Dział Publicystyka Dream Wife – Dream Wife (2018), recenzja Karoliny Młynarskiej

Dream Wife – Dream Wife (2018), recenzja Karoliny Młynarskiej

Trafiłam na Dream Wife, gdy przeglądałam Spotify w poszukiwaniu nowych, interesujących dźwięków. Włączyłam płytę i po jakimś czasie pokiwałam głową z uznaniem. Egzamin na dobre pierwsze wrażenie zdany celująco – wyraziste, rockowe brzmienia wydawały się całkowicie trafiać do mojego wybrednego ja. Z chęcią więc zabrałam się do uważnego wysłuchania całego materiału z nadzieją, że odkryłam zespół godny wszelkiego zainteresowania. I zasadniczo tak jest, choć znalazłam kilka drobnych „ale”.

Dream Wife to trzy kobiety – Alice, Bella i Rakel – które poznały się na Uniwersytecie Brighton i postanowiły założyć kapelę. Swoją twórczość określają jako „pop rocking punk” i jest to całkiem trafny opis. Na płycie zatytułowanej po prostu Dream Wife nie znajdziemy ani jednej wolnej piosenki, każdy utwór jest prawdziwą energiczną bombą, a wyraźne gitary walczą z perkusją oraz specyficznym wokalem o uwagę słuchacza. Naprawdę dużo się tu dzieje, jednak nie ma tutaj chaosu, od którego mogłaby rozboleć głowa.

Muzycznie grupa wypada bezbłędnie. Rockowo-punkowe granie okraszone jest nutką kobiecej finezji, dzięki czemu te dźwięki nie są za ciężkie i dobrze się ich słucha. Jest głośno, chwilami krzykliwie i szalenie, jednak fani takich klimatów będą zadowoleni. Pod względem brzmieniowym szczególną uwagę warto zwrócić na Kids, Fire czy Spend The Night. Natomiast mam bardzo mieszane uczucia, jeżeli chodzi o warstwę tekstową. Odnoszę wrażenie, jakby artystki miały pomysł do pewnego momentu, a później, gdy już się wyczerpał, postanowiły dokończyć teksty, powtarzając albo tytuł, albo poszczególne zdanie. Co gorsza, takie poczucie niedopracowania towarzyszy przez zdecydowaną większość czasu trwania albumu.

Najwięcej zastrzeżeń mam do wokalu. Nawet nie chodzi o względy techniczne, ponieważ pod tym kątem nie można mu nic zarzucić. Niemniej on sam w sobie jest niesamowicie… drażniący. Chwilami wręcz irytujący i nie do zniesienia. Dodatkowo wokalistka ma pewną manierę, którą jest specyficzna wymowa konkretnych słów oraz dziwna akcentacja. Oczywiście mam na uwadze fakt, że artystki pochodzą z Wielkiej Brytanii, jednak w niektórych momentach ten zabieg brzmi po prostu groteskowo i komicznie (Taste, Somebody). Jeżeli takie silenie się na wyraźne przerysowanie artykulacji słów jest celowym manewrem, to jest on całkowicie udany, ja jednak tego nie kupuję. Im dalej zagłębiałam się w album, tym bardziej ten głos mnie wkurzał i jednocześnie psuł odbiór piosenek.

Jestem rozbita i patrzę na ten album dwojako – warstwa muzyczna jest bez zarzutu, słychać w niej pewien powiew świeżości, niemniej nie mam ochoty do niej wracać właśnie przez wokal. Może to kwestia przyzwyczajenia i osłuchania się z osobliwością tego głosu, nie przeczę. Zwłaszcza że znalazłam na płycie pojedyncze kompozycje, w których śpiew nie przeszkadza mi aż tak bardzo – mowa tutaj o ostrym Act My Age, ognistym Fire czy posiadającym świetny bit Spend The Night.

Pomimo moich ogólnych wrażeń oraz być może czepliwości myślę, że Dream Wife nie jest złą płytą. W internecie zbiera same bardzo pozytywne opinie, zespół rusza niedługo w dużą trasę koncertową, więc z pewnością warto zapoznać się z tym materiałem, bo przypuszczalnie Dream Wife stanie się wkrótce rozchwytywaną grupą, o której będzie naprawdę głośno. Nie zdziwię się, jeżeli tak się stanie, bo potencjał na zostanie światowej klasy muzykami te dziewczyny mają. Osobiście na tę chwilę nie podzielam zachwytów, ale też nie wyrzucam z pamięci tej płyty – a nuż się do niej przekonam?

Karolina Młynarskahttp://po-sluchaj.blogspot.com/
Studentka filologii polskiej. Miłośniczka literatury, tenisa, grafiki komputerowej, Warszawy i historii XX wieku. Najczęściej słucha polskiej muzyki rockowej, alternatywnej i elektronicznej, choć nie lubi się ograniczać.

Popularne