Dział Publicystyka Coldplay - A Head Full of Dreams (2015), recenzja Joanny Gulewicz

Coldplay – A Head Full of Dreams (2015), recenzja Joanny Gulewicz

Coldplay znamy chyba wszyscy, nie będę zatem zanudzała was klasyczną prezentacją zespołu. Zróbmy to w skrócie – w zeszłym roku stuknęła im 18-tka, zgarnęli mnóstwo nagród i wyróżnień, nagrali kilka naprawdę dobrych krążków. Przede wszystkim  jednak wpuścili na brytyjską scenę sporo młodzieńczej świeżości i entuzjazmu. O ile z wydaniem poprzedniego krążka, Ghost Stories, nieco się ociągali, A Head Full of Dreams nagrywają i wypuszczają błyskawicznie. Czy aby na pewno ten pośpiech im służy? Sprawdźcie sami!

Krążek otwiera pełna życia kompozycja A Head Full of Dreams. Bazą utworu jest dynamiczna i dyktująca rytm całości perkusja. To właśnie ona nakręca bieg utworu. Wysokie, durowe i jasne dźwięki to znak rozpoznawczy Coldplay – nie mogło ich zatem zabraknąć i tutaj. Jest ciepło, przyjemnie i bardzo kojąco. Pełnię utwór osiąga oczywiście dopiero wraz z pojawieniem sie głosu Chrisa Martina. Och, czy to nie jest najsłodszy męski wokal, jaki kiedykolwiek wyszedł z ludzkiego gardła?

Zajmijmy się jednak Birds! Witają nas bardzo podobnie rozkołysane i wdzięczne dźwięki. Dzięki bardzo wysokiemu usytuowaniu gitary na pięciolinii i znacznie niższej pozycji wokalu, mamy wrażenie, że kompozycja opalizuje dźwiękiem. Wrażenie to jest dodatkowo potęgowane przez nieustanne zamienianie się pozycjami gitary i głosu. Kiedy jedno wzbija się w górę, drugie opada i odwrotnie. Dzięki temu Birds ma ten charakterystyczny coldplayowski słodko-smutny posmak. Bardzo dobry numer.

Część pochwalna powoli dobiega końca. Hymn For the Weekend zasadza się na dość prostej, nieco zbyt banalnej linii melodycznej i raczej nieciekawej sekcji wokalnej. Mam wrażenie, że artyści nie do końca wiedzieli czym ma być ten kawałek. Niby gdzieś pobrzdękują jakieś wdzięczne klawisze, tutaj znów głos rozpływa się nad taktami… Niby wszystko jak należy, a jednak połamane, pozbawione konceptu. Kiedy dobrniecie do refrenu prawdopodobnie będziecie równie rozczarowani jak i ja. Dynamiczne ni to wyziewy, ni to zakrzywi, bliskie raczej repertuarowi Kylie Minogue, niż Brytyjczykom? Proszę bardzo! Niedobrze robić tak słuchacza w konia i dawać mu nadzieję na dobry materiał, kiedy dostanie właśnie coś takiego! Podobnie sprawa wygląda w wypadku singlowego Adventure Of A Lifetime. Elektroniczny mocny beat, brak konceptu i stylistyka rodem z największych hitów… Modern Talking. No nie bardzo, nie bardzo.. Niech zresztą przemówią małpy, które są głównym tematem teledysku.

Trochę lepiej rzecz się ma z Everglow. Kojąca i niespieszna linia klawiszy, niemal niezauważalna, choć wciąż obecna perkusja i stłumiony, pół-szeptany, pół-nucony wokal. Brzmi obiecująco, prawda? Nie dajcie się wpuścić w maliny! Refren po raz kolejny jest niczym zgrzyt żelaza po szkle. Niby melodia się utrzymuje, tempo nienaganne, kołysankowe, wokal melodyjny i pełen wdzięku, ale na kilometr słychać, że na ten refren nie było pomysłu! Powtarzanie zwrotki i nieznaczne podniesienie wysokości wokalu to nie jest dobry materiał na refren i nie wnosi kompletnie nic nowego do utworu!

Fun dla odmiany to świetny numer, ale tylko dla miłośników twardego, skocznego popu. Pierwsze dźwięki mogą nas nieco zmylić i przywieść z pamięci kompozycje z X&Y. Wytłumione, minimalistyczne instrumentarium z tym charakterystycznym wyciszeniem wszystkiego w momencie wprowadzenia głosu nosi na sobie ciężar dawnych wielkich wyczynów muzyków. Utwór rozwija się dość powoli, subtelnie ubierając się w dźwięki i echa. Czekam z zarumienionymi policzkami co to będzie. Podobnie jak w wypadku kilku poprzednich kawałków refren nie przynosi nic dobrego, o ile oczekiwaliście tak jak ja eksplozji dźwięku i emocjonalnej miazgi. Nie tym razem! Tym razem jest po prostu wesoło, durowo, płasko, bez zbędnego dzielenia ścieżek instrumentalnych. Po co wypuszczać dźwięk w górę, by sam zaczął szybować, kiedy można po prostu wszystkie elementy utworu wrzucić w jedno miejsce i nałożyć na siebie. Czy to nie prostsze? Zapewne tak… Chyba jednak nie do końca takie, jakiego oczekiwaliśmy.

Drobny klawiszowy przerywnik – Kaleidoscope stanowi pewnego rodzaju linię demarkacyjną, dzielącą to, co w jakiś sposób przypominało dawną twórczość Coldplay od tego, co już kompletnie nie jest do niej podobne. Oczywiście możecie się oburzyć, bo ostatecznie Army of One ma ten charakterystyczny coldplayowski rys ciągłego unoszenia się na pięciolinii i wysokorejestrowy, rozlewający się nad utworem wokal. Macie rację, faktycznie tak jest. Na tym również się kończy. Potem dostajemy już tylko dużo, naprawdę bardzo dużo elektroniki, ale tej niższych lotów, takiej niezdecydowanej czy ma być minimalem, housem, czy może jednak zbliżać się do dubstepów. Któż to wie? Na pewno nie artyści.

Płyta jest dość nierówna i szczęśliwie kiedy już całkowicie tracimy nadzieję, dostajemy coś takiego jak Amazing Day. Prosty, melodyjny i pełen lekkości kawałek. Niespieszna linia gitary, subtelnie zarysowana ścieżka perkusji, która jednak cały czas napędza utwór i rozmarzony, senny wokal. Z tym charakterystycznym błyskiem – łagodnym oscylowaniem między durem i molem, nieznacznymi zmianami wysokości dźwięku. To chyba najbliższy dawnej twórczości zespołu utwór. Wdzięczny i ujmujący prostotą. Podobnie został skonstruowany zamykający krążek kawałek Up&Up.

Wierzcie mi – podejście do tego albumu z krytycznym, chłodnym umysłem wymagało ode mnie nie lada poświęcenia. Coldplay to zawsze był jeden z tych zespołów, który mimo prostoty i stronienia od skomplikowanych rozwiązań technicznych coś zmieniał, zostawiał pewną tęsknotę, zmuszał do refleksji. Pierwsze dwa albumy w moim odczuciu  należą do krążków, które coś zmieniły nie tylko we mnie, ale i w muzyce. Tajemnicą jednak nie jest, że od X&Y  Brytyjczycy coraz bardziej zanurzali się w muzycznym mainstreamie i siłą rzeczy gdzieś zgubili swój dawny blask, to nieuchwytne coś, co sprawiało, że ich kompozycje się zapamiętywało. Niestety album A Head Full of Dreams zapamiętania godny nie jest. Warto go jednak poznać, choćby z uwagi na takie utwory jak Birds, czy tytułowe A Head Full of Dreams.

Joanna Gulewicz
Pasjonatka wszystkiego, co kłopotliwe i niespotykane.

Popularne