Powiedzmy sobie jasno: recenzowanie materiału solowego zawsze wiąże się z porównywaniem. W przypadku muzyków bardzo trudno jest o całkowite odcięcie się od przeszłości – temat poprzednich dokonań z zespołem gdzieś zawsze się pojawi. A może jednak są tacy artyści, którzy są w stanie nagrać coś zupełnie nowego, niż do tej pory? Próbę podjęła Anohni, niegdyś znana jako Antony Hegarty z formacji Antony and the Johnsons – po debiutanckiej, mocno zaangażowanej politycznie płycie Hopelessness przyszła pora na jeszcze nowsze, bardziej eksperymentalne kawałki. Jak brzmi EP-ka Paradise i czy zapowiada rychłe wydanie kolejnego longplaya?

Niestety, w przypadku najnowszych dokonań Anohni nie jestem zachwycona. I tak się tylko zastanawiam, co mogło pójść nie tak i gdzie jest pies pogrzebany – producentami EP-ki Paradise zostali przecież jedni z najbardziej rozchwytywanych producentów, Hudson Mohawke i Oneohtrix Point Never. Teoretycznie powinno być więc super, z elektroniczno-beatową energią, której na EP-ce ze świeczką szukać. Zniknęła formuła protest-songów z debiutanckiego albumu; w ich miejsce pojawiły się niedopracowane, przejęczane i pozbawione polotu kawałki. Ech, a miało być tak dobrze, a nie jest.

Sześć utworów składających się na EP-kę Paradise to dość osobliwe chwile z muzyką. Ja szukałam w nich energii, rytmu i zdecydowania, które były najmocniejszą stroną debiutu; najnowsze wydawnictwo jest ich zupełnie pozbawione. Połowę utworu In My Dreams stanowi długie, szumiące intro, więc nawet trudno uznać je za pełnoprawny utwór. Następnie tytułowy Paradise, przy którym zaczęły się moje wątpliwości, bo… muzyka sobie, a wokal sobie. W instrumentalnej wersji utwór robi bardzo dobre wrażenie i sprawia, że z niecierpliwością czeka się na więcej. Hudson Mohawke dołożył tu wszelkich starań, by brzmienie było energetyczne, wyraziste i rytmiczne; za to wielki plus. Jednak nawet najlepszego rytmu nie ratuje bardzo słaby, nijaki wokal oraz niepotrzebnie przeciągnięta końcówka. Kawałek Paradise spokojnie mógłby zakończyć się w okolicach standardowego 3,30”, bo cała reszta to zwykłe, nic nie wnoszące szumy.

Idźmy jednak dalej: podobne odczucia serwuje kawałek Jesus Will Kill You. Nie wiem, co w przypadku Anohni poszło nie tak, ale wokal brzmi na zupełnie oderwany od muzyki. Przy pierwszych odsłuchach myślałam, że to mój własny sprzęt nagłaśniający dotarł do kresu świetności basu, ale to nie technologia temu winna. Można nawet odnieść wrażenie, że Anohni po prostu nie umie śpiewać… ale to EP-ka Paradise jest tak bardzo źle zmiksowana. A Ricochet? Znów bardzo nierówny utwór, który trudno mi jest ocenić. Od wielkiego dzwonu Anohni udaje się trafić w dźwięk (ale tych momentów jest niewiele); muzycznie ani to hymn, ani typowo popowa piosenka. Znów rozciągnięta końcówka sprawia, że szybko ma się wrażenie znudzenia – może jednak znajdzie się jakikolwiek punkt na plus? Mała nadzieja pojawia się w You Are My Enemy, ale boję się, że to jednak za mało. O ile wokalnie jest już lepiej i ciekawiej, to na tle reszty utworów brzmi zbyt ciężko i poważnie. Słabą szóstkę zamyka She Doesn’t Mourn Her Loss – niestety, dalej jestem na nie, a przy ostatnim kawałku wręcz rozczarowana. Niestety nie znalazłam żadnego sposobu na to, by obronić tę EP-kę – przykro mi to stwierdzić, ale nie zaliczam jej do udanych wydawnictw tego roku.

Nie chcę wydawać sądu nad tym, czy Anohni podąża właściwą, muzyczną ścieżką (bo ta zdaje się być wyraźnie zaznaczona) – nie mam nawet z czego go wydawać, bo moi zdaniem materiał z Paradise jest niedopracowany, jakby zupełnie nie poddano go obróbce w studiu. Jeśli jednak postrzegać Paradise jako EP-kę bez wyraźnej kontynuacji na następnej płycie, potraktowałabym ją raczej jako demo. Co więcej, demo wymagające wielu godzin przerobienia w studiu nagraniowym. Debiut był dobry – trzymajmy więc kciuki za ciekawą drugą płytę.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułThrowback Thursday #77: Aqua – Barbie Girl
Następny artykułZnamy tytuł nowego albumu Lany Del Rey!
Choć jestem wzrokowcem, mój świat przede wszystkim brzmi dźwiękami. Słucham dużo, różnie i czasem w zadziwiających połączeniach; nie słucham tylko gdy śpię, ale i tak przez sen słyszę muzykę. Jestem sportowym duchem, interesuję się brandingiem i popkulturą. Nie pogardzę dobrym rave'm.