Dział Publicystyka Dita Von Teese - Dita Von Teese (2018), recenzja Christiana Cieślaka

Dita Von Teese – Dita Von Teese (2018), recenzja Christiana Cieślaka

Znalezione obrazy dla zapytania Dita Von Teese album (2018)Jak to mawiał, a dokładnie śpiewał klasyk, każdy śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej… W przypadku Dity Von Teese oraz jej debiutanckiego krążka, trudno nawet powiedzieć czy mamy do czynienia ze śpiewaniem w klasycznym znaczeniu tego słowa. Jednak z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że tak jak w sztuce burleski, bohaterka dzisiejszej recenzji w świecie muzyki również nie ma sobie równych.

Dita Von Teese już od dobrych paru lat romansuję z muzyczną sceną. Zaczęło się od związku z jedną z najbardziej ekscentrycznych postaci popkultury XXI wieku, czyli Marylinem Mansonem oraz występem w jego dwóch teledyskach do utworów mOBSCENE oraz (s)AINT z płyty The Golden Age of Grotesque. Po dziesięciu latach, Teese wróciła do świata muzyki, towarzysząc londyńskiemu duetowi Monarchy nie tylko w klipie do ich utworu Disintegration, ale i użyczając w nim swojego eterycznego głosu. Do dziś, poza swoim debiutem, udało się jej także współpracować z grupą Die Antwoord, czy Thirty Seconds to Mars. Nie dziwi mnie więc fakt, że Dita Von Teese w końcu zdecydowała się na ten szalony krok i postanowiła stworzyć coś zupełnie swojego. W tym celu, do współpracy nad debiutanckim krążkiem zaprosiła francuskiego kompozytora Sébastiena Telliera, który jest w pełni odpowiedzialny, zarówno produkcyjnie, jak i twórczo, za powstanie albumu pod tytułem Dita Von Teese.

Co przemawia na plus temu tworowi, to fakt, iż jest muzycznie spójny. Do ręki, niedosłownie, dostałem dziesięć utworów, które nie są kompilacją kilku muzycznych pomysłów wokalistki na to jaka chciałaby być w następnych latach swojej kariery. Otrzymałem za to kompletną fantazję na temat tego, jak naszą gwiazdę postrzega rzeczywisty autor tego albumu, czyli wspomniany już Sebastian Tellier. Doceniam fakt, że Dita Von Teese nie zatrudniła sztabu ludzi do powstania każdej pojedynczej piosenki, jak to czasem ma miejsce w współczesnym produkowaniu muzyki, lecz postawiła na jedną osobę, co mogło skończyć się różnie. Albo kompletną monotonią i miałkością, albo czymś przemyślanym i miłym w odbiorze. W przypadku Dita Von Teese otrzymałem to drugie, czyli bardzo intrygujący album, którego słuchanie sprawia mi pewną przyjemność i poczucie, że był tworzony w równie przyjemnej atmosferze.

Po względem muzycznym i produkcyjnym nie mam żadnych zastrzeżeń. Każdy utwór jest dopieszczony w każdej pojedynczej nutce wydobywającej się z syntezatora na którym gra Sebastian Tellier. Trzeba przyznać, że są to kompozycje na najwyższym muzycznym poziomie i spokojnie mogłyby konkurować z produkcjami z amerykańskiej fabryki hitów numer jeden. Nie można ich określić jako nudne (może oprócz La vie est un jeu i Saticula), ani nie ocierające się o sztampowe popowe brzmienia, a wręcz przeciwnie. Mamy przyjemność słuchać elektronicznych ballad rodem z jakiegoś fabularyzowanego filmu erotycznego osadzonego w niedalekiej przyszłości roku 2030, co w dziwny, ale jednak trafny sposób wpasowuje się w obraz Dity Von Teese jako jednej z ikon świata burleski. Najbardziej do gustu przypadły mi dwie kompozycje – Sparkling Rain oraz Fevers and Candies, które najbardziej i najlepiej przedstawiają niebanalną postać wokalistki. Tekstowo określiłbym Dita Von Teese jako odzwierciedlającym umiejętności naszej gwiazdy, co znaczy, że nie są one zbytnio ambitne pod tymże względem. Zresztą wydaje mi się, że i tak nie będziemy przywiązywać do nich szczególnej wagi podczas delektowania się dźwiękami tego albumu.

W istocie Dita Von Teese nie ma większych wad, jednak niestety to sama Dita Von Teese jest jego największą bolączką. Nie oszukujmy się, ona nie śpiewa i myślę, że nigdy te robić nie będzie jak Beyonce, czy Adele, więc też trudno oceniać ten album jako dzieło zwiastujące jakąś poważniejszą muzyczną karierę. Natomiast jako spełnienie marzenia samej Dity Von Teese, to muszę przyznać, że jej płyta jest satysfakcjonującym doświadczeniem na najbliższe dni i tygodnie, może miesiące. Jeśli macie ochotę na lekkie i niezobowiązujące odprężenie przy lekko erotycznych kompozycjach, a nie chcecie ponownie słuchać już znanych wam dobrze utworów, to Dita Von Teese jest właśnie dla was.

Popularne

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.