Dział Publicystyka Afromental - Mental House (2014), recenzja Michała Pietruszki

Afromental – Mental House (2014), recenzja Michała Pietruszki

Tegoroczna jesień obfitowała w nowe krążki topowych polskich artystów na które wszyscy czekaliśmy z wypiekami na twarzy. Swój materiał pokazał Artur Rojek, Curly Heads, Julia Marcell, Mela Koteluk, LemOn, Justyna Steczkowska czy bardziej komercyjna Ewelina Lisowska. Dwudziestego czwartego dnia listopada na półki sklepowe trafił Mental House zespołu Afromental. I o ile wymienione wyżej nazwiska jesteśmy w stanie bez problemu zaklasyfikować do jednego gatunku muzycznego, to w przypadku czwartego wydawnictwa pochodzącej z Olsztyna grupy trudno mówić o konkretnej kategorii dźwięków. Sami muzycy dość sarkastycznie w wywiadach twierdzą, że materiał ten jest nawet dla nich trudny do sklasyfikowania, włożenia do jednej szuflady, choć to właśnie jest dla nich najlepszą recenzją.

Najnowsze wydawnictwo chłopaków to prezent nie tylko dla wiernych fanów zespołu. Stanowi on również prezent dla samych muzyków, którzy w tym roku świętują dziesięciolecie obecności na rynku. Wydanie premierowego materiału wydaje się przy takiej okrągłej rocznicy rzeczą najbardziej odpowiednią – podsumowuje artystyczne dokonania i pokazuje, jaką przemianę (bądź nie) przeszedł w ciągu tego czasu band. Popularne jest też wydawanie best of-ów składających się ze starych hitów, ale Afromental poszedł inną drogą i na pewno nie ‚na łatwiznę’. Tracklista składa się z dziesięciu wyselekcjonowanych kawałków (co stanowi 1/3 z nagranych w czasie sesji). Ta symboliczna ze względu na okazję liczba jednak wydaje się być kompletną, gdyż Mental House pozostaje płytą spójną, bez rozpraszających uwagę ozdobników i wypełniaczy, co należy zapisać na jej korzyść.

Kontynuując zaczętą we wstępie myśl, płyta kurczowo nie daje się zaklasyfikować. Słuchaczom, w których wyobrażeniu Afro to zespół komercyjny, nagrywający single radio-friendly i ogólnie rzecz biorąc robiący muzykę pod publikę po odsłuchaniu tej płyty może być po prostu wstyd. Racja, nawet sami członkowie grupy wspominają, że takie przeboje jak Radio Song czy Rollin’ With You miały określony, czysto komercyjny charakter co nie było podyktowane ani chęcią zarobienia ani życia ponad stan. Były one trampoliną do samodzielności, a sami panowie zagryźli zęby w oczekiwaniu na to, aż mogliby się wykluć i pokazać w pełni swój charakter. Więc na dwóch pierwszych krążkach kawałki wykorzystujące mocniejsze brzmienia policzymy na palcach jednej ręki. Na trzecim, The B.O.M.B. jest już trochę lepiej, ale między wierszami słychać, że w Afro kryje się jeszcze nieodkryty potencjał, zagłuszony i stłamszony przez popowe beaty. Sam wizerunek zespołu poddawał się ciągłym przemianom: od przebranych w kolorowe przebrania (celowo używam tego określenia) chłopców z dzielnicy do w pełni świadomego swojej muzyki, a przede wszystkim zgranego i niezwykle pozytywnego zespołu przez duże Z.
W odstawkę poszły wybijające się w pierwszych projektach funk, R&B, hip-hop, soul,a nawet pop. Na Mental House dominują zatem charakterystyczne gitarowe brzmienia, między którymi Wozzo, Tomson, Baron, Torres, Lajan, Śniady i Dziamas nie zapominają bynajmniej o wcześniejszych dokonaniach. Skutkiem tego otrzymujemy wybuchową wręcz mieszankę stylów, a co najważniejsze zaskakujące dźwięki żywych instrumentów wykorzystanych w równie zaskakujących konfiguracjach. W czasie odsłuchu poczujemy nutkę tytułowego szaleństwa, która z pewnością udzieli się również i nam. Parafrazując słowa bohaterów recenzji, nowej płyty chłopaków się nie słucha, tylko się w niej po prostu uczestniczy.

Gdybym rzeczywiście ich nie znał przed włożeniem do odtwarzacza Mental House, to na pewno nie pomyślałbym, że to polski zespół. Zaskakująca połączeniem pozytywnej energii, radości z tworzenia muzyki z profesjonalnymi gitarowymi riffami stwarza szansę, że marka Afromental może całkiem niedługo stać się naszym towarem eksportowym. Do puli swoich inspiracji panowie dorzucili Korn, Alice In Chains, Guns N’Roses czy Limp Bizkit co sprawia, że płyta ta nie może być nudna. Już od szaleńczego (przewijający się tu sampel może nieco elektryzować) tytułowego, a zarazem singlowego numeru niepostrzeżenie zbliżającego się do stylistyki rapcore’a oraz hard rocka do nostalgicznej choć równie ciekawej propozycji pt. Differences w której wystarczyła tylko gitara, by efekt nie był ani na chwilę nieatrakcyjny dla amatora muzyki rockowej tudzież popowo-rockowej. I Loved You to z kolei muzyczny rollercoaster z wciągającymi zwrotkami, prześmiewczo słodkim pre-chorusem i brutalnym refrenem, choć tekst opowiada o … nieszczęśliwej miłości. Do stylistyki hip-hopu, soulu i pulsującego funku odwołuje się For Myself najpełniej oddający radość i niezwykłe wyczucie Łoza i Tomsona, wokalistów Afromental. Wykorzystane w refrenie chórki kojarzyć się mogą z gospelowym śpiewem, co wskazuje na fakt, że chłopaki tak do końca o starych patentach nie zapomnieli (polecam przesłuchać chociażby It’s My Life). Znajdujący się pod numerem 6 kawałek Running Away natomiast doskonale wpisuje się w schemat najwyższej klasy rockowego klasyku. Następujące po nim Forever Young i We Want It za to mają nieco lżejszą wymowę. Na pierwszy plan w obu kompozycjach wysuwa się doskonały groove muzyków, zarażający sporą dawką energii. Pierwsza z nich za sprawą orkiestracji i instrumentów dętych byłaby wzorcowa, gdyby nie irytujące mnie sample z numeru Bullshit and Party The Notorious B.I.G. Zawsze oczywiście w tym momencie można przerwać numer, co nierzadko uskuteczniam. Kilka zdań należy się także We Want It. Kiedy bowiem pierwszy raz ją usłyszałem, włączyła mi się tzw. czerwona lampa, myśl ,,gdzieś już to słyszałem”. Śpieszę z wyjaśnieniem: utwór jest interpretacją numeru Afromental o tym samym tytule, który znalazł się na Playing with Pop w rzecz jasna o wiele bardziej popowej wersji. To jednak nie rozwiało moich wszystkich wątpliwości, ponieważ wersja popowa swoją drogą, ale gdzieś ten rockowy pazur już słyszałem. Jak przeczytałem później na ich oficjalnej stronie, chłopaki prezentują głównie tę wersję na koncertach, na którym jakiś czas temu udało mi się być. W każdym razie We Want It to nie odgrzewany kotlet, a jego studyjna wersja idealnie wpisuje się w koncepcję Mental House.

Najnowszy krążek Afromental przynosi nam kilka wniosków. Siódemka uzdolnionych muzyków z pewnością nie ma zamiaru pogrążać się w polskiej przeciętności, a tym albumem pokazała, że w czasie mijających dziesięciu lat kariery wyklarował się ich oryginalny styl. Na krążku nagrywanym na setkę łatwo jest o wpadkę, błąd jednego muzyka może zniweczyć pracę całej grupy. Mental House jest jednak od takich wpadek daleko, bo odznacza się dającym dobre perspektywy na przyszłość godnym pozazdroszczenia profesjonalizmem.

Afromental - Mental House

Popularne

2 KOMENTARZE

  1. Kiedyś byłam wielką fanką Afro, teraz bardziej, zdecydowanie bardziej spodobały mi się zespoły takie jak AC/DC, Guns N’ Roses, Deep Purple, Metallica i wiele innych w stylu hard rockowo i thrash/heavy/speed metalowym. Mental House oczywiście przesłuchałam i osobiście powiem, że Afromental to zespół naprawdę warty uwagi i nie mówię tego jako że kiedyś szalałam na punkcie Tomsona, a sentyment jest (nawet nie jestem aż tak przywiązana jak można pomyśleć). To już nie chłopaczki z The Breakthru i Playing with pop w kolorowych dresach. Teraz grają coś ambitniejszego. Nie odciągnie mnie to jednak od tego co teraz słucham.

  2. Bardzo dobra recenzja ! :D Na serduchu aż się cieplutko robi jak ktoś docenia twórczość tak dobrego, polskiego zespołu. Należy im się <3 Super zespół i super chłopaki bardzo mili i konsekwentni <3

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.