Świat zna już takie historie. Członek zespołu wykorzystuje przerwę w jego działalności i nagrywa płytę pod własnym nazwiskiem. Ciekawi zawsze, czy taki materiał będzie mniej lub bardziej wiernym odwzorowaniem tego, co tworzył z formacją, czy też projektem zgoła odmiennym, na którym nie musi chodzić na kompromisy, lecz może realizować swą muzyczną wizję. Australijski wokalista i muzyk Cameron Avery współpracował z takimi kapelami jak Tame Impala i Pond. Po solowym debiucie Ripe Dreams, Pipe Dreams nie daje po sobie poznać, że doświadczenie zdobywał w grupach specjalizujących się w psychodelicznym rocku czy elektronice.

Wydany w marcu bieżącego roku album ciężko jednoznacznie sklasyfikować. Najprościej chyba byłoby wrzucić go do worka z napisem „alternatywa”. Swoje kompozycje Avery ubiera głównie w orkiestrowe szaty, momentami tylko ujawniając zainteresowanie mocniejszym graniem. Ripe Dreams, Pipe Dreams luźno podchodzi do tematu „lata 50.”, a sam Cameron czasem udaje eleganckiego Sinatrę, czasem niechlujnego Bublé’a, a chwilami romantycznie zawodzi niczym Father John Misty.

Do innej rzeczywistości przenosi mnie już pierwsza propozycja Camerona, jaką jest A Time and Place – elegancka kompozycja o akustycznym wstępie, zwracająca także uwagę subtelnymi dęciakami. Pełna klasy, prosta piosenka, w którą szybko się wsiąka. Z głowy nie chce wylecieć również romantyczna ballada Do You Know Me by Heart, której melodia budowana jest głównie przez filmowe, starodawne smyczki.

Chłodny i nie okazujący emocji. Taki jest Avery w moim ulubionym numerze na płycie – przegadanym, gęstym Dance With Me. Rytmiczna perkusja zdaje się wyznaczać kolejne kroki w tym hipnotycznym tańcu u boku artysty. Bliskie sąsiedztwo tego utworu niekorzystnie wpłynęło na budujące napięcie Wasted on Fidelity. Jako singiel piosenka robiła na mnie większe wrażenie, często lądując w moich słuchawkach. Słuchając Ripe Dreams, Pipe Dreams zdarza mi się ją pomijać. Tym bardziej, że tuż za rogiem czeka Big Town Girl. W tej kompozycji jest coś rozczulającego. Łatwo poczuć, jakby śpiewający z uczuciem Cameron kierował słowa utworu do każdej big town girl, która trafiła na ten kawałek.

Warto sięgnąć po An Ever Jarring Moment, będące trochę takim best of, o wstępie powielającym pomysł Do You Know Me by Heart, szczodrze polukrowanym smyczkowymi motywami i jeszcze bardziej zwalniającym w refrenie. Nad zwrotkami (a szczególnie początku każdej z nich) delikatnie unosi się duch Hold On Toma Waitsa. Świetnie wypada nostalgiczne, tęskne C’est toi (a może raczej „Baby It’s You”), które widziałabym na poprzedniej płycie Father John Misty. Mniej do gustu przypadło mi zwyczajne, gitarowe Disposable, budowane przez lekko płynące zwrotki i nużący, nijaki refren.

Miałam dobre przeczucia co do Ripe Dreams, Pipe Dreams, kiedy tylko usłyszałam po raz pierwszy Wasted on Fidelity. Cameron Avery to facet z klasą, posiadający swoją mroczną naturę. Jego debiutancki solowy krążek jest płytą… ładną. Nieprzesadnie emocjonalną, niezbyt rewolucyjną, ale za to urokliwą i czarującą aranżacjami. Dawno żadnego albumu nie słuchałam w takim skupieniu. Ciekawe, ile jeszcze zespołów skrywa w swoich składach takie talenty.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułThrowback Thursday #78: Bajm – Dwa serca, dwa smutki
Następny artykułNowe ogłoszenie Capital of Rock
Zuzanna Janicka
Lat 22, studentka Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu. Wielka pasjonatka muzyki, potrafiąca odnaleźć coś ciekawego w każdym gatunku. Autorka strony The-Rockferry, na której oprócz recenzji płyt znaleźć można całą masę innych muzycznych artykułów.