Trzeci solowy album Beyoncé zatytułowany I Am… Sasha Fierce był jednym z największych sukcesów w latach 2008-2009. Olbrzymia kampania promocyjna przyniosła mnóstwo korzyści w tym najważniejsze – 6 nagród Grammy. Potem Bey odeszła na krótkie wakacje, po czym w roku 2011 wraca z nowym krążkiem o prostym tytule 4. Oczekiwania były olbrzymie.

I oczywiście – jak można było się spodziewać – Ms. Knowles zdecydowanie im sprostowała. Pierwszym singlem promującym album jest żywiołowe Run the World (Girls). Początkowo ten utwór nie przypadł mi do gustu. Fakt, że nie jest to do końca oryginalna kompozycja, bo wykorzystuje sample z innego również nie przemawiała na jego korzyść. Jednak jest to tzw. grower, czyli dopiero z czasem można się przekonać do tej piosenki. Potem poznaliśmy End of Time (które wyciekło do internetu pod niepoprawnym tytułem Till the End of Time) i tu już było lepiej, skoczny, przebojowy, bardzo w stylu poprzedniej płyty. Jakież zaskoczenie było, gdy Beyoncé zaprezentowała dwie ballady – singiel promocyjny 1+1 (fenomenalnie zaśpiewany na żywo podczas finału American Idol) oraz oficjalny, drugi singiel Best Thing I Never Had. Kompletne odejście od stylistyki pierwszego singla, mocny, charakterystyczny wokal.

I właściwie taka cała jest płyta – bardziej jak 1+1 i Best Thing I Never Had. Bardziej klasyczny album, z mocnym głosem, mnóstwem nawiązań do lat 70. i 80, brzmienia retro, funky… Zakochałem się w tym albumie i mogę zaryzykować stwierdzenie, że jest lepszy od poprzedniego i najlepszy w karierze piosenkarki. Może to, dlatego, że nie spodziewałem się czegoś aż tak dobrego – bardziej kontynuacji I Am… Sasha Fierce. Beyoncé postawiła na coś kompletnie nowego, zrobienie prostego, ale urzekającego i mocnego albumu. Dla mnie prawdziwym majstersztykiem jest np. utwór Love on Top, gdzie artystka bodajże 3 czy 4 razy podbija swój wokal i śpiewa coraz wyżej. Kocham cudowne odliczanie w Countdown (zdecydowanie materiał na singiel!), nikt tak pięknie nie mówi ile to jest jeden plus jeden w balladzie 1+1. Uwielbiam refren w I Care – prosty i trochę naiwny, ale cudownie zaśpiewany, urzeka I Miss You. W końcu Rather Die Young, które brzmi tajemniczo, trochę jak piosenka do filmów o Bondzie oraz ballada I Was Here napisana przez Diane Warren i określana przez nią, jako jeden z jej najlepszych utworów (a przecież napisała takie hity jak I Don’t Want to Miss a Thing Aerosmith, Because You Loved Me Céline Dion, Un-Break My Heart Toni Braxton czy ostatni zwycięzca Złotego Globa You Haven’t See the Last of Me Cher).

Uff, pisałbym i pisał, ale to naprawdę bardzo dobry krążek, z którym jak najbardziej polecam się zapoznać. Słucham go już od kilkunastu dni i przestać nie mogę. Jedyny utwór – o którym nie napisałem tu ani słowa – a to dlatego że mi się nie podoba, to Party z gościnnym udziałem André 3000 z Outkast. Oczekiwałem czegoś naprawdę na party, a tu bardziej taki spokojny, chilloutowy utwór, mi się po prostu nie podoba, tyle. Reszta jest niesamowita i kocham ten album. Mam nadzieję, że poradzi sobie znakomicie na wszelakich Billboardach, notowaniach, zestawieniach, a przede wszystkim na Grammy.