Hasło „Czasem zabawnie, ale nigdy śmiesznie”, które nieodłącznie towarzyszyło Sławom w erze Ludzi Sztosów, w przeciągu tych dwóch lat niewątpliwie uległo ewolucji. Teraz zrobiło się trochę bardziej dojrzale, nieco poważniej, lecz w kwestii światopolądowej niewiele się zmieniło i panowie nadal nie chcą brać życia całkiem na serio. Czy to źle? Bynajmniej. Uwolnijmy się od jarzma cyferek – oto Dandys Flow.

O zblazowanym pokoleniu i nie tylko.

To nie tak, że Jaro i Rado na siłę próbują całkowicie wyzbyć się swojej dojrzałości. Owszem – wersy typu „Jedni robią trueschool, a my? Robimy głupoty” mogą na to wskazywać, niemniej należałoby spojrzeć na pewne rzecz z innej strony. Być może daleko idące interpretacje można rozbić o kant tyłka, ale w moim odczuciu Dandys Flow jest swego rodzaju odpowiedzią duetu na otaczający ich krajobraz oraz sposobem na przystosowanie się do aktualnego stanu przestrzenno-psychiczno-fizycznego. A ten wyraża się głównie w liczbach, bo według wielu trzy dyszki na karku to najwyższa pora na stabilizację, branie kredytów we frankach i częstsze wizyty u dentysty, ale kto powiedział, że to akurat wiek ma dyktować warunki gry?!

Przede wszystkim, na najnowszym krążku podoba mi się podejście chłopaków do spraw prostych, które w znacznej większości nie wymagają rozdmuchiwania. Co z tego, że weźmiesz do ręki kielona, gdy ona akurat pudruje nosek? Czy to problem, że nie każdy musi mieć stały etat, aby zapewnić sobie byt? Kim do cholery są ci tzw. recenzenci, aby dawali sobie przywilej oceniania innych? Niby są to rzeczy naprawdę błahe, ale współcześnie ludzie nie o takie drobnostki potrafią rozpętać wojny.

Jaki jest powód takiego stanu rzeczy? Tutaj też z odpowiedzą przychodzą Sławy, gdyż ich obserwacje, chociażby z Cateringu czy Piotra Pana, bezpośrednio punktują przyczyny. Zblazowane pokolenie młodych ludzi otacza się coraz większą liczbą wygód i „niezbędnych” gadżetów, przez co staje się coraz bardziej zachłanne i wymagające. A jeżeli czegoś im zabraknie, to konflikt wisi w powietrzu i pojawiają się wspomniane wyżej „gównoburze”. Jest to współczesny model młodzieży wchodzącej w niewolnicze życie dorosłe, gdzie rzeczywistość bywa brutalna i bycie korpo szczurem okazuje się jedyną szansą na opłacenie wymarzonego barbera, zamówienie pudełkowego jedzenia do biura i wynajęcie upragnionego trenera personalnego.

Ale Dandys Flow to nie tylko krytyka dorosłych bananowców. To także przyznanie się do własnej dojrzałości, otwarcie się na tematy wcześniej ledwie muskane, w których na pierwszy plan wybija się kwestia relacji damsko-męskich. Nie jest to bynajmniej hasło przewodnie płyty, ale w wydaniu Jara i Rado jest to na tyle nieprzeciętne, że trzeba o tym wspomnieć. Pierwsze w kolejce stoi Zabierz mnie gdzieś, które jest hiperbolą współczesnych „lasek” w pełnym tego słowa znaczeniu, gdyż to właśnie tu wytykane są niektóre z tych rzeczy denerwujących nas – samców – w płci przeciwnej, czyli samicach. Nieco inne podejście do tematu prezentuje natomiast Estrogen, gdzie panowie mówią, że życie z kobietą jest doprawdy ciężkie, ale bez niej obok jest jeszcze ciężej. Dlatego naszym obowiązkiem jest wspieranie dam w ich wyborach, podsycając jednocześnie tlący się żar ogrzewający związek. O tym w dużym skrócie mówi właśnie męska odpowiedź na Testosteron Kayah.

Ale najlepsze w tym wszystkim jest to, że pomimo niewątpliwego kroku postawionego w przód przez Dwóch Sławów, zachowali oni przy tym swoje stare, dobre, cwaniackie zagrywki. Mowa tutaj o lekkim naśmiewaniu się ze środowiska rapowego (może dlatego były te problemy z feat’ami), dodawaniu ciekawych porównań i hashtagów z wszelkich dziedzin życia, a także wpleceniu jakiejś „kurwy” czy innego przekleństwa między wersami (lub nawet oparciu całej piosenki o koncepcję wkurwu – patrz !#@%& (Furia)).

Na koniec słów kilka o bitach, bo tutaj także sporo się dzieje. Podkłady są bardzo zróżnicowane, gdyż obok imprezowego bangiera, jakim niewątpliwie jest Pengaboys, na płycie znajdziemy również mocno osadzony w tłustym rytmie i klasycznych skreczach kawałek Bo nie odmienisz; z drugiej strony otwierający całą płytę utwór Catering, który wiezie się pomału niczym gimbaza w czarnym Golfie, już dwa numery później ustępuje żwawo galopującej melodii z ATCS. Mogłoby się wydawać, że płyta jako całokształt jest mocno imprezowym tworem, bo oprócz szybkich puknięć w stylu „umcy-umcy” znajdziemy na niej różnorakie elektroniczne wstawki rodem z Tommorowlandu, niemniej tempo krążka oscyluje od niskich wartości do tych bardziej żywych, przez co nawet gdy w duszy hula taniec i zabawa, to z równym powodzeniem można by tą płytą urozmaicić gimnazjalistom ich powolną przejażdżkę. Pytanie tylko ile oni wyciągnęliby z gęsto przekminionej warstwy lirycznej? Bo ja z każdym następnym przesłuchaniem wyciągam kolejne smaczki, a droga ta zdaje się nie mieć końca. I chyba o to chodzi we współczesny rapie, czyż nie?

PRZEGLĄD RECENZJI
Ocena końcowa
9
PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułPoznaliśmy kolejną artystkę tegorocznego Open’er Festival
Następny artykułNowy utwór: Blondie – My Monster
Michał Szum
Pasjonat muzyki, wielbiciel sportu, miłośnik nauki, kucharz amator. W wolnych chwilach publicysta na All About Music :)