2014 był udanym rokiem dla muzyki. Na scenie pojawiło się wielu silnych debiutantów, obserwowaliśmy ciekawe ewolucje muzyczno-wizerunkowe, nagrano sporo dobrych i bardzo dobrych albumów. W minionym roku powiększyły się dyskografie m.in. Skrillexa, Eda Sheerana, Jessie Ware, Davida Guetty, Coldplay czy Lany Del Rey. Nowe krążki zaprezentowali również artyści, o których być może nieco zapomnieliśmy – 2014 to wielki powrót Pink Floyd, U2, Mariah Carey, Santany i Jennifer Lopez.

I dla mnie 2014 był bardzo dobrym rokiem – słuchałam dużo, ciekawie i różnorodnie. Otworzyłam się na nowe brzmienia i przekonałam się do kilku artystów, których z początku trudno było mi słuchać. Dzięki serwisom streamingowym i radiom internetowym odkrywałam nowych wykonawców i brzmienia: znacznie częściej gościł u mnie hip-hop, dancehall czy elektronika. Jak zwykle troszkę ulegam ogólnym trendom, a troszkę się im opieram. Mijający rok podsumuję minimalistycznie – oto subiektywny przegląd 15 najważniejszych płyt i 15 najlepszych piosenek.

TOP 15 – ALBUMY

#15. ZHU, The Nightday EP

Bardzo spodobała mi się EP-ka The Nightday ZHU, niezwykle tajemniczego amerykańskiego producenta. Nie wiadomo, jak wygląda, a i sam o sobie mówi niewiele: jak sam twierdzi, chce być oceniany tylko za swoją muzykę. Spekulowano, iż za tym pseudonimem ukrywa się Skrillex, lecz muzyk stanowczo temu zaprzeczył. Pierwszym utworem, który usłyszałam, był Faded – w pewien sposób intrygująco smutny, ale i chwytliwy; zaciekawiona sięgnęłam po resztę i absolutnie zakochałam się w Stay closer. The Nightday EP jest mroczna, zmysłowa i hipnotyzująca; to zupełnie inne podejście do EDM. Niecierpliwie czekam na longplay.

#14. Lana Del Rey, Ultraviolence

Nie ukrywam, że bardziej podobała mi się debiutancka płyta Lany. Niewątpliwie jednak Ultraviolence ma coś w sobie: ten album jest jeszcze bardziej przepełniony melancholią niż Born To Die. Wydaje mi się, że mniej na nim kreacji, a większy nacisk położony jest na muzykę. Fenomenalne utwory Ultraviolence, West Coast czy Sad Girl tylko to potwierdzają. Choć w przypadku Lany wiele jest kwestii niedopowiedzianych lub niewyjaśnionych, jej muzyka robi wrażenie i ma licznych zwolenników. A złośliwcom radziłabym skończyć z roztrząsaniem kwestii ust piosenkarki i skupienie się na ocenianiu twórczości.

#13. Iggy Azalea, The New Classic / Reclassified

Lubię Iggy Azaleę – nie dość, że to prześliczna dziewczyna, to jeszcze robi fajną muzykę. Gdy po raz pierwszy zetknęłam się z jej twórczością (kawałki My World, Pu$$y czy My, Myself, My Money) nie do końca podoba mi się ten styl – uznawałam go za nieco zbyt odważny dla kobiety, wręcz wulgarny. Jednak hip-hop nie może być grzeczny, ułożony i zapięty pod szyję: przy płycie The New Classic diametralnie zmieniłam zdanie. Iggy brzmi mniej agresywnie, ale wciąż nie boi się mówić tego, co myśli. Lubię brzmienie Impossible Is Nothing, Don’t Need Y’all, 100 czy Goddess, ale moim numerem 1. jest Rolex. Nikt w taki sposób nie rozprawia się z byłym facetem jak Iggy Azalea!

#12. Ariana Grande, My Everything

Młodziutką Arianę Grande i jej płytę porównuje się z samą Mariah Carey– a to naprawdę coś znaczy. Albumu My Everything posłuchałam wiele razy i bardzo spodobało mi się to ciepłe brzmienie R&B: szczególnie polubiłam One last time oraz Bang Bang wraz z Jessie J i Nicki Minaj. Lubię ponadto Problem, piosenkę nagraną z Iggy Azaleą; to imprezowa petarda, która momentalnie wpada w ucho i jest idealnym, letnim hitem. Choć Ariana czasami szaleje z piszczącymi partiami wokalnymi, jej album jest na naprawdę wysokim poziomie i zdecydowanie zaliczam go do udanych.

#11. Azealia Banks, Broke With Expensive Taste

Wiele czasu zajęło mi, bym przekonała się do niepokornej Azealii Banks. Nie przepadam za wykonawcami, którzy istnieją w show-businessie dzięki obrażaniu innych artystów – tym bardziej, że 23-letnia raperka naprawdę ma talent, więc te niemiłe zagrywki mogłaby sobie odpuścić. Jej debiutancki album Broke With Expensive Taste tylko to potwierdza: z jednej strony to dobry, interesujący hip-hop, z drugiej zaś to muzyka niezwykle eksperymentalna. Azealia nie boi się łączyć brzmienia latynoskiego z rapem (Gimme a Chance) czy jazzowych elementów z elektronicznym beatem (Desperado). Potrafi zaśpiewać spokojnie (Soda, JFK, Wallace), imprezowo (212, Ice Princess) i groźnie (Heavy Metal and Reflective). Moim numerem jeden jest jednak utwór Yung Rapunxel: pełen elektroniki, a przy tym niezwykle mroczny, nawet groźny. Ciarki podczas słuchania gwarantowane.

#10. U2, Songs of Innocence

Od muzyków oczekuję, by wciąż rozwijali się i wzbogacali swoje brzmienie – U2 zdecydowanie poszli do przodu i za to należą im się ogromne brawa. Na Songs of Innocence czuje się wpływy młodszego pokolenia (Colplay, Ed Sheeran, James Blunt) oraz muzyki elektronicznej. Moim zdaniem to bardzo dopracowana płyta i z pełną świadomością przyznaję – chyba najlepsza w dorobku U2. Choć nie zawiera hiciora na miarę With or Without You czy Where The Streets Have No Name, w tym albumie jest energia, dynamika i optymistyczne brzmienie, którego pozbawiony był krążek No Line On The Horizon. Najlepsze utwory z Songs of Innocence? Piękne, poruszające Raised By Wolves i Cedarwood Road, zaskakujące The Troubles, Iris (Hold Me Close) i Every Breaking Wave.

#9. Skrillex, Recess

Jeśli do kogoś nie przemawiała wcześniejsza twórczość Skrillexa, ma szansę zmienić zdanie dzięki albumowi Recess. Mniej agresywna, za to zdecydowanie różnorodna, ta debiutancka płyta to zdecydowanie jedna z najlepszych krążków tego roku. Muzyk przyzwyczaił słuchaczy do pewnego określonego modelu brzmienia, które mnie nieco denerwowało – używanie kompletu tych samych sampli nie robi zbyt wielkiego wrażenia. Na Recess zaś Skrillex czerpie pełnymi garściami z korzeni dubstepu, eksperymentuje z drum and bass i hip-hopem. Płyta mu się udała, to trzeba przyznać: ja polecam utwory Stranger, Ease My Mind, Fire Away czy Ragga Bomb.

#8. SOHN, Tremors

Sposób, w jaki SOHN bawi się samplami, jest wręcz niezwykły. Jego muzyka jest bardzo dopracowana, przemyślana i fascynująca – żaden dźwięk na Tremors nie został umieszczony przez przypadek. Utwory są delikatne w brzmieniu, a wokal tajemniczy i intrygujący. Nie mogę również wyjść z podziwu, iż Tremors to album debiutancki: urzekł mnie jego minimalizm, subtelność elektroniki i spokojny nastrój. Uwielbiam piosenki Artifice, Tempest i Fool – idealnie nadają się do relaksu po ciężkim dniu.

#7. Christina Perri, Head or Heart

Uwielbiam ciepły, złoty głos Christiny Perri i w stu procentach zgodzę się z opinią Naczelnego – to artystka bardzo niedoceniona. Jej nowa płyta, Head or Heart, jest w pozytywnym sensie zaskakująca – ten krążek znacznie bardzie optymistyczny i radosny niż debiutancki Lovestrong. Zmiany widać i słychać, Christina zmieniła nie tylko styl ubierania i fryzurę, ale i jej wokal brzmi odważniej. Żal i smutek po rozstaniu z mężem przekuła w siłę i odwagę do mówienia o swoich emocjach, nawet gdy są one gorzkie. Mnie zachwyciło to, w jaki sposób Christina panuje nad głosem mimo silnych uczuć – polecam szczególnie utwory One Night, The Words, I Don’t Wanna Break czy Sea of Lovers. Uwielbiam też subtelne teksty jej piosenek, w szczególności Burning Gold, Human i Shot Me In The Heart.

#6. Jack White, Lazaretto

W 2014 trudno mi było posłuchać dobrego rocka, stąd w moim podsumowaniu jedynie trzy pozycje z tego gatunku. Jack White musiał się w nim pojawić – jestem pod ogromnym wrażeniem albumu Lazaretto i słucham z niemałym zachwytem. To płyta nagrana w starym, dobrym stylu, ale pełna jest nowoczesnych wpływów. Geniusz muzyczny Jacka to kwestia niepodważalna, jest artystą o ogromnej wyobraźni, ale i różnorodności. Wystarczy posłuchać tytułowego utworu Lazaretto – ja zbieram szczękę z podłogi.

#5. Kimbra, The Golden Echo

Kimbra jest wokalistką jedyną w swoim rodzaju, a jej wrażliwość czuje się w każdej sekundzie tworzonej przez nią muzyki. The Golden Echo to zarówno płyta piękna i zmysłowa, jak i dopracowana i różnorodna. Słuchałam jej z wielką przyjemnością: nowozelandzka piosenkarka sprawdza się i w delikatnych balladach (Love In The High Places), jak i w energetycznych, tanecznych kawałkach (Miracle). Bardzo podoba mi się nieszablonowość Kimbry; klimat jej najnowszej płyty jest trudny do określenia, ale ta mieszanka soul, synthpopu i elektroniki jest niezwykle udana. Jestem zakochana w piosence Goldmine – słucham jak urzeczona.

#4. Royal Blood, Royal Blood

Zespół ten podrzucił mi mój Tata, za co jestem mu bardzo wdzięczna. Dawno nie gościł u mnie rock’n’roll i nie ukrywam, że nieco mi go brakowało – płyta Royal Blood to doskonała propozycja dla spragnionych takich klimatów. Brzmienie brytyjskiego duetu jest hałaśliwe i zadziorne; to 100% garażowego rocka, które momentami bardzo przypomina mi Led Zeppelin czy Kasabian. Podobnie jak The White Stripes Mike Kerr i Ben Thatcher ograniczają się jedynie do perkusji i gitary basowej, ale mimo niewielkiej ilości instrumentów potrafią nieźle łoić. Rytmiczni, głośni i z pazurem – bardzo polecam kawałki Out of The Black, Ten Tonne Skeleton czy Figure It Out.

#3. BANKS, Goddess

Bogini zmysłowych brzmień BANKS prawdziwie zaczarowała mnie swoim debiutanckim albumem. Płyta Goddess jest delikatna i niezwykle kobieca; ma sobie hipnotyzujący magnetyzm, dzięki któremu nie można się od niej oderwać. Intrygujące brzmienie soul, wysublimowana elektronika i pełen emocji wokal tworzą połączenie, obok którego nie można przejść obojętnie. BANKS jest zjawiskowa, a tworzona przez nią muzyka niezwykle dopracowana. Polecam cały album; moje ulubione utwory to Drowning, Brain, Goddess czy Alibi. Doskonałe na wieczorny chillout, do przytulania się (lub innych przyjemnych czynności ;))

#2. Katy B, Little Red

Energetyczny, taneczny, świeży, ambitny – tak określiłabym krążek Little Red.To płyta, która elektryzuje od samego początku: już przy pierwszym, przebojowym kawałku wiedziałam, że to jest to. Wokalistka odeszła od eksperymentów z dubstepem i wybrała lżejsze brzmienie house i electropop; swoją najnowszą płytą udowodniła, że można nagrywać świetny dance z ambitnymi tekstami.Jest o wiele bardziej dojrzalsza i ciekawsza, niż poprzedni krążek. Bardzo żałuję, że nie został na nim umieszczony utwór What Love Is Made Of, bo to naprawdę świetna piosenka. Polecam serdecznie przesłuchanie całej płyty, by odkryć cały jej urok – ja szaleję za 5AM, Aaliyah, Everything, Blue Eyes czy Hot Like Fire.

#1. Zola Jesus, TAIGA

Płyta TAIGA to ogromne zaskoczenie – kompletnie nie spodziewałam się takiego brzmienia i… takiej lekkości. Znam poprzednie albumy Zoli Jesus – ciężkie, mroczne, istne symfonie dla smutku – i z pełną świadomością przyznaję: to najbardziej spektakularna metamorfoza roku. Z królowej depresji Nika Danilova przeobraziła się w niezwykle obiecującą artystkę o ogromnym potencjale. Jej głos wciąż zachwyca siłą; piosenki z TAIGA mają w sobie dynamikę, iskrę, których brak na Stridulum II i Versions. Uwielbiam utwory Dangerous Days, Hunger, Hollow i Lawless: co tu dużo mówić, tej płyty mogę słuchać bez końca!

TOP 15 – PIOSENKI

#15. Die Antwoord, Ugly Boy

Ooh, I love my ugly boy… Die Antwoord to zespół szalony, nieprzewidywalny, zupełnie inny od granic ogólnie przyjętej „normalności”. Przez kontrowersje, które wywołuje, nie można przejść obok niego obojętnie – nie znając południowoafrykańskiej kontrkultury zef łatwo jest uznać ich za świrów czy zbereźników. Niemniej jednak ich muzyka jest nieprzewidywalna i pełna kontrastów: Ugly Boy to utwór na pozór słodki i delikatny. Gdy dodamy to tego rymy w języku afrikaans, zmysłowo śpiewającą Yo-Landi i elektroniczne sample, wychodzi mieszanka bardzo wybuchowa. Jedyna w swoim rodzaju.

#14. Jessie J & Nicki Minaj & Ariana Grande, Bang Bang

Nazywany „najgorętszą współpracą od czasów Lady Marmalade”, kawałek Bang Bang to prawdziwa petarda. Choć piosenkarki są kompletnie różne i nikt nie spodziewałby się takiego połączenia, kawałek brzmi naprawdę dobrze. Bang Bang jest utworem z pazurem i chwytliwym refrenem, niewątpliwie ma w sobie to coś. Wokalnie wygrywa go dla mnie Jessie J – jej głos jest niezwykle silny i przebojowy, a wykonanie z tegorocznej gali MTV VMA tylko to potwierdza!

#13. Lenny Kravitz, The Chamber

W 2014 roku Lenny Kravitz powrócił na scenę ze swoim najnowszym albumem, Strut. Piosenka The Chamber tylko potwierdza, że muzyk jest w fantastycznej formie – choć jest spokojna, ma w sobie rockowy pazur i brzmi doskonale. Dziwi mnie jedynie niska pozycja płyty Strut w oficjalnych notowaniach – naprawdę nie wiem, czym kierowali się malkontenci.

#12. Paolo Nutini, Iron Sky

Paolo Nutini to zdecydowanie więcej niż ładna buzia i łobuzerskie spojrzenie. Lubię jego soft-rockowe utwory i silny, męski głos. Niektóre kawałki nagrywa w stylistyce retro, ale zgrabnie łączy je z funkiem czy popem. Brzmi bardzo dobrze i niezwykle pewnie, przy czym ma niezwykłą charyzmę sceniczną. Płytę Caustic Love przesłuchałam wspólnie z moim Tatą i jednogłośnie zachwyciliśmy się utworem Iron Sky. Tata stwierdził, że w tej piosence Nutini ma w sobie coś z… Ozzy’ego Osbourne’a. I ma rację, bo zarówno głos, jak i maniery wokalne bardzo przypominają amerykańskiego Księcia Ciemności.

#11. Tove Lo, Stay High (Habits Remix)

Są takie utwory, które zostały stworzone do wieczornego bujania się samochodem po mieście. Właśnie w takiej sytuacji po raz pierwszy usłyszałam Stay High (Habits) i… przepadłam bez reszty. Remix Hippie Sabotage jest niezwykle spokojny, hipnotyzujący, chilloutowy; po prostu dobrze się go słucha i nie można przestać. Bardzo lubię album Tove Lo, bo ma w sobie fajną energię i chce się przy nim tańczyć. Nie jest przeładowany elektroniką; jest świeży, radosny i pozytywny. A gdy zechcemy zwolnić tempo, zawsze możemy zapuścić Stay High.

#10. Route 94 & Jess Glynne, My Love

Nie było mowy, by w 2014 jakaś impreza odbyła się bez My love! Przetańczyłam do tej piosenki niejedną noc i uwielbiam w niej absolutnie wszystko. Ciepłe brzmienie house, delikatny beat, spokojny rytm – jest to kolejny kawałek pełen słońca i radości. Ma w sobie tyle pozytywnej energii, że nie nie dziwi mnie jego popularność. To niewątpliwie jedna z moich ulubionych letnich piosenek i dzięki niej mogę przypomnieć sobie wakacyjne szaleństwa – nawet w środku zimy!

#9. SOHN, Artifice

Elektroniczny początek, spokojny wokal i delikatna elektronika w tle – właśnie tym zwrócił moją uwagę utwór Artifice. Choć to w gruncie rzeczy popowy kawałek, jest bardzo przemyślany i subtelny, jak sam SOHN zresztą. Ta piosenka jest idealna na zakończenie ciężkiego dnia. Osładza życie, przyjemnie kołysze i naprawdę dobrze relaksuje.

#8. Ten Walls, Walking With Elephants

Ostatnio dość często ciągnie mnie ku elektronice mrocznej i tajemniczej; powoli odchodzę od nieco tandetnej stylistyki EDM i wolę posłuchać czegoś ciekawszego. Kawałek Walking With Elephants prawdziwie mnie poraził – dawno nie miałam do czynienia z kompozycją tak rytmiczną, a jednocześnie tak smutną i nostalgiczną. Ten utwór intryguje od pierwszej sekundy: początek przypomina mi nieco soundtracki do filmów, stopniowo rozwija się w nieco bardziej tanecznym stylu, a główny motyw to niezwykle interesujące sample i odrobina klubowych klimatów. Choć inne kompozycje Ten Walls mnie nie powalają, Walking With Elephants mogę słuchać bez końca.

#7. Ariana Grande & Iggy Azalea, Problem

Problem słyszało się ją dosłownie na każdym kroku – to rytmiczny, niezwykle chwytliwy kawałek, idealny na imprezę. Girl power zadziałał i tym razem; połączenie sił młodziutkiej Ariany Grande i zadziornej Iggy Azalei zaowocowało przebojem, który tygodniami zajmował pierwsze miejsce list przebojów!

#6. Katy B, Next Thing

Katy B jest zjawiskowa. Jej wokal jest delikatny, ale ona sama jest artystką niezwykle świadomą siebie i swojej twórczości. Utwór Next Thing uważam za jedną z najlepszych tanecznych piosenek, jakie kiedykolwiek powstały. Interesująca, rytmiczna, elektroniczna i radosna – takie kawałki lubię! To doskonały utwór otwierający płytę, który momentalnie wprawia w dobry humor. I, tak jak głosi jego tekst: makes you want more.

#5. TIAAN, Dive Deep

Muzyki TIAAN nie można określić inaczej, niż po prostu seksowna – tak piszą o niej recenzenci. Urodzona w Australii piosenkarka swoją zmysłową twórczością przypomina mi nieco Sade, nieco Delilah, a czasami Aaliyah. Jej delikatny i ciepły wokal hipnotyzują od pierwszej chwili – gdy przesłuchałam EP-ki, momentalnie zakochałam się w utworze Dive Deep. TIAAN śpiewa o miłości, ale daleka jest od oklepanych frazesów; jej muzyka jest pełna uczucia i hipnotyzująca. Czekam na płytę, a póki co słucham utworów z minialbumu.

#4. Alexz Johnson, This Is Heartache

Komercyjny światek muzyczny niewiele mówi o Alexz Johnson – a wielka szkoda, bo to artystka o ogromnym talencie, a jej muzyka z pewnością zasługuje na poznanie. Myślę jednak, że sama piosenkarka celowo trzyma się z dala od blasku fleszy; i bez niego radzi sobie doskonale. Uwielbiam jej wrażliwość, piękne teksty i doskonały wokal, ta dziewczyna po prostu nie ma złych piosenek. Gdy po raz pierwszy usłyszałam This Is Heartache, byłam akurat w dość podłym humorze, a utwór ten momentalnie poprawił mi samopoczucie. Został nagrany nieco w stylistyce retro, ale ma w sobie tyle energii, że aż niesposób się przy nim nie uśmiechnąć. Nawet gdy serce boli ;)

#3. Christina Perri, Human

Niezwykle pozytywna i ciepła piosenka, o której piszę z wielką przyjemnością (oraz uśmiechem). Jego kompozycja jest bardzo prosta: delikatny początek przechodzący w niezwykle silny, poruszający refren. Choć technicznie ciekawsze są np. Burning Gold, One Night czy Shot Me In The Heart, to właśnie Human robi najbardziej spektakularne wrażenie. Gdy pierwszy raz usłyszałam tę piosenkę, nie mogłam wyjść z zachwytu. Ale przede wszystkim wzięłam sobie głęboko do serca jej tekst.

#2. Grimes & Blood Diamonds, Go

Magazyn Rolling Stone umieścił tę piosenkę na 14. miejscu swojej listy najlepszych numerów 2014, lecz moim zdaniem zasługuje na zdecydowanie wyższą pozycję. To kolejna bardzo udana współpraca Grimes z Blood Diamonds – cieszę się, że oryginalnie napisany dla Rihanny kawałek Go został jednak wykonany przez Claire. Może się wydawać, że to utwór spokojny, romantyczny i delikatny, ale elektroniczna wstawka w rytmie dubstepu dodaje mu pazura. Co tu dużo mówić – uwielbiam.

#1. Zola Jesus, Hollow

Jestem pod wielkim wrażeniem Zoli Jesus i myślę, że albumem TAIGA stworzyła małe arcydzieło ambitnego popu. Monumentalny, niezwykle dopracowany i zaskakujący – ten utwór przypomina mi wspaniałą Kate Bush, zarówno wokalnie, jak i w kwestii muzycznej. Hipnotyzujący, przenikliwy głos Zoli podkreśla brzmienie perkusji i rogów. Choć piosenka ma kompozycję popową, nie należy do prostych – każdy fragment jest niezwykle złożony i precyzyjny. Z jednej strony elektroniczne elementy darkwave dodają Hollow lekkości, z drugiej zaś mamy do czynienia z silnym, pełnym emocji wokalem.

Tak jak przypuszczałam końcem poprzedniego roku, 2014 również był bardzo udany dla muzyki. Na scenie pojawiło się wielu nowych artystów, którzy sporo namieszali – ich sukcesy z pewnością zaowocują licznymi współpracami w 2015. Nie ulega wątpliwości, że nowe trendy wywarły duży wpływ na branżę i że będziemy obserwować ich kontynuację lub zupełnie nowe tendencje. Z niecierpliwością czekam na albumy moich ulubionych wykonawców, ale i ciekawi mnie świeża krew. 2015 to będzie dopiero dobry rok!