszym klubowym koncertem. Nieco obawiałam się, czy uda mi się zdobyć dobre miejsce. Jestem niską osobą i zwyczajnie mogłabym nic nie widzieć, gdyby ustawiła się przede mną duża grupa osób. Postanowiłam więc wystawić swoją cierpliwość na ciężką próbę i pod bramą zjawiłam się już po 17. Po 18.30 odbyłam szybki bieg do drzwi, następnie przystępowałam z nogi na nogę podczas kilkusekundowemu sprawdzaniu biletu by w końcu z prędkością 100 km/h (no dobra, nieco mniejszą) rzucić się do sali, w której odbywać się miał koncert. I zwycięstwo! Zajęłam świetne miejsce w drugim rzędzie. Mogłam więc nie tylko idealnie wszystko słyszeć, ale przede wszystkim widzieć.

Zanim zespół Editors pojawił się na scenie, o 19.30 swój występ rozpoczęła belgijska grupa Balthazar. Wiadomo – support jest tylko przystawką przed daniem głównym. Nie mam dobrego doświadczenia z supportami – np. grający przed Katie Meluą indie rockowy zespół Boy w ogóle nie rozgrzał osób, które przybyły na występ. Po prostu – nie ta publiczność. Dlatego wielkim i pozytywnym zaskoczeniem był dla mnie zespół Balthazar. Wykonują oni muzykę z pogranicza alternatywy oraz indie rocka. Pasowali więc idealnie do Editors. Słuchało się ich z zaciekawieniem. Już teraz obiecuję, że sięgnę po ich studyjne albumy. Warto!

Gwiazda wieczoru, zespół Editors, na scenie pojawić miał się o 20.40. Ich przybycie zapowiedziało zgaszone światło oraz dźwięki mojego ulubionego nagrania grupy – utworu The Weight. Szkoda jednak, że nie zagrali tej piosenki, tylko od razu przeszli do reprezentanta nowej płyty, numeru Sugar. Jeśli ktoś myślał, że skoro Editors promują album The Weight of Your Love, to na cały ich występ złożą się głównie kawałki z tego krążka, mógł czuć się rozczarowany. Na początku sama byłam nieco zawiedziona, że nie usłyszę w wersji live Hyena czy What Is This Thing Called Love, ale szybko spodobał mi się pomysł odbycia muzycznej podróży po wszystkich czterech płytach chłopaków. Z debiutanckiego The Back Room bawiliśmy się m.in. przy Munich, Someone Says oraz Fingers In The Factories. Z An End Has a Start grupa przypomniała m.in. Bones, The Racing Rats i Smokers Outside the Hospital Doors. Sympatyków płyty In This Light and on This Evening na pewno zadowoliło You Don’t Know Love, Bricks and Mortar oraz Papillon, które sprawiło, że nie było ani jednej osoby, która stałaby spokojnie w miejscu. Ogień. Po prostu.

Osobny akapit muszę poświęcić wokaliście zespołu. Tom nie tylko śpiewał znakomicie, ale i grał na gitarze (raz akustycznej, raz elektrycznej) oraz pianinie. Nie stał w miejscu, ale szalał po całej scenie. Czuć było, że koncerty sprawiają mu ogromna frajdę i bawi się podczas nich tak samo wyśmienicie jak publiczność. A to potraktował swoje pianino jako podest, a to przewrócił stojak od mikrofonu. Podczas koncertu mówił nie dużo. Ograniczał się jedynie do dziękuję i krótkich pytań, czy dobrze się bawimy. Bardzo podobała mi się jego gestykulacja oraz mimika twarzy podczas wykonywania wszystkich utworów. Trudno było odwrócić od niego wzrok.

Gdyby ktoś się mnie zapytał, czy wybrałabym się na koncert Editors ponownie, inna odpowiedź niż pozytywna nie wchodziłaby w grę. Wprawdzie w swoim życiu nie zaliczyłam nie wiadomo jakiej liczby koncertów, ale ten zapamiętam na zawsze. Dawno tak dobrze się nie bawiłam. Nogi bolą, gardło boli. Ale było warto. Bez dwóch zdań.

Poznański koncert Editors nie był ich jedynym w naszym kraju. Już 28. zagrają w Warszawie, a dzień później w Krakowie. Tak więc – po bilety marsz!

SETLISTA:

  1. 1. Sugar
  2. 2. Someone Says
  3. 3. An End Has a Start
  4. 4. Munich
  5. 5. Bones
  6. 6. Eat Raw Meat = Blood Drool
  7. 7. Two Hearted Spider
  8. 8. You Don’t Know Love
  9. 9. Blood
  10. 10. Formaldehyde
  11. 11. Bullets
  12. 12. A Ton of Love
  13. 13. The Phone Book
  14. 14. Like Treasure
  15. 15. The Racing Rats
  16. 16. Fingers in the Factories
  17. 17. Smokers Outside the Hospital Doors
  18. 18. Honesty
  19. 19. Bricks and Mortar
  20. 20. Nothing
  21. 21. Papillon