Jako, że jest to moje pierwsze tak profesjonalne podsumowanie roku, toteż pokusiłem się w nim o dość spory rozrzut gatunkowy. Jest sporo rocka, trochę rapu, nie zabraknie też czegoś popowego oraz dobrej polskiej muzyki. Dodatkowo wpadłem na pomysł podsumowania A.D. 2015 pod kątem EP’ek, ciekawych wydarzeń muzycznych, a także audio zapowiedzi nadchodzących premier. Największym zaskoczeniem będzie jednak dis… sprawdźcie sami!

Słowem wstępu chciałbym jeszcze dodać, że ten roku nie obfitował niestety w moim odczuciu w wiele spektakularnych wydawnictw. Muzyka robi się coraz bardziej płaska, gatunki muzyczne się zacierają, więc ciężko w tym wszystkim o odrobinę oryginalności. Moje zestawienie powstało po rozpatrzeniu trzech kryteriów: czy dany album wywołał we mnie jakieś uczucia, czy często do niego wracałem i czy wniósł on coś ciekawego do muzyki. W ten sposób wykrystalizowała się lista 25 płyt, które zdominowały w moim mniemaniu 2015 rok. Oto one.

NAJLEPSZE ALBUMY 2015 ROKU

#25. Bryan Adams – Get Up!

Bryan Adams - Get Up!
Moje zestawienie rozpoczynam od płyty, na którą natrafiłem dość przypadkowo w jednym z gdańskich pubów. Co prawda przypadek jest moim prywatnym synonimem roku 2015, jednak mało z nich kończyło się czymś tak pozytywnym, jak w tym wypadku. Nie powiem, że jestem wielkim fanem Bryana Adamsa i że znam całą jego dyskografię, jednak m.in dzięki Get Up! nieco bardziej przekonałem się do jego twórczości.

#24. Rasmentalism – Wyszli Coś Zjeść

Jako, że jest to pierwsza rapowa płyta w tym zestawieniu, toteż przy tej okazji zaznaczę od tego, że rok 2015 w wykonaniu polskich MC’s był raczej dość przeciętny. Parę ciekawych projektów szykuje się już na 2016 rok, w tym nowa płyta Rasmentalism, jednak poprzedni miał parę swoich wzlotów. Takim pikiem było właśnie Wyszli Coś Zjeść duetu Ras i Ment. Być może i Za Młodzi… było lepszym wydawnictwem, ale specyficzny klimat najnowszego dzieła także przypadł mi do gustu.
Rasmentalism - Wyszli Coś Zjeść

#23. Fall Out Boy – American Psycho/American Beauty

Fall Out Boy
Po nowatorskim (jak na Fall Out Boy) Save Rock and Roll i robionym w moim odczuciu na siłę PAX AM Days, przyszła pora na coś z innej beczki. Chociaż może stwierdzenie inna beczka jest tutaj niewłaściwe, bowiem American Beauty/American Psycho nawiązuje do starego, dobrego brzmienia kapeli. Nie jest to jeden z tych albumów, który urzekł mnie od pierwszego przesłuchania, ale wrócił do mnie po czasie i za to właśnie znalazł się w moim zestawieniu.

#22. Margaret & Matt Dusk – Just The Two of Us

Ten duet jest dla mnie największym popowym zaskoczeniem zeszłego roku. Do czasu wydania Just The Two of Us nie powiedziałbym, że kiedykolwiek przesłucham w całości wydawnictwo sygnowane wokalistką Margaret. Fakt – nie jest to pop w czystej postaci, bowiem bliżej temu krążkowi do jazzu(!!!), jednak muzyczne korzenie pani Małgosi sugerowałyby coś innego. Na szczęście jest to połączenie, w którym Matt Dusk jest stroną dominującą, przez co da się tego słuchać. Powiem więcej: to słuchanie sprawia nawet momentami przyjemność!
Margaret Matt Dusk

#21. Jamie xx – In Colour

Jamie xx
Pierwsza płyta w zestawieniu, na którą bardzo czekałem. A wiecie doskonale jak to jest z dużymi rzeczami mającymi dopiero nastąpić: lepiej gonić króliczka niż go złapać. W tym przypadku jednak zwierzę zostało złapane i skonsumowane z prośbą o dokładkę, gdyż płyta trzyma poziom od początku do końca. Promujące krążek Loud Places zapowiadało wprawdzie coś grubego, ale czy ktoś z Was widział kiedykolwiek 30-kilowego królika? Ja widziałem. Wróć – słyszałem. Nazywa się In Colour.

#20. Lilly Hates Roses – Mokotów

W przypadku tych młodych artystów Mokotów był ich papierkiem lakmusowym w związku z tzw. syndromem drugiej płyty. W moich oczach test został zaliczony na solidną czwórę, bo jednak Something To Happen jest mistrzostwem, co nie zmienia faktu, że zauważalny jest progres i zmiana brzmienia, a to jest chyba największą pochwałą dla każdego artysty.
Lilly Hates Roses

#1st Special Guest. Motorhead – Bad Magic

Motorhead
„We are Motorhead and we play Rock’n’Roll” – te słowa na zawsze zostaną w pamięci tych, którzy kiedykolwiek mieli styczność z czymś mocniejszym niż Kings of Leon. Niestety jednocześnie te słowa już nigdy nie zabrzmią na żywo z ust wokalisty Motorhead, czyli Lemmy’ego, którego niedawno pożegnaliśmy z tego świata. Jak pisał w swoim felietonie Kuba Koziołkiewicz, był on ostatnim praktykującym rock’n’rollowcem, więc śmierć i tak przyszła stosunkowo późno. Samo Bad Magic jest nagrane w stylu, do którego Brytyjczycy zdążyli przyzwyczaić swoich słuchaczy przez 40 lat istnienia. Chętnych odsyłam do mojej recenzji tego krążka, felietonu Kuby oraz do najbliższego supermarketu po butelkę Jacka Danielsa – cheers!

#19. Quebonafide – Erotyka

Quebonafide
O ile do talentu Quebo do końca nie mogę przekonać się do dzisiaj, o tyle Erotyka „siadła mi” niczym Golf po tuningu. Ciekawe featy, nienaganna strona techniczna i wpadające w ucho bity sprawiły, że ten mixtape jest przeze mnie dość często odtwarzany. Swoją robotę odwalają także Ludzie Sztosy, czyli Dwa Sławy (oni za to się w tym roku nie popisali i w rankingu płyt ich nie zobaczycie) oraz Krzy Krzysztof, którzy swoimi gierkami słownymi dobrze wbudowują się w klimat krążka.

#18. Caspian – Dust and Disquiet

Być może mało kto z Was (jeśli ktokolwiek) kojarzy tę płytę, bowiem Caspian jest raczej dość mało znanym zespołem, jednak jeśli lubicie dobry rock i szukacie czegoś na długie, wciąż zimowe wieczory, to Dust and Disquiet jest propozycją idealną. W moim przypadku była to miłość od pierwszego usłyszenia, jednak raz usłyszane Rioseco zabrało mi dech w piersiach.
Caspian

#17. Bring Me The Horizon – That’s The Spirit

BMTH
Po raz kolejny panowie z Bring Me The Horizon pokazali się z najlepszej strony. That’s The Spirit zdecydowanie zasługuje na miejsce w moim topie, a to ze względu na swego rodzaju metamorfozę jaka dokonała się w zespole. Brzmienie stało się lekko bardziej wypolerowane, z wokalem sytuacja ma się podobnie, ale dla mnie ta metamorfoza jest zdecydowanie na plus, bo poprzedni, nieco ostrzejszy styl, nie zawsze mi odpowiadał i to przez niego długo zmagałem się z Sempiternal. No i warto zaznaczyć, że BMTH pobiło na głowę swoich „konkurentów” z We Came As Romans, którzy swoim self-tittled albumem za bardzo nie narozrabiali.

#16. Oxon – Supermoce

To, co miałem do przekazania na temat tego albumu zostało zawarte w recenzji, do której odsyłam, niemniej od tamtego czasu zdarzyło mi się być na koncercie Oxona i muszę przyznać, że na żywo materiał robi jeszcze większe wrażenie. Co prawda wciąż Tomek nie jest zbyt doceniony i jego występy nie zawsze są wyprzedane co do biletu, jednak energia, jaką daje on z siebie napędza nawet małe grono do dobrej zabawy. Baa! Zdarzyło mi się nawet wraz z kolegami śpiewać do mikrofonu fragment jednego z utworów z Supermocy. To było coś!
Oxon

#2nd Special Guest. Pustki – Wydawało Się

Kolejna perełka na polskiej scenie, którą odkryłem stosunkowo niedawno. Pustki, bo o nich mowa, są zespołem, który tworzy już od 15 lat, więc przez ten czas nazbierali trochę materiału. Teraz, w okrągłą rocznicę powstania, postanowili wydać krążek na podobieństwo the best of, na którym zawarli 12 najważniejszych utworów z całej działalności, oraz dwie nowe kompozycje, które wcześniej nie zostały nigdzie opublikowane. Na krążku jest zawarty cały przekrój zespołu, przez co różnorodność jest dość duża i każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Ciężko też zdefiniować w jakikolwiek sposób muzykę Pustek, dlatego najlepiej przekonać się na własne uszy na co ich stać. A jest tego sporo: do tańca i do różańca!
pustki

#15. Buka/Rahim – Optymistycznie

Buka/Rahim
Nie mam najmniejszych wątpliwości: krążek Optymistycznie udowodnił wszystkim „smutnym” raperom i słuchaczom, że w drugą stronę też można. Nie znaczy to, że taka pozytywna stylistyka jest dla każdego, jednak zarówno Buka jak i Rahim świetnie wczuli się w klimat „szklanki do połowy pełnej, a nie pustej”. Dużo dobrej energii płynącej z tego wydawnictwa przekłada się na mega energetyczne koncerty, gdzie obaj panowie potwierdzają swą postawą wiele wersów zawartych w takich kawałkach jak Nawyki, Regres czy Nie Musisz Mieć Urodzin. Album nieco przekorny jak na polskie warunki, bo my, jako naród, do najbardziej uśmiechniętych nie należymy, ale właśnie takie prztyczki w nos całego społeczeństwa uwielbiam najbardziej.

#14. Maypole – In Your Face

Kolejna kapela, której nazwa nie powie Wam zapewne nic. Co prawda Punks Not Dead i tak dalej, jednak w Polsce jest to dość undergroundowy gatunek, więc płyty pokroju In Your Face nie przebijają się do świadomości szerokiego grona odbiorców. Z jednej strony jest to okej, bo kto chce dotrzeć do takiej muzyki to i tak dotrze, jednak z drugiej szkoda, że taki potencjał jest rozkładany na tak małą przestrzeń. Przekaz, mocne brzmienie, melodyjność – to wszystko stoi za Maypole, więc gorąco zachęcam do sprawdzenia tej pozycji. Szkoda, że nie było mi dane usłyszeć tego materiału na żywo, bowiem chłopaki zawiesili swoją działalność, a boję się, że to może się wiązać z całkowitym odejściem.
Maypole

#13. The Dead Weather – Dodge and Burn

The Dead Weather
Ta płyta jest najlepszym przykładem na to, że czegokolwiek nie dotknąłby się Jack White, to i tak zamieni się to w złoto. Po kapitalnym solowym Lazaretto, przyszła pora na jeden z  wielu projektów muzyka, o nazwie The Dead Weather. Jak już wspomniałem wcześniej (w mojej recenzji: klik!), płyta jest niezwykle szorstka i brutalna, co czyni ją naprawdę wyjątkową. No i te jedenaście palców u Jacka Lawrence’a na okładce – mistrzostwo świata!

#12. Mumford & Sons – Wilder Mind

Kolejna metamorfoza na mojej liście, bowiem Wilder Mind odbiega nieco od konwencji, którą narzucili sobie i słuchaczom panowie z Mumford & Sons na poprzednich płytach. Więcej indie rocka, mniej banjo i od razu ma się odczucie poszerzenia przestrzeni. Najnowszy krążek stoi na równym, dość wysokim poziomie, więc miło się go słucha jako całości. Single, jako magnesy, sprawdzają się perfekcyjnie, gdyż przyciągają potencjalnych słuchaczy z siłą większą, niż miało to miejsce na Sigh No More czy Babel.
Mumford and Sons

#11. Alabama Shakes – Sound & Color

Alabama Shakes
Przez wielu uważani za odkrycie tegorocznego Opener’a, Alabama Shakes podbili także i moje serce. To, co wyróżnia ich z reszty stawki, to przegenialny afroamerykański wokal, który to fantastycznie balansuje między wysokimi i niskimi dźwiękami. Bardzo podoba mi się także umiejętność sprawnego poruszania się po szeroko rozumianym rocku, wskutek czego kompozycje nie są ani zbyt jednolite, ani zbyt przekombinowane. A kiedy usłyszałem ostro wpadające w punk The Greatest, zupełnie odleciałem.

#3rd Special Guest. Muchy – Powracająca Fala

Muchy
Ostatnim z przewidzianych przeze mnie gości specjalnych są Muchy, które w poprzednim roku co prawda nie nagrały autorskiego materiału, jednak dzięki zaangażowaniu w projekt Powracająca Fala stworzyły coś pięknego. Przepis był dość prosty: wziąć 10 utworów, zagrać je po swojemu, a całość zarejestrować. Prawda jest jednak taka, że poznańska formacja zrobiła coś ponad i oprócz własnej aranżacji, tchnęła w utwory swego ducha, przez co nieco je uaktualniła. Mistrzostwem w tej materii jest bez wątpienia Gdyby Nie Szerszenie, w oryginale wykonywane m.in. przez Roberta Gawlińskiego, które zawładnęło moim sercem na bardzo długi czas. Chapeau bas, Muchy!

#10. Pablopavo/Iwanek/Praczas – WIR

Tym projektem zainteresowałem się tuż przed świętami, więc jest to dość świeża sprawa. Nie wiem, czy to magia świąt czy może wizja długiego wolnego, jednak zakochałem się w WIRze, bo jest to po prostu bardzo dobra płyta. Co prawda wielu z Was jej stylistyka może nie do końca odpowiadać, bo jest to wydawnictwo dość nowatorskie jak na polskie realia, jednak kiedy już do Was dotrze, nie będzie odwrotu i będziecie musieli ją pokochać.
Pablopavo Iwanek Praczas

#9. All Time Low – Future Hearts

Fani szybszych brzmień zapewne zgodzą się ze mną, że Future Hearts do takowych należy. Ostatecznie jednak to różnorodność jest słowem klucz do tej płyty, a to dzięki takim kompozycjom jak Something’s Gotta Give, Missing You czy Dancing With a Wolf. Mi prywatnie całokształt krążka dość średnio przypadł do gustu, natomiast odrzucając dwie czy trzy piosenki, otrzymujemy płytę składającą się niemal z samych momentów wzniesień. Idealny krążek do biegowych treningów interwałowych.

#8. Major Lazer – Peace is The Mission

Ten album otworzył mi nieco oczy na szeroko pojęty pop, chociaż mainstream w wydaniu Major Lazer jest dość oryginalny, a może nawet Too Original. Przygodę z Peace Is The Mission zacząłem nie tak jak większość, czyli od Lean On, ale właśnie od Zbyt Oryginalnego. Następnie natrafiłem na kawałek z Ellie Goulding, po którym stwierdziłem, że muszę przesłuchać całość. Nie żałuję, bo najnowsze dziecko duetu jest naprawdę udane. Tym bardziej niecierpliwie oczekuję na drugą część tego krążka.
Major Lazer

#7. Marcelina – Gonić Burzę

Marcelina
Zacznę może od banalnego zdania, że nie tego się spodziewałem. Nie zmienia to jednak faktu, że po raz kolejny człowiek ma wrażenie, że gdyby było to legalne, to mógłby ożenić się ze strunami głosowymi (bo o pięknej wokalistce, to nawet nie wspomnę). Marcelina odwaliła kawał dobrej roboty przy tworzeniu tej płyty. Muszę przyznać, że Gonić Burzę jest idealną propozycją na długie, zimowe wieczory. Dla zwolenników czytania z muzyką w tle będzie to nie lada gratka, bowiem dobierając do niej odpowiednią książkę, można zbudować naprawdę ciekawe połączenie.

#6. Zabrocki – 1+1=0

Zapewne wielu z Was kojarzy takie nazwy jak Hey czy Kasia Nosowska, ale niewielu wie, że tym, kto stał zawsze w cieniu, jest Zabrocki. Pan Marcin postanowił wyjść z lasu i po raz pierwszy zaprezentował się jako solowy muzyk. Obnażając się ze wszystkich słabości, ukazał na tej płycie całego siebie, a samo to zasługuje na wielki szacunek. Dodając do tego piękne, czasami nawet urocze aranże, otrzymujemy równanie nieco odmienne od tego z tytułu, bo po jego prawej stronie stoi artyzm w czystej postaci. Goście zaproszeni przez Zabrockiego także doskonale się w nią wkomponowali (nawet pan Czesław nie drażni mnie jakoś szczególnie), a słowo „chuj”, wypowiadane przez panią Katarzynę, traci na swym negatywnym wydźwięku i staje się miłym dla ucha.

Zabrocki

#5. Blur – The Magic Whip

Blur
Miałem w tym roku przyjemność recenzować wiele dobrych płyt, jednak z perspektywy czasu to właśnie The Magic Whip był najlepszym zagranicznym wydawnictwem na jakie trafiłem. Nie wracam co prawda do niego zbyt często, w sumie nie wiedząc czemu, jednak na tyle zapadło mi ono w pamięć, że wciąż czuję te ciarki na plecach, gdy po raz pierwszy ją usłyszałem. Pikanterii całej sytuacji dodaje też fakt, że jest to wielki powrót Brytyjczyków, który także był przeze mnie wypatrywany z wielkim zniecierpliwieniem. Na szczęście Blur wrócił i ma się dobrze. Bardzo dobrze!

#4. Neony – Uniform

Chłopaki z Wrocławia, którzy także w poprzednim roku przechodzili test drugiej płyty. Uniform jest ciekawą propozycją zarówno dla fanów indie rocka, jak i dla głodnych mocniejszych wrażeń. Krążek wypełniony jest niebanalnym brzmieniem, inteligentnymi tekstami oraz dobrym wokalem. Co prawda w mojej recenzji tu i ówdzie wytknąłem im kilka błędów, jednak gdy poznałem Neony na scenie i prywatnie, to moje zdanie się zmieniło. Sam koncert także zaliczam do czołówki gigów na jakich byłem w zeszłym roku (pomimo tego, że ogólem w klubie było 20 osób), dlatego jeżeli tylko będziecie mieli okazję, to posłuchajcie Legalnej Moskwy czy Placu Zabaw – czy to na żywo, czy to w wersji studyjnej.

Neony

#3. Eskaubei/Tomek Nowak Quartet – Będzie Dobrze

Eskaubei
Kolejna fuzja, która bije wszystkie poprzednie na łeb. Spotkałem już z naprawdę ciekawymi połączeniami, niektóre były nawet mocno kontrowersyjne, ale jazz i rap? Czy to się mogło w ogóle udać? Otóż mogło i się udało, gdyż Eskaubei i Tomek Nowak Quartet pokazali w najbardziej dosadny sposób, że muzyka łączy, a nie dzieli. Być może kwestia samego rapu na tej płycie jest sprawą dość indywidualną, bo nie wszystkim może podobać się styl Eskaubei’a (mi osobiście przekonanie się do niego zajęło kilka przesłuchań), ale kwartet jazzowy wygrywa wszystko. Jest smooth, jest klimatycznie, jest ciekawie. Jak dla mnie mógłby być to stricte jednogatunkowy krążek, jednak to właśnie dzięki temu połączeniu znalazł się on tak wysoko w moim zestawieniu.

#2. Zaburzenia – Igły

Ostatni, będą pierwszymi, zatem pora na ostatni, czyli najlepszy krążek rapowy w tym roku. Zaburzenia ostro zaburzyły mi w głowie, a to ze względu na kapitalne podkłady Szatta oraz genialne teksty Kuby Witka. Ci dwaj panowie sprawili, że spojrzałem na niektóre rzeczy z innej perspektywy, przez co niejako mi pomogli. Żadna płyta w poprzednim roku nie wywołała u mnie aż tylu różnych emocji, zatem wydaje się, że formacja spełniła swoje zadanie w 100%. Żal mi jedynie tego, że posiadają tak małe grono odbiorców, bo sztuka, jaką tworzą, jest czymś rzadko spotykanym w polskiej muzyce. Taki kraj.
Zaburzenia

#1. Smolik/Kev Fox – Smolik/Kev Fox

Smolik/Kev Fox
Gdyby krążek Smolik/Kev Fox był uosobieniem którejś z postaci z literatury, to postawiłbym na bohatera opowieści Conana Doyle’a. Mnóstwo pierwiastka tajemniczości, wiele chwil kontemplacji, które jednak momentami wyrastają do rangi misterium. Największym fenomenem tej płyty jest ogromna ilość upakowanych emocji przypadająca na każdy takt każdego utworu. Single z jednej strony uchylają rąbka tajemnicy, jednak z drugiej pozostawiają wejście rozmiarów dziurki od klucza do świata, który jest muzyką w czystej postaci. Mój prywatny best of the best tego roku jeśli mowa o nieszablonowym podejściu do tworzenia sztuki. Płyta doskonała. Szkoda, że tak krótka :)

 

NAJLEPSZE PIOSENKI 2015 ROKU

 

Tutaj kryteria wyboru były nieco bardziej surowe, bowiem do mojego TOP 20 trafiły jedynie te piosenki, które nie znalazły się na którymś z ww. albumów oraz które nie znalazły się w kategorii niżej, czyli EPki w 2015 i muzyczne zapowiedzi 2016. Co z tego wszyło? Taka oto lista:

#20. State Champs – If I’m Lucky

#19. Akcent – Przekorny Los

#18. Sarius/W.E.N.A./Voskovy – Żadnych

#17. Passenger – Fools Gold

#16. Muse – Mercy

Pierwsza piątka mojego zestawienia jest chyba najbardziej różnorodną jeśli chodzi o stylistykę, bowiem mamy tutaj zarówno rock, muzykę akustyczną, jak i rap. Największym zaskoczeniem jest chyba jednak Zenek Martyniuk i jego Akcent, z mocno wwiercającym się w głowę Przekornym Losem. Ten utwór „prześladuje” mnie od dłuższego czasu, chociaż nie powiem, że jest mi z tym źle. Z disco polo jest tak, że niby nikt nie słucha, a każdy zna. Dlatego też właśnie ta piosenka znalazła się w zestawieniu – ku czci muzyki tanecznej!

#15. The Offspring – Coming For You

#14. Modestep – Snake

#13. Nightwish – Elan

#12. Charlie Puth – Marvin Gaye feat Meghan Trainor

#11. Mjut – Wszyscy Ludzie i Ja

Kolejna piątka i kolejne zróżnicowanie. W tym przypadku zacząłem od najnowszego dzieła punkowców z The Offspring. Miejsce czternaste przypadło Modestep, które dało kapitalny koncert na Woodstocku – niezapomniane przeżycie na długo. Do tego trochę mocniejszego brzmienia od Nightwish, małe co nieco od działdowskiej formacji Mjut, a całość okrasiłem najpiękniejszą popową piosenką 2015 roku, czyli Marvinem Gaylem.

#10. Maleo Reggae Rockers – Oh Wicked Man

#9. Mario Bischin feat Boys – Ty i ja

#8. Diox/Pono – Zła Bajka

#7. Oxon – Nie Słyszę Nic

#6. KęKę – Wyjebane

Najlepszą dychę 2015 roku rozpocząłem od Wicked Mana z najnowszej płyty Maleo Reggae Rockers, a tuż po nim kolejna perełka z branży disco, czyli kolaboracja Mario Bischina i zespołu Boys. Trzy następne utwory to już stricte rapowe dzieła. Na szczególną uwagę zasługuje nasz stary znajomy z topu albumów, czyli Oxon, który dzięki swojej serii One Take’ów (utworów nagrywanych „na raz”) wniósł sporo świeżości do polskiej sceny. Natomiast co do KęKę, to nadal raczej słabo „siada” mi jego stylistyka, jednak coraz bardziej się do niego przekonuję.

 

#5. Quebonafide vs. Zamilska – Święty Spokój

Spotkałem się z głosami, że to właśnie Święty Spokój jest najlepszym numerem w wydaniu Quebo w roku 2015 i faktycznie coś w tym jest. Po drodze działo się sporo, jednak to właśnie duet z Zamilską pokazał pełnię umiejętności tego młodego, aczkolwiek już doświadczonego wariata.

 

#4. Zeus – Siewca

Wiele osób uważa, że album Jest Super zupełnie Kamilowi nie wyszedł. Jako, że nie zgodziłem się z tym stwierdzeniem w swojej recenzji, toteż nadal zdanie podtrzymuję – ta płyta jest po prostu dobra. Moim zdaniem to nie tak, że Zeus nie pasuje do tej stylistyki, tylko słuchacze nie są jeszcze na tyle dojrzali, żeby docenić coś odmiennego.

 

#3. Chunk! No, Captain Chunk! – Playing Dead

Na najniższym stopniu podium znalazł się numer kapeli, która posiada bardzo długą nazwę i nawet kopiowanie ich nazwy jest dla mnie problemem, dlatego wspomnę tylko, że Playing Dead bardzo często działało u mnie w tym roku jako motywator do działania, dzięki swojej energii wprost z gitar i wokalu. Domyślam się, że nie każdy może polubić takie klimaty, jednak dla fanów dobrej sieczki propozycja jest co najmniej godna.

 

#2. OCN – Na Zawsze

W tym przypadku nie ma się co długo rozwodzić – OCN jest klasą samą w sobie, więc w pewnych chwilach milczenie wyraża więcej niż tysiąc słów. Głodnych dłuższych wywodów na ten temat odsyłam do mojej recenzji krążka Demon i Karzeł, z którego ów numer pochodzi.

 

#1. Karolina Czarnecka vs. SoDrummatic – Za Siedmioma Blokami

Numer jeden to nie tyle numer Karoliny i SoDrummatica, co sama inicjatywa Żywy Gig zapoczątkowana przez Radiową Czwórkę. W trakcie jej trwania powstały cztery kapitalne kompozycje, które ukazały artystów z nieco innej strony. Moim zdaniem najlepiej z tą odmiennością poradziła sobie Karolina Czarnecka i to ten numer uważam za najlepszy w minionym roku. Brawa i fanfary!

 

 

EP’KI ORAZ ZAPOWIEDZI NA ROK 2016

Na koniec jeszcze parę zdań o EPkach wydanych w 2015 roku oraz o najciekawszych muzycznych zapowiedziach na rok 2016. Poprzedni rok nie obfitował może w ich masakrujące ilości, dlatego też chciałem o nich wspomnieć. Co do EPek, to nie wybrałem zdecydowanego faworyta, gdyż każda z nich nagrana jest w nieco innej stylistyce. Mimo to wszystkie z nich stoją na wysokim poziomie i warto po nie sięgnąć, chociażby ze względu na ich krótki czas trwania, a przez to także i sporą kumulację dobrego brzmienia. Oto lista tych wydawnictw:

#Zeus – Winda na 5.

# Voskovy/W.E.N.A./Sarius – Złe Towarzystwo

# W.E.N.A/Quiz  – Monochromy

# White Crosses – Naive Handshakes

# Białas/Quebonafide – Demówka

# Buka/Skor – Imago

# Phoebe Ryan – Mine

# Foo Fighters – Saint Cecilia

#MaJLo – Reverse

 

Co do zapowiedzi, to tutaj sytuacja ma się już inaczej, bowiem jest już kilka muzycznych podstaw, aby móc odkładać pieniądze na tegoroczne płyty. Dla fanów rapu największym taki wydarzeniem będzie chyba powrót Małpy z nowym materiałem. Ciekawie zapowiada się też nowa płyta Pawbeatsa, a koncert w  filharmonii jedynie podbija całą atmosferę oczekiwania. Osobiście jednak najbardziej wyczekuję projektu Rebel Babel, bo o ile w przypadku poprzednich dwóch twórców mniej więcej wiem czego mogę się spodziewać, o tyle już po tym ostatnim dość ciężko. Znakiem zapytania jest też nowy album Nerwusa, który prezentując do tej pory dwa kawałki z tego albumu, totalnie zamieszał mi w głowie. Czekam na jego dalsze poczynania oraz na efekt końcowy, czyli płytę.

Dla fanów gitarowego brzmienia (ale nie tylko) także się coś znajdzie, bowiem swoje krążki zapowiedziało Panic! At The Disco i All American Rejects. Wiem – zapowiedzi jest co prawda o wiele więcej, ale te dwie propozycje najbardziej zapadły mi w pamięci, a to dzięki miłym dla ucha kawałkom promującym. W Polsce też jest na co czekać, gdyż ciekawe rzeczy szykują się w zespole Cuba De Zoo. Dodając do tego młodych kotów z Hands Resist i Anię Dąbrowską w duecie z Czarnym HIFI, możemy spodziewać się… czegoś niespodziewanego. Jedno jest pewne: będzie czego słuchać!

4 KOMENTARZE

  1. Ja gustuję w trochę innej muzyce, ale trafiłeś do mnie poprzez „Just The Two of Us” i „Mokotów”. ☺

    Ale naprawdę??? Akcent – „Przekorny Los”? Proszę Cię! :P Mój tata ciągle to puszcza, mam już tą piosenkę po dziurki w nosie… :D

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here