Będąc wieloletnim fanem Artura Rojka i znając całkowicie jego dotychczasowe dokonania można mieć, co do niego pewne wymagania. Wszystkim co zrobił do tej pory podniósł sobie mocno poprzeczkę, dlatego solowy debiut musiał pokazać coś czego jeszcze nie nagrał, albo coś co już znamy tylko na zdecydowanie wyższym poziomie. Jak więc jest? Zobaczmy.

Składam się z ciągłych powtórzeń to chyba jedna z najbardziej wyczekiwanych płyt tego roku. Rozdział pt. Myslovitz już dawno zamknięty, w pamięci jeszcze gdzieś tam Lenny Valentino, ciągła praca nad genialnym pod względem muzycznym OFF Festivalem, niekryte inspiracje Radiohead i elektroniką, a także niesamowita wrażliwość – z tych czynników po prostu musiało wyjść coś genialnego.

Po pierwszym przesłuchaniu czułam jednak zawód i rozczarowanie. Gdzie ten elektroniczny trans, gdzie ten delikatny wokal, gdzie to wszystko jest? Nawet jeśli coś się pojawiało to w znikomych ilościach i do tego wcale mnie nie powalało. Kolejne przesłuchania przebiegały mniej drastycznie, a ja upodobałam sobie nad wyraz utwory Krótkie momenty skupienia oraz To co będzie. Pulsujący bit, osadzony na nim delikatny wokal (ale ja za nim tęskniłam!), klawisze – to wszystko składa się na sukces pierwszego wspominanego kawałka. Dla mnie spokojnie mógłby być singlem numer dwa, uważam, że jego odbiór byłby znakomity. Z kolei To co będzie tak samo razi optymizmem już od początku. Świetny bas, nieco bluesowa gitara towarzyszy genialnemu tekstowi, który odsłania niewątpliwie wady artysty, lecz w połączeniu z wesołą melodią wszystko zamienia się w niemały komizm. W okolicach refrenu słyszymy okrzyki małych dzieci, co dodatkowo ociepla atmosferę. Kawałek ten to nic innego jak pokazanie dystansu do siebie, świadczą o tym najlepiej wersy

jestem głupi
miło mi
(…)
nie nadążam co poprawić mam
ciągle widzę w sobie jakiś błąd.

Trzecim utworem, który najbardziej utkwił mi w pamięci to Czas który pozostał.  Nie ma już tak pozytywnego wydźwięku, Rojek postawił raczej na oszczędność. Jest szczery w tym co robi, każde słowo brzmi w jego ustach bardzo prawdziwie. W zasadzie tekstom powinno się poświęcić tutaj osobny akapit – Rojek podejmuje bardzo trudne tematy, ale też takie, które dotykają nas na co dzień. W Lekkości śpiewa o śmierci, w Kokonie o łatce przyszytej mu od której ciężko jest się  uwolnić, a w Syrenach o nieporozumieniach z żoną. W jednym z wywiadów słyszałam, że teksty wcale nie były pisane długo, lecz dla mnie wyglądają na najbardziej przemyślaną rzecz na tym albumie.

Na albumie mamy także dwie kompozycje, które były znane nam już wcześniej. Mowa tutaj oczywiście o Lato 76 oraz Kot i Pelikan. Lato 76 otwiera tę płytę i to właśnie sprawiło, że zdziwienie dopadło mnie już na samym początku. Płytowa wersja tego utworu ani trochę nie dorównuje jej poprzedniej. Zdecydowanie straciła na wartości, o wiele bardziej wolę jej akustyczną odsłonę. Z kolei Kot i pelikan to klasa sama w sobie. Delikatny fortepian w tle towarzyszy lirycznym wyznaniom artysty.

Singlowa Beksa na tle całego albumu wygląda dosyć wyraźnie. Najlepszy dowód na to, że fani przyjęli ją dobrze to fakt, iż zadebiutowała na 1 miejscu Listy Przebojów Trójki. Natomiast całkowicie blado wypada tutaj utwór Pomysł 2. Mam wrażenie, że został on stworzony nieco na siłę.

Gdyby nie koncert, recenzja ta wyglądałaby całkiem inaczej. Gdyby nie on utrzymywałabym dalej moja pierwotną opinię – rozczarowanie. Na żywo utwory te jednak dużo zyskują, a i też zmienia się sposób w jaki je odbieramy. Ja na koncercie bawiłam się świetnie, zatem całość mogę spokojnie ocenić na ogromny plus!

artur rojek

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here