Daniel Bloom - Lovely Fear
  • Data premiery:
    16 10 2015
  • Wytwórnia:
    Warner Music Poland
  • Gatunek:
    muzyka elektroniczna, synth-pop
  • Single:
    Katarakta, How We Disappear
Najlepsze utwory:
Lovely Fear, Katarakta, Addicted
Najsłabsze utwory:
-

Czasem bywa tak, że album ma tyle zalet, że nikt nie skupia się na wadach. Czy to źle? Nie mam pojęcia. Na debiut producencki Daniela Blooma trzeba było czekać. Niektórzy nawet twierdzą, że bardzo długo. Jednak czymże jest czas w procesie tworzenia? Bez problemu mogę stwierdzić, że… niczym. Niczym, gdy w grę wchodzi album, który można słuchać godzinami. Bez przerwy. A wspomniane wady stają się sprawą drugorzędną.

Daniel Bloom to tak właściwie Daniel Borcuch, czyli polski kompozytor, producent muzyczny. Szeroka publiczność może kojarzyć go jako twórcę muzyki do uznanych polskich filmów m.in. Tulipanów (to właśnie za tę ścieżkę dźwiękową w 2004 roku otrzymał nominacje do nagrody Orłów w kategorii Najlepszy Kompozytor), Wszystko co kocham (skomponował utwory, które wykonał na pianinie Leszek Możdżer) czy Nieulotne (który debiutował na Festiwalu Sundance w USA). Oprócz tego artysta pracował przy ścieżkach dźwiękowych do różnego rodzaju filmów dokumentalnych czy spektakli teatralnych.

Po tych wszystkich zawirowaniach i tworzeniu muzyki na potrzeby innych, przyszedł w końcu czas na to, na co każdy artysta czeka najbardziej – solowy album. Debiutancki krążek Daniela Blooma zatytułowany został Lovely Fear. Swoją premierę miał 16 października 2015 roku i ukazał się nakładem wytwórni Warner Music Poland. Zaryzykuje stwierdzenie, że ta płyta ocieka wręcz niesamowitymi gośćmi. I pomimo, że znajduje się na niej tylko 8 utworów, każdy z nich w mniejszym czy większym stopniu robi wrażenie.

Daniel Bloom poprzez swój debiut zabiera nas w podróż. Nie jest to jednak byle jaka wyprawa. Zabiera nas bowiem w lata 80. i lata 90. Słychać to od pierwszych dźwięków piosenki, która rozpoczyna album. Kawałek Hungry Ghost zaczyna się spokojnie, delikatnie. Głos Jona Sutcliffe’a tworzy chilloutowy nastrój sprawiając wrażenie, że słuchamy w pewnym sensie kołysanki wzbogaconej o elektroniczne brzmienie. Muszę stwierdzić, że kompozycja ta jest uboga w środki wyrazu. Nie zrozumcie mnie źle, taka kolej rzeczy pasuje do ogólnego odczucia, które wiąże się z piosenką. Jest mało tekstu, zaplątany w kółko jest ten sam motyw, ale to łączy się na finalny produkt, który w swej powtarzalności jest wyjątkowy. Dokładnie to samo mogłabym napisać o piosence Lemon Smile.

Kolejnym numerem jest utwór Looking Foward. To właśnie tutaj sam Daniel prezentuje swoje możliwości za drugą stroną konsoli. Głęboki, męski głos przyprawia o ciarki. Tekst, pomimo iż czasami trudno nie odnieść wrażenia, że jest czytany – ma coś w sobie. Ta kompozycja jest inna. Albo się ją kocha albo nie. Trudno odnaleźć coś pomiędzy.

Dalej mamy utwór, który został drugim singlem promującym krążek. Mowa tu o How We Disappear z genialną wręcz Gabą Kulką. Jej głos idealnie wpasował się w klimat piosenki. Uspokaja, wycisza, trafia to i do słuchacza. Elektroniczne wstawki, które pojawiają się w każdej kompozycji znajdującej się na płycie, tu również odnalazły swoje miejsce. Utwór zaczyna się delikatnie i kończy się delikatnie, tworząc zamkniętą i spójną całość.

Nie darowałabym sobie gdybym nie wspomniała o Katarakcie z gościnnym udziałem Meli Koteluk. Kompozycja ta została pierwszym promującym singlem i od razu wpadła w ucho słuchaczom, intrygując i zachęcając jednocześnie do zapoznania się z całą płytą. Piosenka ta jest zdecydowanie żywsza. Daniel genialnie połączył elektronikę z niezwykłym głosem Meli. Warto dodać, że wprowadza tu świeży powiew do albumu. To, co wyróżnia Kataraktę na tle innych utworów jest to, że jest nowoczesna. Pomimo, iż cała stylistyka krążka obraca się wokół lat 80. i 90., nie czuć tego w tym konkretnym przykładzie. Tekst również zachwyca metaforami i różnego rodzaju epitetami. Kończy się inaczej niż reszta. Muszę przyznać, że jest to dość ciekawy zabieg, który pozwala sądzić, że słuchacz ma do czynienia z czymś, co się na dobre skończyło i nie ma prawa do kontynuacji.

Kolejno zachwycają dwie piosenki: Heartbreakers oraz Addicted. Obie kompozycje są owocem współpracy Blooma z Tomaszem Makowieckim. W jednym i drugim przypadku z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że Tomek wymiata! To jak modeluje swój głos jest niesamowite. Niby te dwa utwory następują po sobie, a słuchając albumu miałam wrażenie, że śpiewają je dwie różne osoby. W obu bez problemu można wyłapać te charakterystyczne dla lat 90. melodie. Heartbreakers jest szybsza, jednak przeważa tu monotonność głosu, która służy w końcowym odbiorze. Z kolei w Addicted, refren zastępują wstawki elektroniczne i synth-popowe, które pozwalają stwierdzić, że kompozycja ta jest wariacją na temat tego rodzaju muzyki. Kolejno odlicz jest piosenka tytułowa z dyskotekowym, dynamicznym i tanecznym rytmem, który w całości oddała Iwona Skwarek. Aż żal, że kawałek ten tak szybko się kończy. Czuć niedosyt.

Słuchając albumu Lovely Fear mogłabym śmiało stwierdzić, że to właśnie niedosyt jest tu słowem kluczem. Na albumie znajduje się TYLKO 8 utworów, całość trwa 36 minut. To zdecydowanie za mało, by odbyć tak niesamowitą podróż, w którą zabiera nas Daniel Bloom. Cały krążek utrzymany jest w stylu lat. 80. i 90. Artysta się tego konsekwentnie trzyma, co czuć i słychać. Słuchać tak samo, że wokale są monotonne, ale właśnie w tym ich cały urok. Pozwalają się wyluzować, odprężyć, co nie przeszkadza nawet w szybszych kawałkach. Słuchacz skupia się wtedy na warstwie instrumentalnej. I dobrze, bo tu też jest co chwalić. Połączenie elektroniki z delikatnymi głosami, synth-popowe wstawki. I te teksty! Są zdecydowanie najsilniejszą stroną albumu. Niektórzy mogliby zarzucić, że są krótkie, że generalnie jest ich mało, że przewyższa warstwa melodyczna. Tak, zgadzam się, ale pomimo tych wszystkich zarzutów warto zaznaczyć, że są ambitne, ciekawe, opowiadają jakąś historię. Historię, którą chce się słuchać nie raz, nie dwa. Dokładnie tak jak cały album, który pomimo swojej wyjątkowości nie jest przeznaczony dla wszystkich. Nie każdemu się spodoba. Jednak Ci, którzy uznają go za wart ich uwagi, na pewno się nie rozczarują.