Grupa happysad ma za sobą tyle samo zwolenników co wrogów. Nie raz słyszałam komentarze, że to zespół dla nastoletnich dziewczynek. Jednak ostatnią płytą Ciało Obce grupa pokazała, że bezwzględnie stała się już częścią polskiej muzyki alternatywnej. Właśnie przy okazji premiery tego krążka happysad wyruszyli w trasę koncertową. Nie zabrakło na niej stolicy, gdzie wyprzedany klub Palladium, w piątkowy wieczór zamienił się w zgromadzenie najlepszej publiczności, która miała okazję podziwiać obrazek Ciała Obcego w pełnej krasie.

Zanim jednak na scenie pojawiła się główna gwiazda, publiczność przez 2h rozgrzewały supporty. W rolę pierwszego wcieliło się młode trio Tekno, gdzie obok basisty Tomasza Płonki oraz gitarzysty Jacka Perkowskiego, za bębnami zasiada jednocześnie wokalista bandu Piotr Tokarski. Tekno bezwzględnie porwali publiczność w swój świat. Podobnie stało się podczas koncertu bezpośrednio poprzedzającego występ happysad. Ta przyjemność trafiła się grupie Hot Water, która w nieco spokojniejszy, jednak równie ciekawy sposób przeprawiła się przez sztukę, prezentując między innymi utwory ze swojej najnowszej płyty Elektryczny Kot.







Później nadeszła już pora oczekiwań na tych, dla których Palladium wypełniło się po brzegi. Kilkanaście minut po 21 rozpoczęło się odliczanie. 10…9…8… i tak aż do -1! Wtedy rozbrzmiały dźwięki utworu, który zarówno rozpoczyna najnowszy krążek happysad, jak i stał się wprowadzeniem do przepięknego show. Zaraz usłyszeliśmy Dłoń oraz Nie umiem kłamać, nadal prezentujące najnowszy materiał zespołu.



Chwilę później przyszła pora, aby powrócić do wcześniejszych kompozycji jak Tańczmy, Bez znieczulenia, czy Mów Mi Dobrze. I od tej pory nowe utwory przeplatały się z najbardziej znanymi kompozycjami, z całego przekroju dyskografii grupy. Ze sceny bowiem wybrzmiały m.in.: Na ślinę, Pętla, Łydka, W piwnicy u dziadka oraz nieśmiertelne Zanim Pójdę. Obok nich stanęły XXM, Dług, Idę, czy tytułowe Ciało Obce. Koncert przed bisem zakończyła niezwykle klimatyczna kompozycja Medellin. Po bardzo krótkiej przerwie zespół ponownie pojawił się na scenie prezentując utwory Nadzy na Mróz, Nie ma nieba oraz Powódź dekady. Jednak i to nie był jeszcze koniec. Ku radości publiczności po prawie dwóch godzinach koncertu usłyszeliśmy drugi bis w postaci Heroiny.

 





25 utworów, 2h muzyki happysad i to, co na tych koncertach mam wrażenie tworzy z nich pełny obrazek – atmosfera. Zespołowi nie potrzeba zbytecznych rozmów z publicznością. Rozmawiają z nimi muzyką, a słuchacze bezapelacyjnie pięknie odpowiadają im na te słowa, wspólnie tworząc dialog idealny. Atmosfera jaka panuje na koncertach happysad jest zdecydowanie jedyna w swoim rodzaju. Nie ma znaczenia, czy grupa występuje w małym klubie, czy na wielkiej woodstockowej scenie. Symbioza jaka panuje pomiędzy sceną, a tym co przed nią, jest marzeniem każdego artysty. W końcu to takie przyjemne, kiedy nie trzeba mówić ani słowa, a publiczność sama wyśpiewuje każde słowo wszystkich utworów, do tego skacząc aż do nieba.





Koncert happysad to bezkonkurencyjne połączenie dźwięku, światła (ukłony Panie realizatorze !!) i atmosfery, która warta jest przeżycia chociaż raz. Charyzma Kuby Kawalca, w połączeniu z perkusyjnym szaleństwem Jarka Dubińskiego, czy saksofonowymi solówkami Michała Bąka jest nadzwyczajnym obrazkiem. Bez względu na to czy jest się fanem tej grupy, w ten niesamowity klimat wpadnie każdy, obecny pod sceną słuchacz.





ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here