Oh, Christina, oh Aguilera. Co żeś ty najlepszego zrobiła?  Trzeba było nagrywać to, na co masz ochotę, a nie  wyszedł krążek poprawny i dobry, ale oczekiwałem więcej… W sumie to chyba mi samemu ciężko  by było jednoznacznie określić czego się spodziewałem po tym krążku.

To the sky, I rise. Spread my wings, and fly. I leave the past behind. And say goodbye to the scared child inside. I sing for freedom, and for love. I look at my reflection. Embrace the woman I’ve become. The unbreakable lotus in me. I now set free…

Welcome to My Revolution

Na samym wstępie – jak w większości recenzji – akapit o Bionic. Kocham Bionic. Każdą kolejną piosenkę począwszy od tytułowego Bionic i kończąc na bonusach z płyty Deluxe. I mam w dupie wyniki sprzedaży, był to jeden z najlepszych albumów roku 2010 i basta. Bo jakże inaczej nie można docenić takich perełek jak You Lost Me, Lift Me Up czy magicznego Birds of Prey? Tanecznych Desnudate, Prima Donna czy Vanity? Oj, to recenzja nie tego albumu, ale o Bionic mógłbym pisać i pisać. Istne arcydzieło.

Jesteśmy jednak przy Lotusie, symbolizującym Aguilerę, która ma otrząsnąć się z tragicznych wyników sprzedaży i wznieść się niczym feniks. W sumie Feniks byłoby ciekawszym tytułem, ale również może trochę przewidywalnym. Tak czy siak, tytuł jest fajny, okładka już nie. Ale przecież nie oceniam albumu po tytule i okładce. Przejdźmy do zawartości muzycznej.

A ta podzieliła moje zmysły muzyczne. Bo z jednej strony jest super, czekałem na album, dostałem krążek, na którym kilka numerów dorównuje poprzednim dziełom artystki. Ale są też tutaj utwory, których mogłoby nie być, a wszystko składa mi się w jedną taką całość, którą określić jednym słowem można by tak: ostrożność.

Back to Beginning: Thousand Faces of Me

Aby dokładnie wyjaśnić o co mi chodzi musimy wrócić do początków kariery Aguilery. Pojawiła się na przełomie 1999/2000 roku i od razu została określona jako odważniejsza i bardziej utalentowana odpowiedź na Britney Spears. Bez przerwy obie artystki porównywano – a był to błąd, podczas gdy jedna tworzyła cukierkowy pop, Aguilera potrafiła zaprezentować takie cuda jak I Turn to You czy debiutanckie Reflection. Spears tego by nie zaśpiewała. Christina Aguilera raz, a dobrze chciała zakończyć wszelakie spekulacje i docinki i w 2002 roku wydała Stripped. Stripped, która wywołało skandal, zgorszyło wielu, ale jednocześnie pokazało, że Aguilera artystką wielką jest i kropka. Przyniosło jej również pierwsze Grammy – za Beautiful. A Spears siedziała w kącie i śpiewała Oops!…I Did It Again. Cztery lata później Christina Aguilera zrobiła to znów. Wydała Back to Basics, pokazując, że nie jest jedynie popową piosenkareczką, która pokazuje w teledyskach co nie co. Jest divą o potężnym głosie, która i w popie, i w jazzie czuje się doskonale. Kolejne cztery lata i kolejny krok w życiu Christiny – Bionic, czyli romans z elektroniką. Genialny album – i zgadzam się z tegorocznym komentarzem Aguilery – album wyprzedał swój czas. Krytyka chyba nie była gotowa na taki album. A spora część fanów była, bo do dziś Bionic jest chwalony. Tak więc dyskografia Aguilery to kolejne, odważne kroki, kolejny progres i postęp. Tego niestety w Lotusie się nie doczekałem.

 And now the lotus rises. We are never dyin’. Forever flyin’. And always survivin’.
  Lotus jest albumem ostrożnym. Ma coś ze wszystkich poprzednich albumów Aguilery – może za wyjątkiem epickości Back to Basics. Bo jest tutaj i odważny zadziorny pop (Shut Up, Circles) znany ze Stripped, jest i romans z elektroniką (Army of Me, Your Body, Let There Be Love) znany z Bionic. Ale nie ma tu utworu na miarę Lift Me Up czy Beautiful (Blank Page – blisko, ale to nie to), nie ma Fightera (Army of Me miało być kontynuacją tego – jest tylko w warstwie tekstowej). Nie ma też niczego podobnego do Birds of Prey – magii, którą ja bym chciał, aby Aguilera kontynuowała na tym albumie (genialna współpraca z Ladytron).

Red Hot Kinda Love, Freaky Fly Fashion

Christina Aguilera nagrała utwory, która da się lubić i da się słuchać, nie da się ich jednak wynosić na piedestały i twierdzić, że oto artystka stworzyła arcydzieło w swojej dyskografii. Takie arcydzieła już miała, a Lotus uważam za drobny krok w tył.

To wszystko jednak nie znaczy, że zaraz posypią się ode mnie niskie noty, nie.  Większość płyty na stałe trafiła do mojego odtwarzacza, tak więc jest dobrze. Najlepszymi utworami zdecydowanie są Just a Fool czy Blank Page. Po prostu w balladach Aguilerę lubię najbardziej. Ale i w energicznych kawałkach Xtina sprawdza się doskonale – tutaj na uwagę zasługuje Let There Be Love, które oczywiście ambitne nie jest, ale jako club banger – doskonałe. Od samego początku spodobało mi się również Red Hot Kinda Love. Jest inne, zupełnie inne, trochę odstaje od albumu, ale jest świetne. Zabawne, zadziorne i lekko chilloutowe.

I jeszcze te nieszczęsne Army of Me. Tekst jest znakomity – i co trzeba odnotować – w całości napisany przez Christinę, bez niczyjej pomocy. Brawo. Wątpliwości jednak można mieć do warstwy muzycznej, widziałbym to rzeczywiście bardziej w stylistyce Fighter czy Can’t Hold Us Down. Ale i tak uwielbiam ten utwór.

When you broke me into pieces, but I gave each piece a name. One of me is wiser, one of me is stronger, one of me is a fighter, and there’s a thousand faces of me and we’re gonna rise up for every time you broke me well you’re gonna face an army, army of me.

Overproduced

Są też utwory, które do mnie kompletnie nie trafiły. Wśród nich – Around the World – nijakie, proste i wtórne. Oraz – tutaj narażę się fanom Aguilery – chwalone przez większość Cease Fire. Ja tego utworu po prostu nie czuję. Podobnie jak ballady Sing for Me. Również wątpliwości mam co do duety z Cee Lo Greenem – Make the World Move. Mnie nie poruszyli, aż tak bardzo. Przy całej tej czwórce, a także przy pozostałych niektórych utworach mamy do czynienia z czymś, co po angielsku ładnie określa słowo overproduced, czyli coś a la przeprodukowany. Jest tutaj po prostu za dużo zbędnych syntezatorów, instrumentów, przerabiania głosu Aguilery itp. To coś, co na Bionic było doskonale wyważone, tutaj przekroczono już pewną granicę.

Deluxe Again, Another Shot of Whisky Please Bartender

Po raz kolejny utwory z wersji Deluxe Edition są lepsze niż niektóre kawałki ze standardowej wersji. Na Bionic to właśnie Birds of Prey, jak również świetne Bobblehead i Little Dreamer były na wersji Deluxe. Tutaj mamy wspaniałą balladę Empty Words oraz zadziorne Shut Up. Jest również Light Up the Sky, które stylistyką przypomina np. Around the World czy Sing for Me, jednak nie jest aż tak przeprodukowane, tutaj znaleziono ten złoty środek. I właśnie ta trójka utworów – Light Up the Sky, Empty Words i Shut Up powinny zastąpić na wersji standardowej odpowiednio Around the World, Sing for Me i Cease Fire.

Podsumowując – to dobry album, ale ostrożny i zachowawczy. Aguilera liczy na sukces, a sukces się jej należy. Trzymam kciuki. Nie mniej jednak – następny krok w karierze artystki? Less Is More. Christino, zrób swoje własne, Aguilerowe 21. Zrób to, co zrobiła Adele. Wyeksponuj swój cudowny głos, olej instrumenty i komputer, zostaw jedynie siebie i pianino. A, i zmień wytwórnię, bo ta żałuje pieniędzy na promocję twoich singli, albumów itd.

‚Lotus’ na All About Music