Minął kolejny dobry, muzyczny rok: byliśmy świadkami pobitych rekordów sprzedaży, spektakularnych powrotów oraz, oczywiście, kilku niewypałów. Dla mnie ostatnie 12 miesięcy było czasem intensywnych poszukiwań nowych brzmień – żeby nie powiedzieć, że był to wręcz rok rewolucyjnych zmian w playliście. I choć żartuję, że słuchałam techno na śniadanie, obiad i kolację, zdarzało mi się również sięgać po rocka, R&B i dancehall. Oto best of 2015 moim subiektywnym uchem słuchane!

ALBUMY

#15. Marylin Manson, The Pale Emperor

Bogu oddajcie to, co należy do Boga, Cezarowi to, co należy do Cezara. Zespołowi Marylin Manson oddajcie i jedno, i drugie – muzycy powrócili z bardzo dobrym, przemyślanym i nieco zaskakującym albumem, którego słucha się „z wypiekami”. The Pale Emperor wciąż jest głośny i trochę prowokujący, ale ogień nadal ten sam: moja ulubiona trójca to utwory Cupid Carries A Gun, Day 3 i Birds of Hell Awaiting.

#14. Lindemann, Skills in Pills

Z góry uprzedzam: Skills In Pills nie jest dla wszystkich uszu (i oczu). Zespół Lindemann, czyli współpraca Tilla Lindemanna (Rammstein) i Petera Tägtgrena (PAIN) to całkiem udany, choć kontrowersyjny projekt. Muzycznie jest porządnie i ciężko, ale melodyjnie; może nie wszystkie utwory są dobre, lecz słucha się ich dość ciekawie. Najlepsze momenty? Fish On, Home Sweet Home, Yukon i That’s My Heart – baryton Tilla Lindemanna to jeden z moich ulubionych głosów rockowego świata i okazuje się, że bardzo dobrze brzmi również po angielsku.

#13. Howling, Sacred Ground

Spokojnie, ambientowo, trochę pościelowo, ale za to jak smakowicie. Najdelikatniejsze brzmienie elektroniki znajdziecie właśnie na płycie Howling – Ry X i Frank Wiedemann doskonale wiedzą, jak sprawić, by słuchacz nie mógł oderwać się od ich muzyki. Podczas słuchania Sacred Ground można niemal zanurzyć się w dźwięku Signs, poczuć melancholię Quartz oraz energię Short Line, słodko zasnąć przy Litmus. Ambientowa kołysanka z najwyższej półki.

#12. MG, MG

Martin L. Gore od zawsze zafascynowany był brzmieniem elektroniki, ale dopiero w 2015 wydał swój pierwszy, solowy album. Minimalizm, mroczne klimaty i niezwykle bogaty materiał – to udany „debiut”, album bardzo filmowy, brzmiący jak soundtrack do produkcji science-fiction lub filmu akcji. MG to fascynująca opowieść bez słów: z jednej strony mamy klimaty grozy w Swanning, z drugiej niemal industrialne techno w Brink. Najbardziej polecam jednak Southerly – słodko-gorzki, delikatno-ciężki, a przez to ciekawy. Oj, szalenie dobra jest ta płyta.

#11. Iron Maiden, The Book of Souls

Nie mogę nie uwielbiać najnowszego (16 w dyskografii!) albumu Żelaznej Dziewicy – dużo dobrego, ciężkiego grania, ostrych riffów i obłędnego wokalu. W sumie jak zawsze, ale na The Book of Souls nie brak niespodzianek. Płyta zaskakuje zwrotom ku rockowi progresywnemu (długie, rozbudowane solówki), orkiestrowo-fortepianowym wstawkom, a nawet samą długością utworów – najdłuższa kompozycja, Empire of The Clouds, trwa aż 18 minut. Tym mniej wytrwałym słuchaczom z pewnością polecę The Great Unknown, When The River Runs Deep czy Death or Glory – krótsze, ale z równie niezłym ogniem.

#10. HVOB, Trialog

W moim podsumowaniu nie mogło zabraknąć krążka Trialog: na najnowszej płycie HVOB królują subtelne brzmienia i minimalistyczna melancholia. Z jednej strony to ciepła, przyjemna i niezwykle nastrojowa płyta, z drugiej zaś smutna i nieco niepokojąca; z tej różnorodności powstał naprawdę dobry materiał, którego słucha się ze smakiem. Szczególnie polecam utwory Tender Skin, Oxid, Clap Eyes czy Ghost – wywołują muzyczne ciarki przyjemności.

#9-8. Taco Hemingway, Umowa o Dzieło, Trójkąt Warszawski

W tym roku nie było w Polsce osoby, która nie chciałby zrobić sześciu zer. 2015 zdecydowanie należał do Taco Hemingwaya: jego płyty okazały się megasukcesem, bilety na koncerty sprzedawały się w kilka chwil, a teksty weszły nawet do potocznej polszczyzny. I choć Taco ma tyle samo zwolenników, co przeciwników (pozdro, Burrito Bukowski), jedno trzeba mu przyznać: jest piekielnie dobrym obserwatorem. Choć śpiewa głównie o tym, jak gorzkie i pełne hipokryzji jest warszawskie życie, w nim samym nie czuć pogardy dla tego miasta. Za to mój szacunek i miejsce w pierwszej dziesiątce.

#7. Purity Ring, Another Eternity

Bardzo dobra płyta, do której dość często wracałam. Drugi album Purity Ring jest znacznie bardziej dopracowany, a nową energię duetu słychać w ich muzyce – Another Eternity pełen jest dobrych, przemyślanych melodii i ciekawej elektroniki. Pojawia się więcej intymności, radości, frywolności i wolności; utwory są lekkie i przyjemne w odbiorze, ale nie nudne. Moje ulubione momenty płyty to Repetition, Begin Again, Stranger Than Earth i Flood on the Floor.

#6. Mumford & Sons, Wilder Mind

Dzikszy umysł według Mumford & Sons? Bardzo ciepła, przyjemna i rockowo apetyczna płyta – i o ile mam problem z zespołami indie, bo każdy z nich brzmi dla mnie tak samo, krążek Wilder Mind przypadł mi do gustu. Jest różnorodny i barwny; znajdziemy na nim zarówno energetyczne kawałki, takie jak The Wolf i Ditmas ale i spokojniejsze Believe, Monster czy Snake Eyes. Płyta fajna i już!

#5. Redlight, X Colour

Tak chwaliłam Disclosure, a zupełnie nie zauważyłam najnowszego albumu Redlighta. X Colour pełen jest house’owych bangerów, przy których trudno usiedzieć w miejscu. Płyta zawiera tylko 11 utworów, ale za to jakich; pojawiają się wokale m.in. Billie Black, Roses Gabor i Melisy Whiskey. Słucha się doskonale, a rytmy same niosą na parkiet. Mi najbardziej spodobał się Lion Jungle z The Prodigy: zadziorny, szalony i z porządnym bitem (zresztą, inaczej nie wyobrażałam sobie tej współpracy); doskonałe są również Gold Teeth, Metronome i Ride or Die.

#4. FKA twigs, M3LL155X

Króciutka EP-ka, która zdążyła nieźle namieszać. Być może FKA twigs sprawia wrażenie, jakby była nie z tego świata, ale jedno trzeba jej przyznać – jej muzyka jest szalenie wciągająca. Ja długo nie mogłam się do niej przekonać, poprzednią płytą i EP-ką nie byłam zachwycona, ale dzięki M3LL155X artystka zyskała mój szacunek. Mieszanka R&B, popu, trip hopu i elektroniki jest wprost elektryzująca. Kawałki In Time i Glass & Patron miażdżą, to zdecydowanie najlepsze momenty tej EP-ki.

#3. RYSY, Traveler

Rysy zdobyli moje serce podczas tegorocznego Taurona i nie mogłam doczekać się longplaya. Na debiutancką płytę duetu składa się 10 kawałków, ale na bardzo wysokim poziomie. Elektronika made in Poland jest świeża, ambitna, pulsująca rytmem – absolutnie w niczym nie odstaje od tej zagranicznej. W dodatku wokalnie urozmaicają ją Justyna Święs z The Dumplings, Baasch oraz Piotr Zioła. Moje ulubione momenty płyty Traveler? The Fib, Ego, Przyjmij Brak i Cold Inside, choć całego albumu słucha się bardzo dobrze.

#2. Tame Impala, Currents

Nowej płyty Tame Impala się nie słucha, ją się wprost chłonie. Niech was nie zwiodą miękkość dźwięku i delikatne melodie – album Currents jest ambitny, dopracowany i, choć spokojny, nie brak mu rockowej zawadiackości. Australijczycy nagrali bardzo dobry krążek, który ma w sobie dużo ciepła i pozytywnych brzmień: niesposób nie bujać się do The Moment, radośnie pląsać do The Less I Know The Better czy przytulać do drugiej osoby przy Yes I’m Changing. Currents – lubię, i to bardzo.

#1. Marina and the Diamonds, FROOT

W 2015 Marina Diamandis powróciła z nowym, o wiele dojrzalszym materiałem, który w niczym nie przypomina brzmienia z Electra Heart. FROOT to album, do którego najczęściej wracałam w przeciągu ostatnich 12 miesięcy: piękny, subtelny, a jednocześnie bardzo smutny. Diamandis przyznała, że to płyta o związku, który postanowiła zakończyć – również i mnie przydarzyła się w tym roku pewna gorzka historia, ale ten krążek uważam za najlepszy nie tylko ze względów osobistych. Każda kobieta zrozumie gorzkość rozstania, ale FROOT nie jest płytą-wyciskaczem łez. Nie będę dodawać nic więcej: słucham I’m A Ruin, Better Than That, Forget, Can’t Pin Me Down i nie przestaję się zachwycać.

UTWORY

#20. The Maccabees, Something Like Happiness

O ile nie jestem zbyt wielką fanką coldplayopodobnych piosenek, to muszę przyznać, że najnowszy album The Maccabees jest nawet niezły. Może nie jest on przełomowym dziełem tej brytyjskiej grupy, ale to przyjemna w odbiorze płyta – wśród 11 utworów tworzących Marks To Prove It na uwagę najbardziej zasługuje Something Like Happiness. Chwytliwy, melodyjny, z łatwo wpadającym w ucho refrenem i chórkami w odpowiednich miejscach. Słucha się dobrze i zgrabnie przez 3:44 – zresztą, każdy z nas chyba kiedyś szukał czegoś, co przypomina szczęście.

#19. Kaya Stewart, In Love With A Boy

Przy okazji tej piosenki pisałam, że Dave Stewart (1/2 słynnego duetu Eurythmics) może być dumny z córki. 15-letnia Kaya wkroczyła na scenę muzyczną swoim bardzo dobrym singlem In Love With A Boy, który od razu przykuł moją uwagę. Świetne połączenie popowego rytmu z R&B i subtelną elektroniką i nieco drapieżnym głosem Kayi – brzmi ciekawie i mnie się podoba. I choć cała EP-ka nie powala na kolana, to muszę przyznać, że ten kawałek naprawdę jej się udał. Trzymam kciuki i czekam na płytę!

#18. Medina, Når intet er godt nok

W 2015 wreszcie pojawił się singiel zapowiadający najnowszy album MedinyNår intet er godt nok to subtelne brzmienie ballady, ale z elementami R&B. Utwór smutny, ale mający w sobie wiele ciepła: nawet nie znając duńskiego można słuchać go z przyjemnością. Mimo wszystko obstawiam, że na krążku We Surrender pojawi się jego angielska wersja.

#17. Redlight, Gold Teeth

Bardzo żałuję, że album X Colour jest tak bardzo niedoceniony, bo naprawdę ma wiele świetnych momentów. Gold Teeth to taneczna energia Redlighta w pełnej krasie: wyważone house / UK garage i trochę wokalu, wkręcający rytm i dobra melodia. Mnie nosi na parkiet od samego początku.

#16. Little Boots, Taste It

Smakowita jest ta nowa Little Boots. Choć płyta Working Girl to zupełnie inne klimaty, niż jej początkowe nagrania, bardzo spodobała mi się piosenka Taste It – troszkę drapieżna, troszkę kusząca, ale wciąż w dobrym guście. Połączenie R&B z elektroniką i popowy rytmem to udany mix, mi się podoba. Znacznie lepszy, niż If…!, nawet mimo współpracy z Jeanem-Michelem Jarrem.

#15. Małe Miasta, Już prawie tańczę

Polskie parkiety już dawno nie miały klubowego bangera, aż wreszcie doczekaliśmy się takiego bitu. Już prawie tańczę Małych Miast to kawałek idealny na imprezę: jest lekki i nieco żartobliwy, łatwo wpada w ucho, można się pobujać. Spodoba się nawet tym, którzy za tańcami nie przepadają – nie potrzeba nawet jakiejś wymyślnej choreografii. W razie trudności mogą naśladować teledyskowe ruchy Mateusza Holaka i Mateusza Gudela (sprawdziłam, działa!).

#14. HVOB, Oxid

Najmocniejszy moment płyty Trialog. Oxid to utwór delikatny, spokojny i łagodny, zahipnotyzował mnie od pierwszej chwili i zachęcił, by sięgnąć po cały album. Kawałek idealny na relaks po ciężkim dniu: ładnie brzmi, sympatycznie kołysze, intryguje tajemnicą. Zdecydowanie ma w sobie to coś.

#13. RYSY , Przyjmij brak (& Justyna Święs, Piotr Zioła)

Gdy po raz pierwszy usłyszałam Przyjmij brak, długo nie mogłam wyrzucić go z głowy – choć zazwyczaj język polski brzmi dość niewdzięcznie w muzyce, tego utworu nie wyobrażałabym sobie w innej wersji. Prosta melodia, wokale Justyny Święs i Piotra Zioły i magiczne ciepło płynące z tego utworu… I najważniejszy punkt: tekst, tekst i jeszcze raz tekst.

#12. Zolita, Explosion

Piękna ballada o równie pięknym teledysku, a trafiłam na nią przez zupełny przypadek. Utwór Explosion długo nie mógł zniknąć z moich myśli – to jedna z tych piosenek, których można słuchać bez końca. Głos Zolity może wydawać się przeciętny, ale minimalistyczna aranżacja i zaskakująco silny wokal skradły moje serce. Ta dziewczyna ma coś w sobie i bardzo chciałabym usłyszeć cały jej album.

#11. Throwing Snow, Lumen

Przyznam, że kawałek Lumen nieco mnie zaskoczył – mam słabość do elektronicznych bitów do tańca, a tu dość długie i spokojne intro nie zapowiada takiej energii. To utwór pulsujący nieoczywistym rytmem: minimalistycznym, barwnym, z wieloma zmianami tempa. Za to zaskakiwanie mnie wielki plus dla Throwing Snow – z niecierpliwością czekam na nowy album, bo zdaje się, że w 2016 szykuje się coś większego.

#10. Major Lazer feat. MØ & DJ Snake, Lean On

Blow a kiss, fire a gun! Jeśli w 2015 ktoś nie słyszał Lean On, naprawdę musiał spędzić rok na Księżycu – utwór Major Lazer z wokalem MØ okazał się wielkim hitem, a zaledwie kilka dni temu klip przekroczył milion odtworzeń na YouTubie. Łatwo wpada w ucho, ma fajny, pozytywny tekst i błyskawicznie zapełnia parkiety – można zarzucać bioderkami, potrzęść tym i owym, uśmiechać się i dobrze się bawić. Bo to kawałek wprost do tego stworzony!

#9. Ten Walls, Sparta

Ten Walls nie miał w tym roku najlepszej passy, ale zanim jeszcze podpadł w środowisku techno, światło dzienne ujrzały jego dwa nowe kawałki. Wciąż ambitne i w dobrym stylu, ale mam poważne obawy co do tego, czy Litwinowi uda się odzyskać przychylność słuchaczy. W tym podsumowaniu postanowiłam umieścić Sparta – jest mniej agresywny, spokojniejszy, ma w sobie więcej światła. Idealny do chillowania lub lekkiego tupania na plaży.

#8. Hippie Sabotage, Fast Car

W oczekiwaniu na najnowszą płytę Hippie Sabotage zostałam uraczona prawdziwie gangsterskim, tłustym bitem. Fast Car jest drapieżny, ale ma też delikatniejsze momenty: duet z Sacramento doskonale wie, jak sprawić, by utwór był i słodki (wokal), i pikantny (basy). Idealny na nocne bujanie się po mieście w tytułowej szybkiej furze; ja już zakładam mój złoty łańcuch i wczuwam się w gangsterski lajfstajl.

#7. M.I.A., Borders

W 2015 roku jednym z najczęściej poruszanych tematów była kwestia uchodźców – również M.I.A. postanowiła zabrać głos w tej sprawie. Pochodząca ze Sri Lanki raperka znana jest ze swoich odważnych wypowiedzi dotyczących światowej polityki: w singlu Borders wprost pyta, jak to jest z tą otwartością na inność? Piosence towarzyszy również dość wymowny i nieco kontrowersyjny klip – w sumie nic zaskakującego u M.I.I., ale mimo wszystko trochę skłania do myślenia. Borders, what’s up with that?

#6. MS MR, Painted

Trochę „chropowate” brzmienie, dobra dynamika, wpadający w ucho refren – co ciekawe, pierwszy singiel z najnowszej płyty MS MR nie od razu tak mi się spodobał. Minęło trochę czasu, osłuchałam się z nim… i bardzo go polubiłam: Painted jest szalenie rytmiczny, a świetny wokal Lizzy Plapinger dodaje mu smaczku. Szkoda tylko, że na How Does It Feel jej silny i barwny głos czasem brzmi zbyt mocno.

#5. Florence and the Machine, What Kind of Man

Piekło nie zna takiej furii, w jaką wpada wzgardzona kobieta – ale za to zawody miłosne najczęściej owocują najsłynniejszymi dziełami sztuki. Oraz doskonałymi, emocjonalnymi utworami: What Kind of Man wywołuje ciarki od samego początku i sprawia, że wkręcasz się w ten kawałek razem z Florence. Fantastyczny, barwny emocjami wokal; mieszanka gniewu, delikatności, frustracji, miłości. Z tego zawsze wychodzą piekielnie dobre piosenki – i nawet rozstanie boli jakby mniej.

#4. Grimes, REALiTi (demo)

Najnowsza Grimes mnie nie zachwyciła, ale mimo wszystko wśród jej najnowszych nagrań znalazłam kilka dobrych momentów. Bardzo spodobało mi się demo utworu REALiTi – nieco surowe, tajemnicze i o fajnym, pozytywnym tekście; wszystko to niestety znika na albumowej wersji. Utwór z Art Angels wszystkiego ma za dużo i gdy porównać go z demo, słuch nieco się męczy – ja też wybieram pierwszą wersję.

#3. Taco Hemingway, Następna stacja

Jarzyna miał urodziny – pojechałem na Młociny…, czyli jak z przejażdżki warszawskim metrem stworzyć niesamowicie nośny, viralowy kawałek. Prosty bit, chwytliwy tekst, bardzo specyficzny klimat polskiej stolicy (nie tylko ze względu na szlugi i kalafiory); hit robi się sam. Obserwacje pasażerów i stacji metra, różne życiowe historie opisane w trafny i dosadny sposób. W zasadzie nie pozostaje nic więcej do dodania. Metro Świętokrzyska, wraz z kebabem wsiedli ludzie mieląc mięso w pyskach.

#2. RYSY, The Fib

M.in. dzięki Rysom przestałam się wstydzić polskiej muzyki (choć bardzo bym chciała, nie mogę przekonać się do Jutro znowu  gonić, biec, latać ponad…). Podczas słuchania płyty Traveler zdecydowanie najlepiej bujało mi się do utworu The Fib – niby prosty, ale dzięki swojemu energetycznemu rytmowi można przy nim ładnie poszaleć. Ciepły, przyjazny i pozytywny; ładnie brzmi i na płycie, i w klubowej przestrzeni.

#1. Marina and the Diamonds, I’m A Ruin

Moje miejsce pierwsze nie może być inne. W tym roku I’m A Ruin wracał do mnie jak bumerang i ratował z rozstań, ale ten utwór znalazł się na szczycie nie tylko ze względów osobistych. Uwielbiam teksty Mariny i sposób, w jaki opisuje uczucia; dzięki temu I’m A Ruin brzmi przenikliwie, szczerze i pięknie. To doskonała harmonia między popem a smutną balladą – a kiedy już się wypłaczesz i przejdą ci wszystkie żale, wstaniesz silniejsza.

6 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here