Agnes Obel, zdecydowanie nietuzinkowa artystka o duńskich korzeniach, powróciła z nową trasą koncertową promującą album „Citizen of glass”. W sobotę 12 listopada wystąpiła w warszawskiej Stodole razem z irlandzką artystką Lisą Hannigan znaną szczególnie z duetów z Damienem Rice (takich jak „9 crimes”).

Lisa już pierwszą piosenką przeniosła słuchaczy w inny świat, sprawiając że wszystkie rozbiegane myśli kołysały się w senny rytm jej delikatnych melodii i aksamitnego głosu. Na scenie towarzyszyła jej jedynie gitara lub ukulele, a pojedynczy snop światła oświetlający jej drobną sylwetkę tworzył idealną aurę do utworów pochodzących z nowego albumu „At swim”.  Zaledwie półgodzinny występ pozostawił niedosyt, ale był wspaniałym wprowadzeniem do występu Obel.

 

Agnes perfekcyjnie dopracowała każdy z nowych utworów. Mozaika dźwięków była jeszcze bardziej złożona niż na poprzednim krążku- Aventine. Na studyjnych nagraniach możemy usłyszeć brzmienie rzadko spotykanych instrumentów klawiszowych takich jak jeden z pierwszych w historii syntetyzatorów- Trautonium (to z jego pomocą Alfred Hitchcock stworzył soundtrack do filmu „Ptaki”). Na scenie zastępuje je keyboard lecz to wcale nie ujmuje niezwykłości utworom. Nie zabrakło również wiolonczeli, które towarzyszyły jej już od pierwszego albumu, a w balladzie o miłości „Stone” pojawiło się ukulele. Ta różnorodność instrumentów i liryczne teksty sprawiły, że kompozycje z „Citizen of glass” swoją oryginalnością daleko odbiegają poza główny nurt współczesnej muzyki tak często opierającej się na utartych już schematach. Jest to muzyka, której słucha się duszą, niezależnie od tego czy trafi do serca słuchacza- z pewnością je poruszy.

Tego wieczoru nie zabrakło oczywiście najpopularniejszych utworów z nowego albumu- „Familiar” czy „Golden green”. Równie piękne były też m.in. „It’s happening”, „Strech your eyes” czy „Trojan Horses”. Koncert spotkał się z ogromnym uznaniem słuchaczy, którzy gromkimi brawami zachęcili Agnes do przedłużenia występu. Na bis usłyszeliśmy perełki poprzednich albumów m.in. „Smoke and Mirrors” i „Riverside” wykonane na starym, splamionym kawą pianinie, o niespotykanie przytłumionym, gładkim dźwięku.

Moim jedynym zastrzeżeniem co do występu był jedynie dobór miejsca- każdy dźwięk w utworze jest tak ważny, że potrzebna jest naprawdę perfekcyjna akustyka by nie zniknął pod warstwą często zapętlanych melodii.

Niezależnie czy kiedykolwiek wcześniej miało się styczność z twórczością Obel warto udać się na koncert i dać się oczarować. Najlepiej w murach starego kościoła, które dodadzą wyjątkowym dźwiękom jeszcze więcej magii.

 

  • Nie tylko oczarowały Warszawę. W Gdańsku było podobnie ;)