Robbie Williams – Under the Radar Volume 3 (2019), recenzja Sebastiana Torbicza

Tego roczne walentynki były szczęśliwym dniem dla fanów Robbiego Williamsa. W tym dniu do sprzedaży trafił jego najnowszy album, wchodzący w skład serii Under the Radar, tym razem o numerze 3. Zawiera on 14 kompozycji (16 w wersji Deluxe) archiwalnych kompozycji, które wcześniej nie zostały wydane na albumach studyjnych. Singlem promującym album był utwór I Just Want People To Like Me.

Robbie Williams nie pozwala się nudzić swoim fanom. Od kilku lat, w zasadzie co roku wydaje jakiś album, co oczywiście tylko pokazuje jak dużo ma im do zaoferowania jako artysta. Album otwiera kompozycja The Impossible. Utwór elektroniczny, w tle mamy efekt dźwiękowy zacinania, z lekkim opóźnieniem, trochę na wzór delay. Pojawiają się też mini sola gitary, jako wstawki. Wokalnie bez fajerwerków. Całość dość statyczna. Po nim mamy Gold. Bogatszy od poprzednika. Sporo głosów, wstawki wokalne, na frazy śpiewane przez Robbiego nakładane są kolejne głosy. Melodycznie ciekawa linia basu i fajne gitary.
Dirty Rotten to kompozycja inna od poprzednich. Pozbawiona elektroniki, tym razem z rockowym pazurem. Dobrze poprowadzona gitara, fajne wokale. Sporą „robotę” robią tu chórki.

Good Poeople, to na ten moment najmocniejszy punkt. Bardzo ciekawa warstwa melodyczna. Początek w lekkim stylu retro. Sprawdziłby się do tańca, ma w sobie coś porywającego. Kolejną ciekawą propozycją jest Indestructible. Jak dla mnie spore zaskoczenie. Na uwagę zasługują tu refreny i ciekawy dobór brzmień. Intrygujący wokal z lekką chrypą w głosie. Brawo za pomysł, ciekaw jestem z jakiego okresu twórczości Robbiego pochodzi ten utwór. Zaraz po nim mamy remix od Project Money, czyli Carlosa Vrolijka i Memru Renjaana. W tej wersji spokojnie może zagościć nawet na imprezach klubowych, czego nie spodziewałbym się na pierwszy rzut oka po utworach Williamsa. Remix na styl latino, nogi same rwą się do tańca. Kolejny plus.

No F**ks utrzymane jest w żywszym tempie. Utwór trochę jakby był wykonywany przez jakiś boysband, ale nawet w takim wykonaniu brzmi lekko i swobodnie. Mieszanka popu z nutką elektroniki i gitarowego brzmienia. Zaraz po nim utwór Underkill, który znów zaskakuje. Słuchając go odnoszę wrażenie jakby był to utwór np. Enrique Iglesiasa, niż Robbiego Williamsa. W moim odczuciu, ponownie mamy do czynienia z utworem powiewającym rytmami latynoskimi. Dobry zaprezentowany pop. Bye Bye, to propozycja z rockowym pazurem. Zadziorny utwór, tak bardzo potrzebny w tej mieszance na albumie. Fajnie brzmiące chórki, gitara wystylizowana trochę jak w utworze country, co nie zmienia faktu, że jest to mocny punkt krążka. Nawet jej solówki nie ukrywają tej inspiracji. Po kilku żywszych propozycjach, czas na coś spokojniejszego, czyli Reality Killed The Video Star. Kompozycja bez większego polotu, statyczna w swojej formie. Warstwa wokalna również wokal bez szaleństw.

Powoli zbliżamy się do końca, więc pora na singiel promujący cały album – I Just Want People To Like Me. Chyba najmocniejszy punkt krążka. Robbie już od pierwszych dźwięków porywa nim słuchacza. Mocne gitary, pulsujące i nadające odpowiednie tempo klawisze i dynamiczna perkusja. To jest to czego trzeba! Szaleństwo w refrenach, nie tylko jeśli chodzi o wokal, ale także melodię, polecam wsłuchać się w ciekawe wstawki klawiszy. Hunting For You to przeciwieństwo singla, mamy tu wyciszenie, zdecydowanie spokojniejsze tempo. Głos Robbiego z nałożonym efektem echa. Pojawiają się elementy elektroniki i przyjemnie brzmiąca gitara od połowy utworu. Into The Silence, to kolejny spokojny utwór, w którym Williams może trochę otworzyć swój głos, chociaż w pewnych momentach słychać, że się męczy. Na sam koniec artysta prezentuje nam wyciszenie, po dawce żywszych utworów. Album zamyka The National Anthem of Robbie.

Podsumowując cały album, należy zauważyć, że mamy tu do czynienia z mieszanką różnych gatunków. Od popu, przez elektroniczne brzmienia, aż po utwory z rockowym pazurem. Jak przy większości płyt bywa, pojawiają się słabsze i mocniejsze punkty. Biorąc pod uwagę fakt, że jest to zbiór archiwalnych utworów, trzeba przyznać że złożenie ich w jeden album wyszło nawet dobrze. Znajdzie się tu kilka zaskakujących kompozycji. Na pewno największym bangerem jest tu singiel promujący krążek. Dobrze jest usłyszeć Robbiego w formie, który potrafi zaskoczyć swoich fanów, np utworem Indestructible, bądź tanecznym Underkill. Fani artysty na pewno będą usatysfakcjonowani wydanym materiałem.

Ania Karwan – Ania Karwan (2019), recenzja Sebastiana Torbicza

Jej album jest jednym z najbardziej wyczekiwanych albumów tego roku, na polskim rynku muzycznym. Chociaż jest to debiutancki krążek, to artystka ta nie jest postacią anonimową w polskiej branży muzycznej. Wręcz przeciwna jest w niej obecna od wielu lat. O kim mowa? Oczywiście o Ani Karwan! W dniu dzisiejszym na półki sklepowe trafia jej debiutancka płyta, o tytule Ania Karwan, jak na debiut przystało. To owoc współpracy artystki z Bogdanem Kondrackim, Sławomirem Mroczkiem oraz Tomaszem Świerkiem. Za produkcję zaś odpowiadało 2trackrecords.

Czytaj dalej Ania Karwan – Ania Karwan (2019), recenzja Sebastiana Torbicza

Maggie Rogers – Heard It in a Past Life (2019), recenzja Sebastiana Torbicza

Od pewnego czasu jej kariera rozwija się w tempie zaskakującym dla niej samej. Tą artystką jest Maggie Rogers, która właśnie wydała swój debiutancki album studyjny. Jego tytuł to Heard It in a Past Life, a wyprodukowany został przez Capital Records. Wybór nazwy albumu nie był przypadkowy, gdyż odnosi się ona poniekąd do utworów wydanych już wcześniej, które znalazły się na krążku.

Czytaj dalej Maggie Rogers – Heard It in a Past Life (2019), recenzja Sebastiana Torbicza

Samantha Jade – The Magic of Christmas (2018), recenzja Sebastiana Torbicza

Święta tuż tuż, a w muzyce jest to czas, gdy główną rolę przejmują albumy świąteczne. Bo któż nie lubi posłuchać znanych artystów w tychże utworach? Idąc za tym trendem, w listopadzie ukazał się świąteczny album Samanthy Jade, o tytule The Magic of Christmas. Jest to czwarty studyjny album w dorobku artystki. Wydany został wytwórnię Sony. Znalazło się na nim 13 znanych powszechnie utworów.

Samantha Jade, być może nie wszystkim bliżej znana, to australijska wokalistka, autorka tekstów, ale i również aktorka. Po raz pierwszy zyskała na rozgłosie, nagrywając tytułowy utwór znanego filmu Step Up, w 2006 roku. Po raz kolejny zrobiło się o niej głośno, kiedy to w 2012 roku wygrała czwartą edycję australijskiego XFactora. Jej świąteczny album, nie jest może czymś nowym w muzyce, powiewem świeżości, jednak mamy na nim wiele znanych kompozycji, w ciekawych aranżacjach.

Składankę otwiera szlagier tego gatunku, czyli I’ll Be Home For Christmas. Od pierwszych dźwięków brzmi bardzo kojąco, wprowadza w radosny czas świąt. Delikatny głos Samanthy, na tle kontrabasu, smyczków i delikatnej melodii granej przez pianino. Kolejna kompozycja, to również powszechnie znane White Christmas, rozpowszechnione przez Binga Crosbyego. Bardziej żywy od poprzedniego, z bardziej pulsującym rytmem. Usłyszeć można dzwoneczki wprowadzające zimowy klimat. Instrumentarium podobnie jak w poprzednim utworze. Większe pole do popisu ma tu pianino. Santa Baby z kolei, pierwotnie śpiewała Eartha Kitt. Tym razem do aranżacji dorzucono instrumenty dęte, które nadają kolorytu tej konkretnej kompozycji. Artystka swobodnie operuje i czaruje swoim głosem. Prowadzi go bardzo spokojnie, jakby odrobinę kusząc słuchacza. Kolejnym utworem jest tytułowe The Magic of Christmas, nagrane z udziałem Guya Sebastiana. Bardzo swobodnie płynąca melodia. Głosy obojga, w momentach, w których śpiewają razem tworzą piękną harmonię i idealnie się uzupełniają. Do tego pojawiają się również drobne chórki.

Have Yourself a Merry Little Christmas, to kompozycja bardzo stara, jednak i ona znalazła swoje miejsce na albumie. Pierwotnie wykonywana byłą przez Judy Garland. Pierwsze gra tu pianino. Tło zaś tworzą smyczki oraz stonowana melodia grana przez kontrabas, która utrzymuje odpowiedni rytm. Samantha zaś pokazuje nam tu piękno swojego głosu. W kolejnym utworze – Blue Christmas, możemy usłyszeć momentami czarujący i lekko drżący głos wokalistki. Ale czaruje nie tylko ona ale również i klawisze, ze swoim ciekawym brzmieniem, w stylu gospel. The Christmas Song, to znów utwór bardzo wiekowy, jednak został on tu przysłowiowo – odkurzony. Delikatne brzmienie instrumentów w pierwszej części, później zaś, tempo delikatnie przyspiesza, jednak wciąż jest stonowane. W utworze Silver Bells, na przód wybija się kontrabas, a także delikatne i krótkie wstawki grane przez gitarę, tzw. techniką slide.


Silent Night nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Rozpowszechniony na całym świecie utwór Cicha Noc ciężko jest opracować tak by w nim czymś zaskoczyć słuchacza. Samantha czaruje tu ponownie głosem. Od strony samej melodii, nie ma tu czegoś, czego byśmy jeszcze nie słyszeli.W trakcie utworu dołącza również chórek, nadający mu dostojnego klimatu. O Holy Night, kolejna z kolęd tradycyjnych. Melodia prowadzona przez pianino. Wszystko grane z wyczuciem, w refrenach kompozycja jest bardziej rozwinięta i żywsza. Znów można poczuć magię świąt. Kolejne na liście jest Home. Utwór stonowany. Artystka z utęsknieniem śpiewa o tym, że chce wrócić do domu. Zamysł utworu wyraźnie można odczuć w jej głosie, pełnym emocji. Przedostatnim utworem na albumie jest Amazing Grace. Jego wykonanie jest bardzo zaskakujące, bo – w wersji a’capella. Samantha nie miała tu miejsca na pomyłki. Jest tylko ona ze swoim znakomicie brzmiącym głosem i ..przejmująca cisza. Nadaje to bardzo podniosłego klimatu. Całość zamyka This Candle Time Of Year. Chyba najbardziej rozbudowany instrumentalnie utwór. Każdy z instrumentów ma tu swoją określoną i ważną rolę. Perkusja zdecydowanie ożywiona, czarujące smyczki. Znów mamy chór. Dynamiczny jak na cały zamysł płyty bridge i w końcu penia głosu Jade. To wszystko tworzy magię świąt. Magię, której chcielibyśmy doświadczać co święta.

Po wysłuchaniu całego albumu, mogę stwierdzić, że jest on wyjątkowy. Nie uświadczymy tu radiowych utworów z popowym brzmieniem, nadającym im nowości. Samantha Jade postawiła tu na tradycyjne instrumenty, by uzyskać bardziej akustyczne i wyważone brzmienie. Stąd też, możemy usłyszeć kontrabas, instrumenty smyczkowe, dęte. Wrócę jeszcze raz do tej świeżości, bo choć album przyciąga uwagę, to nie ma tutaj nic nowego, świeżego, żadnych nowych innowacji. Mimo tego słuchając go, można poczuć magię i klimat prawdziwych świąt. Dużo rolę odgrywa tutaj oczywiście piękna barwa głosu artystki i to, jak umiejętnie się nim posługuje. Miłośnicy spokojniejszego grania w stronę jazzu, powinni być nim usatysfakcjonowani. Z czystym sumieniem mogę polecić ten album na zimowe, mroźne i świąteczne wieczory do słuchania samemu, bądź w większym gronie.

Zaz – Effet Miroir (2018), recenzja Sebastiana Torbicza

Francuska piosenkarka jazzowa i soulowa – Isabelle Geffroy, znana wszystkim pod pseudonimem Zaz dość długo kazała czekać swoim fanom na jej nowy album. Długo, bo aż 4 lata. Jednak nareszcie powróciła, 16 listopada do sprzedaży trafił jej najnowszy krążek o tytule Effet Miroir. Z pewnością z tego powodu cieszą się jej fani na całym świecie, ale też i w Polsce, gdzie jest uwielbiana. To czwarty studyjny album w dorobku artystki. Wydany został przez wytwórnię Play On i Warner Music.

Zaz, to obecnie zarówno najpopularniejsza francuska piosenkarka na świecie, jak i najpopularniejsza artystka w samej Francji. Effet Miroir, to album łączący w sobie wiele różnych brzmień. Od prostych chansone, przez południowo amerykańskie brzmienie, rockowy pazur, aż po popowe brzmienia z elektroniką. Można by postawić w tym miejscu pytanie – „Czy taka mieszanka może się udać?”. Odpowiedź pozostawmy na koniec recenzji. Isabelle obdarzona jest specyficzną  barwą głosu, porównywana jest chociażby do Edith Piaff. Swobodniej operuje nim w różnych gatunkach.

Singlem promującym album jest utwór Que Vendra. Znalazło się na nim 15 kompozycji. Całość zaś otwiera Demain c’est toi. Spokojny, melancholijny utwór, z pianinem jako główny instrument. W tle słyszymy instrumenty smyczkowe. Po nim mamy singiel, czyli wcześniej wspomniane Que Vendra. Zaz śpiewa tu zarówno w języku francuskim, jak i hiszpańskim. Sam tytuł, z hiszpańskiego można przetłumaczyć jako „co będzie to będzie”. Tekst jest o tym, żeby brać życie jakim jest, i niczego nie żałować. Jak mówi o utworze sama artystka:

Z mojej perspektywy to utwór o tym, jak idziemy przez życie. Tytuł jest odbiciem ostatnich ośmiu lat, które spędziłam na koncertach w różnych częściach świata i przypomina mi o wszystkich spotkaniach i naukach, które mi się w tym czasie przydarzyły


Kolejna kompozycja to On s’en remet jemais. Ma bardzo nowoczesne brzmienie. Ciekawa linia basu, z głębokim i wyraźnym brzmieniem. Do tego w refrenach mocny riff gitary elektrycznej. Słychać w nim rockowy pazur. Odmiana po pierwszych spokojnych utworach. I znów po chwili żywszego grania, kolejny utwór nieco spokojniejszy. J’aime j’aime, klimatyczna kompozycja. W tle wybija się gitara akustyczna i bas w refrenach, który prowadzi melodię. Utwór w brzmieniu akustyczny. Dobry na zimowy wieczór przy kominku.


Mes souvenirs de toi, to utwór bardzo melancholijny. Hipnotyzująca melodia grana przez pianino,w refrenach odrobinę żywszy, pojawia się mały chórek w tle. Kolejny z utworów – Tout ma vie, to kompozycja energiczna. Od pierwszych dźwięków bije z niego pozytywna energia. Utwór Je parle, podobnie jak wcześniejszy, utrzymany jest w żywym tempie. Od strony muzycznej zastosowano fajne, charczące brzmienie gitary. Podobnie jak w wielu wcześniejszych utworach, dużą rolę rolę odrywa tu melodia grana przez bas. Utwór budowany na zasadzie narastającego napięcia w zwrotkach, do energicznych refrenów. Warto podkreślić, że również gra bębnów stoi tu na wysokim poziomie i „robi robotę”.  Resigne-moi, to kompozycja bardzo wysokich lotów. W całości przemyślana od początku do końca i zaskakująca. Odstająca od innych, połączenie elektroniki, z bluesowym brzmieniem gitary. Na pozór ponura, ale po głębszym wsłuchaniu napawa optymizmem. Ponownie gra perkusji – klasa. Na koniec mamy instrumentalną partię zespołu. W utworze Ma valse, Zaz odchodzi na moment od dużej dawki energii. To utwór spokojny, melancholijny. Artystka postawiła tu na wokalną ekspresję. Nie można jednak przejść tu obok pięknej i kunsztownie  zagranej przez pianino melodii.

Si c’etait a refaire, to kolejny utwór z ciekawym brzmieniem bandu. Rytmiczna perkusja, momentami trochę jakby funkowy bas, grany techniką slapowania. Pod koniec pojawia się solo gitarowe, a także soczyste brzmienie gitary elektrycznej. Po nim mamy Pourquoi tu joues faux, stylistycznie osadzony w klimatach południowo amerykańskich. Dynamiczna perkusja w refrenach grana na hi-hacie, w tle ciekawa barwa brzmienia klawiszy. Z pewnością utwór ten sprawdziłby się do tańców latynoamerykańskich typu salsa. Plum to utwór klimatem podobny trochę do Resigne-moi. Na przód wyłania się oczywiście linia basu, znów bardzo rytmiczna perkusja z dużą rolą. Nieco zdeformowane i charczące brzmienie gitary dodaje dodatkowego klimatu. Bardzo hipnotyzujący, głowa sama chodzi w rytm muzyki. Nos Vies jest już nieco inne jeśli chodzi o styl. Spokojny i prosty utwór. Stylistycznie popowy, ze swobodnie płynącą melodią gitary. Wokalnie również bez szaleństw, pojawiają się chórki.

Wraz ze zbliżaniem się do końca albumu, tempo utworów powoli spada. Dobrym przykładem na to jest przedostatnie na liście Saint-Valentine. Brzmieniowo bardziej akustyczne niż żywe. Delikatna perkusja, melodia oparta na gitarze akustycznej i melodii granej przez klawisze. Całość zamyka jedna z najdłuższych kompozycji na płycie, czyli Laponie. Choć trzeba stwierdzić, że jeśli chodzi o stronę melodyczna jak i wokalną niewiele się tu dzieje, to sama kompozycja ma w sobie coś przyciągającego. To piękna melorecytacja Zaz. Artystka wręcz czaruje tu słuchacza swoim pięknym głosem. Odpowiednio dobierając wolumen głosu w celu zbudowania klimatu. Do tego, piękne tło tworzy kunsztowna melodia grana przez fortepian.

Na początku postawiłem pytanie – „Czy taka mieszanka stylistyczna może się udać?”. Otóż tak – jak widać może. Zaz jest artystką bardzo świadomą, piszącą teksty i komponującą. Zawsze stawiała w swojej muzyce na ciekawe i odważne rozwiązania. Mieszanie stylami nie jest jej obce i robi to dobrze. Effet miroir jest jednocześnie powiewem świeżości, energią, a z drugiej strony w niektórych utworach skłania do refleksji. W zasadzie ciężko jest znaleźć mi słabe punkty tego albumu. Każdy może odnaleźć tu coś dla siebie. Jak mówi o nim artystka, chciała aby jego przesłaniem była nadzieja, odnalezienie i zaakceptowanie siebie poprzez jej muzykę. Taką nadzieję na lepsze, można usłyszeć w zasadzie w większości kompozycji. Zdecydowanie polecam ten krążek każdemu, niezależnie od tego czy jest fanem artystki, czy też nie, bądź niezależnie jakiej muzyki słucha. Jest on warty wysłuchania w całości. Wcześniejszymi albumami Isabelle ustawiła sobie pewną poprzeczkę, ale i tym razem podołała wyzwaniu utrzymując wysoki poziom. Zarówno wysoki poziom tekstów, jak i od strony produkcji i kompozycji, bo jak wiele razy podkreślałem partie instrumentów są tu bardzo kunsztownie wymyślone i zagrane.

Amy Macdonald – Woman Of The World: The Best Of 2007-2018 (2018), recenzja Sebastiana Torbicza

Na rynku muzycznym zadebiutowała w 2007 roku, gdy zaprezentowała światu swój debiutancki krążek – This Is The Life. Płyta okazała się wielkim sukcesem, co otworzyło artystce drogę do kariery. Po 11 latach na scenie, Amy Macdonald prezentuje album, podsumowujący jej dotychczasowy dorobek. 23 listopada swoją premierę miał Woman Of The World, czyli The Best Of artystki. Wydany przez Virgin Emi Records, należące do Universal Music, z którym związana jest od początku swojej  kariery. Oprócz znanych utworów, znalazły się na nim 2 premierowe utwory, to: tytułowe Woman Of The World oraz Come Home. Czytaj dalej Amy Macdonald – Woman Of The World: The Best Of 2007-2018 (2018), recenzja Sebastiana Torbicza

Olly Murs – You Know I Know (2018), recenzja Sebastiana Torbicza

Jego kariera jest dobrym przykładem na to, że nie trzeba wygrać talent show, by stać się gwiazdą. Biorąc udział w szóstej edycji brytyjskiej wersji X Factora, zajął drugie miejsce. Jednak dziś to jego przeboje, a nie zwycięzcy tamtej edycji programu, znamy i słuchamy ich w radio. W piątek, 9 listopada Olly Murs wydał swój najnowszy album o tytule You Know, I Now.Wydany został za pośrednictwem RCA i Sony.

Czytaj dalej Olly Murs – You Know I Know (2018), recenzja Sebastiana Torbicza

Lukas Graham – 3 (The Purple Album) (2018), recenzja Sebastiana Torbicza

Najbardziej rozpoznawalna duńska grupa w ostatnim czasie, powraca z nowym materiałem. Znamy ich z takiego hitu jak 7 Years, który został sprzedany aż w 23 milionach egzemplarzy na całym świecie, a także Mama Said, czy Happy Home. Formacja Lukas Graham, prezentuje fanom swój trzeci studyjny album o tytule 3 (The Purple Album). Wydawnictwo wydane zostało przez Copenhagen Records oraz Warner Bros Records. Promują je 2 single: Love Someone oraz Not A Damn Thing Changed.

Czytaj dalej Lukas Graham – 3 (The Purple Album) (2018), recenzja Sebastiana Torbicza

Throwback Review: Roxette – Look Sharp (1988), recenzja Sebastiana Torbicza

Większość z nas, z pewnością zna utwór Listen To Your Heart, z niezapomnianym teledyskiem, nagranym w trakcie koncertu w ruinach zamku w Borgholmie. To jeden z wielu przebojów szwedzkiego duetu muzyczny Roxette. Dziś przeniesiemy się do roku 1988, aby przypomnieć sobie ich drugi studyjny album o nazwie Look Sharp wydany za pośrednictwem EMI. W dniu jutrzejszym, 19 października minie dokładnie 30 lat od jego wydania!

Czytaj dalej Throwback Review: Roxette – Look Sharp (1988), recenzja Sebastiana Torbicza

Filip Lato – Halo Ziemia (2018), recenzja Sebastiana Torbicza

Pierwsze muzyczne kroki stawiał w VII edycji The Voice Of Poland, gdzie doszedł do występów na żywo. W tym roku został zwycięzcą telewizyjnego show Twoja Twarz Brzmi Znajomo. Filip Lato – bo o nim mowa prezentuje fanom swój debiutancki album o tytule Halo Ziemia. Jego premiera przypadła na 5 października, czyli w dniu wczorajszym. Wydany został za sprawą Gorgo Music.

Czytaj dalej Filip Lato – Halo Ziemia (2018), recenzja Sebastiana Torbicza

Tori Kelly – Hiding Place (2018), recenzja Sebastiana Torbicza

Swoje pierwsze muzyczne kroki stawiała prezentując covery na Youtube. Następnie wzięła udział w American Idol, jednak została wyeliminowana w trakcie programu. Tori Kelly, po 3 latach przerwy od wydania Unbreakable Smile (2015 rok) prezentuje fanom nowy album. Swoją premierę miał 14 września, a jego tytuł to Hiding Place. Wydany został za pośrednictwem Capitol Records i School Boy Records. Duży wkład w tworzenie albumu miał Kirk Franklin, który odpowiadał za jego produkcję, połowa utworów jest jego autorstwa.

Czytaj dalej Tori Kelly – Hiding Place (2018), recenzja Sebastiana Torbicza

Alvaro Soler – Mar De Colores (2018), recenzja Sebastiana Torbicza

Znany i bardzo lubiany w Polsce artysta, którego utwory podbijały rozgłośnie radiowe w naszym kraju i nie tylko,  powraca z nowym materiałem. Alvaro Soler, bo o nim mowa prezentuje słuchaczom nowy album. 7 września, swoją premierę ma płyta Mar De Colores, wydana za pośrednictwem Universal Music Germany. Jego poprzednie wydawnictwo Eterno Agosto, pokryło się u nas potrójną platyną. To właśnie stąd znamy największe hity artysty: Sofia, El Misimol Sol, Agosto, czy też Libre.

Czytaj dalej Alvaro Soler – Mar De Colores (2018), recenzja Sebastiana Torbicza

Keith Urban – Graffiti U (2018), recenzja Sebastiana Torbicza

Podobny obraz

Po 2 latach od wydania ostatniego albumu, Keith Urban powraca z kolejną płytą. Graffiti U swoją premierę miało 27 kwietnia 2018 roku. To już okrągły, bo 10 album studyjny w kolekcji tego australijskiego muzyka country. Za produkcję i wydanie odpowiedzialne było Capital Records Nashville. Płyta tworzona była pod wpływem doświadczeń z młodości Urbana. Do współpracy przy albumie artysta zaprosił m.in. Julię Michaels, Shy Cartera, a także Eda Sheerana i Chrisa Martina.

Czytaj dalej Keith Urban – Graffiti U (2018), recenzja Sebastiana Torbicza